wtorek, 31 października 2017

Rozdział II

172 podniosła wzrok na oficera. Coś się przewróciło w jej żołądku. Krew nagle popłynęła szybciej, a płuca skurczyły boleśnie, odmawiając współpracy z resztą organów. Nie. To musiał być test. Nikt nie mógł tak wyglądać. Może wiedzieli? Zamrugała gwałtownie. Nadal tam stał. Wpatrywał się w nią zupełnie spokojnie, choć jego twarz ściągnęło strapienie.
— Jak się nazywam?
Pytanie zostało zadane szeptem. Może też powinna szeptać. Próbowała połączyć w głowie literki, ale rozpływały się i rozmazywały, uciekając gdzieś poza zasięg. Zamiast tego otworzyła usta. Język stanął kołkiem. Zakrztusiła się śliną. Poruszyła wargami, a zza nich wyrwało się niezrozumiałe jęknięcie.
Zaczęła liczyć blizny na jego twarzy. Coś, co było w niej nowego, innego. Trzy, cztery, pięć, osiem... Wróć. Dwa, trzy, cztery...
Averyn, jak mam na imię?
Pociemniało jej przed oczami. Chyba cały ten czas nie oddychała. Zarejestrowała, że coś grzmotnęło ją w plecy i potylicę. Pisnęła, sparaliżowana nieprzyjemnym mrowieniem przebiegającym wzdłuż kręgosłupa. Jeszcze raz szybko zamrugała. Widziała sufit. Przesunęła dłońmi po tym, na czym leżała. Wykładzina.
Zaraz. Leżała. Musiała upaść.
Wykładzina była szorstka. Łaskotała w palce. Averyn spróbowała się w nią wczepić. Leżąc, nie można upaść, ale wolała się czegoś złapać. Na wszelki wypadek. Jednak zamiast komfortowej stabilności poczuła, jak materiałowe kosmki pełzną w górę po skórze, oplatając dłonie. Poczuła je też pod karkiem. Zaraz zaciskały się na materiale munduru. Nim 172 zdążyła się poderwać, materiał wciągnął ją w podłogę, wyciskając resztki powietrza z płuc. Zapadała się w niej coraz głębiej i głębiej. Tonęła, a szorstkie włókna wlały się jej w usta, gdy rozchyliła je, próbując krzyknąć.
Coś niespodziewanie szarpnęło ją wysoko. Wierzgnęła, starając się uwolnić, bo przestała czuć jakikolwiek grunt. Machnęła rękoma w powietrzu, bez pojęcia, gdzie była góra, gdzie dół. Natrafiła na coś twardego. A potem coś ciężkiego spadło jej na twarz.
— Przestań się drzeć!
172 zamigotało przed oczami i zadzwoniło w uszach od strony, z której przyszedł cios. Wkrótce jednak zarówno wizja, jak i słuch wróciły. Znajdowali się w gabinecie oficera mającego ją uczyć. Nic jej nie atakowało. Nic nie wciągało do głębi. Zawieszona w powietrzu na trzymanych przez oficera ubraniach, zerknęła w stronę podłogi. Nic. Nawet śladu, żeby tam leżała.
— Oddychaj, kurwa mać, bo zaraz się udusisz — polecił jej rozedrganym głosem.
Przesunęła na niego mętnym spojrzeniem. Faktycznie. Było jej trochę słabo.
Odstawił ją na podłogę, gdy tylko złapała pierwszy wdech. Nogi załamały się w stawach pod jej ciężarem. Nie walcząc z bezsilnością, obojętnie plasnęła na kolana. Starała się uspokoić oddech. Przełamując dziwny opór, powoli uniosła głowę.
Oficer stał przy oknie, przeglądając się w szybie. Dotknął dłonią policzka, spojrzał na nią ze zniesmaczeniem i westchnął cicho. Na palcach zostało mu trochę krwi. Kiedy odwrócił się do wnętrza pomieszczenia, 172 zauważyła, że wsiąkała też w jego wcześniej nieskazitelnie biały płaszcz.
— Kurwa mać.
Powiedział coś jeszcze, ale nie potrafiła tego zrozumieć.
172 otworzyła szerzej oczy. Ukradkiem zerknęła na swoją rękę, chociaż wiedziała, że i na niej zobaczy trochę krwi. Zraniła go. Swojego opiekuna. Mógł ją teraz zabić. Pośpiesznie opuściła głowę, gotowa przyjąć cios.
— Wstań, Averyn — mruknął już zupełnie spokojnie.
Przez chwilę nic się nie stało. Potem ból ponownie przeszył jej skronie. Próbowała nad nim zapanować, ale im dłużej to imię odbijało się w głowie, tym bardziej bolało. Starała się wyrzucić je z myśli, ale nie potrafiła. Powtarzało się na multum sposobów, setkami głosów. Przywoływało tysiące wspomnień i twarzy. Nie powinna tego wszystkiego widzieć. To nie istniało. Nie było prawdziwe.
Złapała się za włosy. Gdyby tylko mogła ten ból złapać i stłamsić albo zmiażdżyć. Ale barierą była jej głowa. Może powinna ją przebić? Bez dłuższego namysłu rąbnęła czołem w biurko. Kolejny raz. I jeszcze...
— Averyn, przestań. — Ton jego głosu stał się ostrzegawczy. — Powiedziałem: „przestań”! — tym razem warknął, gdy mebel zatrząsł się od siły uderzenia.
Spróbowała zaatakować kolejny raz, ale oficer złapał ją za włosy. Mocno odciągnął, puścił, a potem nogą popchnął tak, że upadła na plecy. Za chwilę jego stopa znalazła się na jej klatce piersiowej. Spróbowała się wyrwać – nadaremnie. Nawet nie drgnął, gdy rąbnęła go w kostkę ani kiedy próbowała zepchnąć z siebie jego nogę. Nie naciskał na jej ciało. Po prostu trzymał ją przy podłodze.
— Uspokój się, Averyn.
— Nie mów tak! Nie mów!
Wiła się pod nim, chcąc się uwolnić. Bezradnie ułożyła się na podłodze, próbując znaleźć coś, czym mogłaby go zaatakować. Nie miał prawa tego mówić. To bluźnierstwo. Coś, co nigdy nie istniało. Była żołnierzem Akademii. Czy to jakiś test? Dlaczego jej to robił?
— Jak mam na imię, Averyn?
Jego głos, niezrozumiale znajomy, wżynał się w głowę. Potrafiła odseparować go od setki innych, kołaczących się w świadomości. Był najgłośniejszy. Najbardziej wyraźny. Nie mogła go znieść. Wracał raz po raz. Nawet jeśli starała się zagłuszyć go innymi myślami. Zacisnęła z całych sił oczy.
Moje życie jest służbą, moje życie jest służbą, moje życie jest służbą...
Hej, Averyn! Averyn, idziesz z nami?
Moje życie jest służbą.
Averyn, to twoja przyjaciółka. Znasz ją najlepiej.
Moje życie...
Averyn, mam rację albo nie nazywam się Varren Naharev.
Moje...
— Varren. Na imię masz Varren.
172-Averyn poczuła, jak gorące łzy zebrały się pod powiekami. Nie minęła chwila, spłynęły po skroniach i wsiąkły we włosy. Ciężar stopy oficera... Varrena znikł z klatki piersiowej. Averyn przekręciła się na bok i zaniosła się szlochem. A jeśli nie powinna? Przecież mogli ją usłyszeć. Ale Varren nie reagował. Może nic im nie groziło.
Nie. Powinna pozostać posłuszna Akademii. Co z tego, że Varren był jej znajomym? Zlitował się nad nią, biorąc pod swoje skrzydła. Oboje nadal podlegali Ilvanowi. Oboje zawdzięczali mu wszystko. Nie wierzyła, by Varren był aż tak głupi. Ale dlaczego występował przeciwko prawu? Był oficerem, możliwe, że nawet najważniejszym zaraz po ich Indari.
Podciągnęła kolana pod brodę, starając się opanować targający nią szloch. Mierzyła się z przeszłością, która nie miała prawa istnieć. Wmówili jej, że to wszystko nieprawda. Dlaczego? Po co? Zaraz...
Uspokoiła się niemal natychmiast. Pociągnęła nosem, łącząc wszystkie wydarzenia w całość. Nawet zakładając, że jedna z wersji była prawdziwa, a druga nie i na odwrót, jeden element ciągle nie chciał się dopasować. Serce Averyn zabiło szybciej, kiedy rozpaczliwie próbowała poskładać elementy tej chorej układanki.
— To nie może być... Nie tak... Przecież... Ty nie... Ja... Twój pogrzeb. Byłam na nim! — wyrzucała z siebie, unosząc się do siadu. — Cmentarz przy ulicy Żołnierzy Poległych. Kwiaty. Nosiłam je co tydzień. Ty nie żyjesz!
Wreszcie podniosła na niego spanikowane spojrzenie. Varren zdążył w tym czasie przysiąść na brzegu biurka. Ręce miał założone na piersi. Wpatrywał się w przestrzeń. Milczał. Akurat teraz, kiedy potrzebowała tak wielu odpowiedzi.
— Tak było lepiej — mruknął w końcu, zsunął się z biurka i przeszedł do okna.
Zapatrzył się w dal. Averyn czekała, aż zacznie kontynuować, ale uparcie milczał. I już? To wszystko? Tak było lepiej? Nie potrafiła pogodzić się z tą odpowiedzią. Dla kogo lepiej? Dla niego? Czy nigdy nie przejmował się, jak bardzo to wszystko przeżyła? Jego śmierć – to słowo ledwo przechodziło jej przez myśli – to, że nagle go zabrakło? Uciekł do Akademii, tak po prostu. Jak pies z podkulonym ogonem. I ten stojący przed nią tchórz śmiał nazywać się oficerem? Jakim prawem? Kto go do tego dopuścił? Nie był godzien. Ilvan przyjął go pod swoje skrzydła. Nie był w niczym od niej lepszy.
Ale był oficerem. A ona rekrutem.
— Tak było lepiej — powtórzyła do siebie, pełnym niedowierzania szeptem.
— Averyn, teraz jeszcze tego nie rozumiesz, ale...
— Nie mów tak do mnie! — przerwała mu zbolałym krzykiem.
W odbiciu rysującym się na szybie widziała, że Varren uniósł lekko brwi, chociaż zacisnął usta. Milczał. Powinien ją przeprosić. Nie miał prawa nazywać jej starym imieniem. 172. Tak powinien do niej mówić. Tak ją oznaczyli. To imię, dawne, nieprawdziwe, nadal sprawiało niemal fizyczny ból, pobrzmiewając w głowie. Mogła to przecież komuś zgłosić. Innemu oficerowi. Komukolwiek!
Varren westchnął ciężko, przerywając jej rozmyślania. Ścisnął nasadę nosa, a potem gwałtownie odwrócił się do wnętrza pomieszczenia.
— Nie radzę ci podnosić tonu lub kiedykolwiek odzywać się do oficera tym tonem, adepcie. — Jego głos stał się nagle niesamowicie chłodny i odległy. — Myślisz, że znalazłaś na mnie haka? Idź. Idź i powiedz im, co odkryłaś. Myślisz, że uwierzą zasłużonemu oficerowi czy zasmarkanemu adeptowi, który najwidoczniej podczas łamania postradał zmysły? Nadal jestem oficerem, nadal cię szkolę i ode mnie zależy twoje życie.


* * *


Palące poczucie winy rozrywało Varrena od środka. Ale nie potrafił inaczej. W głębi bał się tego, co mogła zrobić. Gdyby tylko coś z tego, co się tu działo, dotarło do Ilvana... sprawdziłby to. Tym bardziej, że Varren – na szczęście – nie załapał się pod nowe łamanie. Wcześniejsze było dość nieskuteczne. W rekrutach tliło się za dużo człowieczeństwa. On i wszyscy inni oficerowie z poprzednich naborów trwali pod niemal stałą obserwacją. Szeregowych z poprzedniego łamania Ilvan wytłukł praktycznie wszystkich. Z oficerów został tylko on, Kairn i Nair. Varren nie mógł teraz tego spierdolić. Po prostu nie.
Tym razem by się nie wykpił. Averyn, gdyby się postarała, wyciągnęłaby z pamięci zbyt wiele faktów odnośnie ich wspólnej przeszłości. Jaka szkoda, myślałem, że działaliśmy w jednej sprawie – ile razy mówił to o swoich kolegach z oficerki? Kairn pewnie powiedziałby o nim to samo. Dlatego Varren miał tylko jedno wyjście: prostować ją powoli, ostrożnie, jednocześnie sprawiając, żeby bała się go wydać.
Musiał stać się jej najgorszym koszmarem.
Wpatrywała się w niego nieco zagubionym spojrzeniem. Chyba analizowała swoją sytuację. To straszne, co jej zrobili. Varren na samą myśl czuł mdłości. Nawet teraz, kiedy zdała sobie sprawę z tego, kim był, starała się być całkowicie podporządkowana i oddana Akademii. Nie spodziewał się, oczywiście, że rzuci się staremu przyjacielowi w ramiona – mogła go nawet nienawidzić, wszystko jedno – nie po tym, co zrobił... ale trochę się łudził, że za pierwszym razem wleje jej do głowy nieco więcej oleju.
Niestety. Na razie musiał zadowolić się tym, że coś kliknęło i zakiełkowało w niej choćby szczątkowe samodzielne myślenie. Nie widział już tego bydlęcego, ogłupionego spojrzenia... to znaczy, nie tak do końca. Nadal czuła się żołnierzem, nadal była przekonana, że powinna się podporządkować i wypełniać rozkazy – nadal czuła się nikim – ale być może w głowie zaczęła kwestionować racjonalność tego wszystkiego.
Averyn wstała z widocznym trudem. W całym tym stresie musiała naprawdę boleśnie spiąć mięśnie, bo drżała. Varren przyglądał się jej z ciężko ukrywanym strachem – na ile był w stanie grać i jak długo, nie miał pojęcia. Nawet jeśli w tej chwili powiedziałaby, że będzie posłuszna, nie mógł wiedzieć, że go nie sprzeda. Żołądek bolał coraz bardziej, a serce chyba na moment przestało bić, kiedy Averyn stanęła prosto. Potem pochyliła ku niemu głowę.
— Przepraszam, to już nigdy więcej się nie powtórzy. Będę wymagała od siebie więcej. Moje życie... — urwała, skrzywiła się i pociągnęła nosem. — ...jest służbą.
— Usiądź — nakazał, samemu chcąc zająć miejsce za biurkiem. Zawahał się, spojrzał na podłogę i sięgnął po nieco wymiętego papierosa, którego nie zdążył zapalić. Potem z westchnieniem opadł na fotel. — Musimy omówić kilka istotnych kwestii. Po pierwsze: nawet w przypadku zagrożenia, bez mojej zgody lub wyraźnego nakazu nie sięgasz po magię. Rozumiesz? — Przez chwilę wgapiała się w przestrzeń. Ostatecznie kiwnęła głową. Varren wsunął papierosa do ust. — Będziesz czuła zew, ale — urwał na moment, by przysunąć dłoń do fajki; pstryknął, nad jego palcami zamigotał płomień, który natychmiast pochwycił w swe objęcia tytoń, a potem znikł, pozostawiając jedynie żar na papierosie — masz go zignorować. Kiedy go poczujesz, będziesz wiedziała. Najważniejsza będzie pierwsza próba, później nauczysz się reagować, gdy tylko zacznie się w tobie tlić. Jeśli pozwolisz mu się ponieść, jak mówił dziś Nair, najprawdopodobniej wyniosę cię do zsypu, jak już zgarnę zmiotką twoje prochy. — Ponownie kiwnęła głową. — Poza sytuacjami, w których jesteśmy sami, jak teraz, masz się zwracać do mnie oficerze lub oficerze Naharev. — Kolejne kiwnięcie. — Moje słowo jest tu prawem. Sprzeciwisz się, zostaniesz ukarana.
Tym razem zajęło jej chwilę, zanim przytaknęła. Świat nie był czarno-biały, nawet jeśli Ilvan starał się napchać im takich głupot do głów. Owszem, ich Indari ustanowił tu pewnego rodzaju prawo, ale w wielu wypadkach to właśnie Varren, bez zbędnych konsultacji, orzekał o losie próbujących uciekać gówniarzy, idiotów wszczynających bójki lub kogoś ośmielającego się podnieść rękę na oficera. Czasem nawet nie zdążył, bo ci mieli pełne prawo zabijać w obronie własnej.
Nienawidził tej odpowiedzialności.
Chętnie wywróciłby oczami na sam wydźwięk tych myśli, ale nie wypadało. Zamiast tego, zaczął wpisywać kolejne dane do stworzonego przez Naira arkusza. O wiele rzeczy nie musiał pytać, znał ją nazbyt dobrze. Wiedział nawet o jej pierdolonej alergii na orzechy. Jakby cokolwiek miało to teraz znaczyć.
Spojrzał na nią. Siedziała na krześle spięta, z mocno wyprostowanymi plecami. Ręce trzymała na kolanach. Pewnie gdyby Varren widział znad blatu jej dłonie, właśnie obserwowałby, jak wbijała sobie paznokcie w spodnie. Poza tym miała dość nieodgadniony wzrok. Właściwie wydawała się dość zamyślona, a jednak go słuchała. Nie sądził, żeby kiwała głową machinalnie.
— Będziesz miała partnera do ćwiczeń. Najprawdopodobniej podopiecznego oficera Derena i...
— Dlaczego nie ciebie? — wtrąciła się tak nagle, że Varrenowi zabrakło na moment języka.
Zamrugał szybko, odwróciwszy wzrok od ekranu. Averyn wpatrywała się w niego w napięciu. Uniósł nieznacznie brwi i przechylił głowę. Nie spodziewał się, że mu przerwie. Kto inny dawno już by ją sprał. A on sprałby kogokolwiek innego. Ale nie ją. Powoli zaciągnął się papierosem. Dmuchnął dymem w twarz Averyn.
— Nie odzywaj się bez pozwolenia — wycedził najbardziej jadowitym głosem, na jaki było go w tym momencie stać.
Cholera. Kiepski był w to udawanie.
Averyn, jakby rozumiejąc, że nie pomagała sobie takimi zagrywkami, natychmiast pochyliła głowę. Jak zaprogramowany robocik.
Varren nie mógł na to patrzeć.
— Odpowiadając na twoje pytanie, jestem dla ciebie za silny. Dam ci wskazówki, nauczę cię odpowiednich ruchów i wyprowadzania ciosów. Na początek twoim zadaniem będzie pokonanie kogoś na twoim poziomie. — Najwyraźniej usatysfakcjonowała ją ta odpowiedź, bo pokiwała głową, więc kontynuował: — Będziecie razem ćwiczyć, razem jeść i zakuwać teorię. Macie być najlepszymi kumplami. Rozumiesz?
Kiwnęła głową.
— Odpowiedz na głos.
— Rozumiem.
Varren westchnął cicho, dopalił papierosa, a potem zgasił go w czarnej okrągłej popielniczce. Dym nieprzyjemnie podrażnił jego płuca. Właściwie miał z fajkami dziwną relację. Niby uważał je za gówno, ale zawsze sięgał po kolejną.
— Będziesz musiała go potem zabić — mruknął takim tonem, że zaraz się za to skarcił.
Jakby opowiadał jej, co jadł na dzisiejsze śniadanie. Kiedy dotknęła go taka obojętność? Prawie się wzdrygnął, czując biegnący po plecach dreszcz.
— Słucham? — zapytała ściągniętym głosem. — Swojego partnera?
— Tak, Averyn. Zabić — powtórzył dobitniej. — Żeby tu żyć, musisz umieć zabijać. Będzie dobrze, jeśli sytuacja nie zmusi cię do odebrania komuś życia wcześniej. To informacja, której nie można przekazywać adeptom. Nie powinienem ci tego mówić nawet jako mojej nowicjuszce. Wygadasz się – zginiesz.
Nie wiedział jeszcze, na ile była wyprana ze współczucia i ludzkich odruchów, ale znał Averyn wcześniej. To, że jej powiedział, mogło tylko ułatwić sprawę. Nie chciał, żeby przywiązała się do swojego partnera. Moment zawahania kosztowałby ją życie. Każdy okruch przewagi był dla nich, choć Averyn pewnie nie zdawała sobie z tego sprawy, na wagę złota. Varren wiedział, że jeśli chodzi o siłę czy ogólną sprawność, była co najwyżej średniakiem. Pewne braki ciężko nadrobić w miesiąc.
Wyglądała na pogodzoną z tym, co usłyszała. Najprawdopodobniej doszła do tych samych wniosków co on. Może nie była silna. Ale nie była też głupia.
Podniosła głowę, wpatrując się w jego policzek. W międzyczasie zdążył zaleczyć rankę i zetrzeć zeschniętą krew. Prawie o tym zapomniał. Nadal miał jednak splamiony płaszcz. Z jakiegoś powodu zaczęło mu to przeszkadzać. Cholera. Miał co prawda w gabinecie czarny płaszcz do „pracy”. Był mniej elegancki, ale bardziej wygodny. Nie pójdzie przecież ot tak do swojego apartamentu, żeby się przebrać. A może pójdzie. Wolałby wyglądać nienagannie.
Nie no, kurwa, o czym on myślał. To tylko płaszcz. Tylko głupi płaszcz. I dwie krople krwi, których prawie nie widać.
Ale jednak widać. Ach, kurwa.
Varren przetarł twarz dłońmi. Czasem tego typu błahostki go przerastały. Jakby nie miał większych problemów.
— No? — mruknął, widząc, że Averyn niemalże nie mogła wysiedzieć, chcąc zadać jakieś pytanie.
— Twoja rana... — urwała, chyba nie wiedząc, co powinna powiedzieć.
Och. No tak. Pierwsze zetknięcie z magią. To zawsze wyglądało tak samo. Niby o niej słyszeli, ale nigdy nie widzieli. Dla Varrena stała się monotonną codziennością i nie była niczym niezwykłym. Już prawie zapomniał, jak ekscytował się nią na początku.
Bez zastanowienia zrobił na biurku trochę miejsca. Sięgnął do cholewy buta, wyciągnął schowany w niej krótki nóż i położył na blacie. Zrzucił płaszcz, podciągnął rękaw. Sięgnął po odłożoną wcześniej broń i tak po prostu przejechał ostrzem po skórze, patrząc Averyn w oczy. Rozchyliła usta, zerkając to na niego, to na ranę, którą właśnie sobie zadał.
Krew sperliła się na rozcięciu.
— Spróbujesz teraz zamknąć moją ranę — polecił spokojnym głosem, bo Averyn trzęsła się jak w ciężkim delirium. — Przyłóż do rany opuszki palców. — Wahała się przez chwilę, ale spełniła polecenie. — Zamknij oczy i skup się na sercu. Poczujesz zew. Nie pozwól mu się porwać.
Averyn posłusznie opuściła powieki. Przez chwilę nie reagowała, by za moment wciągnąć szybko duży haust powietrza. Zadrżała na całym ciele, zmarszczyła czoło, jakby przypominała sobie właśnie coś nieprzyjemnego, a potem zamarła.
— Widzisz swoje światło? — zapytał półszeptem.
Mógł przez nią zginąć w każdej chwili. Ale nie musiał – nie chciał – jej o tym mówić.
— Czuję je — odparła równie cicho, głosem drżącym z przejęcia, choć zdołała zapanować nad ciałem.
Varren skupił się na swojej energii, którą zwykł tłamsić. Uwolnił jej więcej. Averyn prawie zakrztusiła się powietrzem, przytłoczona ogromem zalewającej pomieszczenie mocy. Uchyliła na moment powieki, a energia zadrżała niebezpiecznie.
— Skup się — skarcił ją poirytowanym szeptem. Albo zaraz nas zabijesz. — Czujesz moją ranę? Sięgnij do swojej energii. Wyrwij z niej tyle, ile potrzebujesz. Nie więcej. Będzie kusiło, ale nie waż się wziąć ani odrobiny więcej, niż potrzeba.
Wolał, żeby spróbowała na nim. Zawsze mógł cofnąć rękę, zareagować. Jeśli w ogóle zdąży. Siebie mogłaby zabić. Prędzej niż jego. Chociaż na regularnych zajęciach raczej tego nie praktykowali. Ufał Averyn... to znaczy chciał spróbować zaufać. W przypadku byle jakiego szeregowca coś takiego w ogóle nie wchodziłoby w grę.
Varren poczuł łaskoczące mrowienie na skórze. Minął ledwie ułamek chwili i po ranie nie został nawet ślad. Averyn oddychała szybko, patrząc na to, czego dokonała. Z pewnością czuła się teraz jak pani świata. Każdy przez to przechodził. Przekonanie, że oto otrzymało się zdolność pokonania śmierci. Coś pięknego.
I kurewsko nieprawdziwego.
Jedyną osobą posiadającą odpowiednie medyczne wykształcenie, pozwalające na faktyczne wyrwanie nieszczęśnika z objęć śmierci, był Nair. Reszta mogła tylko udawać, że potrafiła dokonać czegokolwiek więcej niż zamknięcia kilku prostych szram.
— Brawo, nie wyprułaś z nas flaków. To już coś — mruknął nieco kąśliwie, obserwując, jak Averyn przyglądała się swojej dłoni, obracając ją przed twarzą, by zaraz skruszyć zaschniętą na opuszkach krew.
— Niesamowite...
Jej pełen podekscytowania szept na moment przypomniał mu dawną Averyn, która potrafiła zachwycać się nawet drobnostkami. Varren poczuł przyjemne ciepło rozlewające się po piersi. Zaraz potem zdusiła je zimna pętla żalu, a gorycz zalała usta. Próbował ją przełknąć. Nadaremnie. Tak, to była pieprzona przeszłość. Z której utratą nadal nie potrafił się pogodzić. Odchrząknął w strachu, że głos mu zadrży.
— Na dziś to wszystko. Jutro zabierzemy się za ćwiczenie walki w zwarciu. Wyrobię ci też kartę do jednej z siłowni. Masz jak najwięcej biegać, więc koniecznie w każdej możliwej chwili korzystaj z bieżni... — uciął, zastanawiając się, jak jeszcze mógł przećwiczyć jej zręczność. — Basen. Dostaniesz też kartę na basen. Przed każdym ćwiczeniem minimum pół godziny rozciągania. Na początek. Na salach do ćwiczeń są minutniki, więc zegarek nie będzie ci potrzebny — poinstruował, widząc, jak otwierała usta, żeby coś powiedzieć.
Posmutniała, chyba licząc na to, że mogłaby zaznać takiego luksusu.
Varren prawie prychnął w pogardzie, ale ostatecznie zgniótł tę chęć, zanim na dobre wykiełkowała. Averyn nie powinna przesadnie się rozpraszać upływającym czasem. Szczególnie teraz, kiedy mieli zaledwie miesiąc na ogólny trening. Wiedział, że ktoś tak drobnej postury jak ona nigdy nie będzie przesadnie silny. A przynajmniej nie w tak krótkim czasie. Musiał poprawić jej zręczność oraz wytrzymałość. Powinna zadawać szybkie, krótkie ciosy, a jednocześnie unikać ataków przeciwnika. Nawet jeśli sama przywaliłaby odpowiednio mocno, niewiele by wytrzymała, gdyby pozwoliła się trafić.
Ktoś zapukał do drzwi.
Varren poczuł nagle potrzebę poprzestawiania wszystkich rzeczy na biurku. Skinął tylko porozumiewawczo do Averyn, opuścił rękaw i pozwolił sobie przesunąć notes i dwa długopisy, żeby choć na moment się uspokoić.
— Wejść.
W drzwiach pojawił się Kairn. Miał potargane włosy i pękniętą, zakrwawioną maskę. Ciekawe.
— Co za pierdolona banda skretyniałych idiotów — zaczął od progu, zanim spostrzegł, że Varren miał gościa. — O.
Averyn niespokojnie poruszyła się na krześle. Chyba zastanawiała się, czy powinna odejść, przywitać się, czy może po prostu natychmiastowo zdechnąć, ale Varren nie miał zamiaru jej odsyłać. Wskazał Kairnowi drugie wolne krzesło, które ten zaraz zajął, a potem bez skrępowania zdjął maskę.
— Ja nie mogę. Do wyrzucenia — sapnął, obróciwszy w dłoniach spękaną porcelanę. — To już trzecia w tym tygodniu.
— Powiesz mi, co się stało, czy będziesz się rozczulał? — fuknął groźnie Varren, sięgnął po długopis i zaczął stukać nim w notatnik.
— A. No — bąknął. — Sigmo słodka, weź, idź. — Machnął teatralnie ręką.
Jakimś cudem w Kairnie nadal było coś z bardzo nieogarniętego gówniarza, chociaż czasem starał się sprawiać pozory groźnego oficera. Czasem mu wychodziło.
Czasem.
— Więc?
Varren stracił panowanie nad długopisem, pstryknął nim za mocno. Długopis wystrzelił niezbyt wysoko w powietrze, spadł na biurko – Varren, niczym polujący na coś głęboko upośledzony kot, starał się pochwycić go palcami, uderzając otwartymi dłońmi o blat tuż za nim, kiedy się toczył – a potem z cichym stukotem wylądował na podłodze. Żenada.
Taktycznie zignorował to, czego właśnie dokonał, choć w jego gardle zebrało się soczyste „kurwa mać”, które, wywrzeszczane w nagłym przypływie wściekłości, pewnie wystraszyłoby na śmierć Averyn, a na Kairnie nie wywarłoby w zasadzie żadnego wrażenia. Właściwie gdyby Varren postanowił, z jakiegoś powodu, nagle wywrócić swoje biurko, zbić kilka okien i roztrzaskać regał, Kairn siedziałby spokojnie, niczego nie komentując i unikając ewentualnych rykoszetów.
Dlatego Varren tylko zamknął oczy, żeby Averyn nie widziała tego, co zaraz miało się z nimi stać. Pewnych rzeczy mogła dowiedzieć się później.
— Posłuchaj, to ciekawa historia... Dwóch gówniarzy wysadziło się na środku sali wykładowej.
Kairn zamilkł, a w pomieszczeniu zaległa niemalże idealna cisza. Varren, siedząc jak ostatni debil z zamkniętymi oczami, słyszał bijące serce Averyn i jej niespokojny oddech. Będzie musiał poćwiczyć z nią skradanie się. To pewne.
— To tyle? — zapytał wreszcie.
Powoli uchylił powieki. Zwykle szybko przechodziło. Może już prawie nie było tego widać. Najwyżej Averyn wmówi sobie, że tylko się jej przywidziało. Cokolwiek. Nieważne.
— Nie do końca. Wybuchła panika. Wrzaski, przepychanki, ktoś dał się porwać i zew wyrwał z niego tyle ognia, że trzeba w tej sali wmontować kilka nowych ławek. Trzech próbowało uciec, wywiązała się bójka. Deren jak tam wpadł w szale, okładał kogo popadnie. Jak wszedłem, na dzień dobry przypierdolił mi z łokcia. Kurwa, weź. Próbowałem go uspokoić, żeby nie wytłukł nam połowy narybku... — Spojrzał nagle na Averyn, trzymając ręce wysoko w górze, kiedy niespodziewanie przerwał żywą gestykulację. — Weź, lepiej nie słuchaj — powiedział do niej zupełnie nieprzejętym głosem, a potem opuścił ręce. — No i mam — kontynuował poprzednią historię, wskazawszy na siniejące oko. — Jakby mnie do niego dopuścili na długość ramienia, to bym wziął i zajebał.
— Masz go na długość ramienia średnio kilka razy dziennie. To cud, że facet jeszcze żyje — zaśmiał się Varren.
Sam zdziwił się swoją reakcją. Kairn był w pewien sposób zabawny, ale oczywiście Varren w życiu nie powiedziałby tego na głos. Sposób, w jaki starał się pokazać, jak bardzo się wściekał, zawsze poprawiał Varrenowi humor. I ta narracja. Po prostu złoto.
— Nie o to mi chodzi — oburzył się natychmiast. — Deren nigdy nie grzeszył rozsądkiem.
— Nigdy — zgodził się nieco pochmurnie Varren.
Miał rację. Ale to nie on promował Derena na oficera. Sam nie popełniłby takiego błędu, to pewne. Skład oficerski był – oczywiście do pewnego stopnia – całkiem zgraną ekipą. Raczej nie powierzyliby sobie nawzajem własnych żywotów, jednak drobniejsze szwindle często tuszowali. Dla wspólnej korzyści, prawda. I wyłączając z interesu Derena.
— Masz coś mocniejszego? — Varren uniósł brwi na to pytanie, nie wiedząc, co powiedzieć przy Averyn. — Zadałem złe pytanie — zreflektował się prędko Kairn. — Polejesz?
W odpowiedzi przewrócił tylko oczami. Teraz czy kiedy indziej, co to za różnica, Averyn musiała się dowiedzieć, że ustanowione przez Ilvana prawo nie było do końca przestrzegane tu i ówdzie. Szczególnie przez oficerów, którzy nie musieli się specjalnie spowiadać z tego, co i kiedy wnosili na tereny Akademii. Ostatecznie Varren sięgnął do szafki, wyciągnął karafkę z whiskey i dwie szklanki. Rozlał trunek, by jedną pchnąć potem w stronę Kairna.
— Nie masz lodu?
— A widzisz tu gdzieś lodówkę? — odburknął, karcąc go spojrzeniem.
Kairn zupełnie się tym nie przejął. Varren z pewną dozą wątpliwości obserwował go, jak starał się magią zgarnąć wilgoć z powietrza, szybko ją skroplić i zmienić w lód. Szklanka zadygotała, kiedy wpadło do niej coś przypominającego zmrożony śnieg. Varren był z jednej strony pod wrażeniem, zarówno samej umiejętności, jak i tego, że Kairnowi nadal zwyczajnie chciało się bawić magią i miał z tego jakąś satysfakcję. Z drugiej oczyma wyobraźni widział, jak szklanka pękała, rozsypując się w tysiące kawałeczków. Zdał sobie sprawę, że w napięciu wbił palce w podłokietnik, więc szybko je rozluźnił.
Może to ich szczęśliwy dzień.
Aż uśmiechnął się na tę myśl, kiedy w toaście stuknął w szklankę Kairna, kątem oka obserwując nadal milczącą, wyprostowaną sztywno Averyn. Może faktycznie było lepiej, niż się spodziewał. Początkowo nie zakładał nawet, że uda mu się dożyć tego dnia. Siedziała tu przy nich. Nadal miał szansę ją naprawić... zaraz.
— Kairn? Gdzie twój adept?
— Co? — Kairn zakrztusił się trunkiem, który wypił na jeden łyk. A. No na zewnątrz czeka. A co?
I po co ten cyrk z lodem?
Varren wzruszył ramionami. Nie powie mu przecież: wiesz, myślałem, że już gryzie glebę.
— Musimy zrobić coś z Derenem — zmienił temat. — Podniósł na ciebie rękę.
— Wiesz, że o tym myślałem? — Kairn nagle się ożywił. — Odbierzmy mu rekruta. Livii akurat zdechł, więc będzie tylko lekkie przetasowanie, nie? — Szturchnął zaczepnie Averyn.
Zimny dreszcz przebiegł wzdłuż pleców Varrena. Pomysł byłby dobry, gdyby nie to, że Kairn z pewnością wybrał kogoś silniejszego, a w dodatku pewnie wyszkoli go lepiej. W takim wypadku Averyn otrzymałaby silniejszego przeciwnika. Cholera. Nie tak miało być. W dodatku nie mógł się nie zgodzić. To by było podejrzane. Dopił resztę whiskey.
A już się cieszył.
— No. Przegłosowane — mruknął, starając się, by ściśnięte gardło nie odbiło się w brzmieniu jego głosu. — Idziemy złożyć Derenowi wizytę.


* * *


Szli w milczeniu. Varren nagle wydał się Kairnowi niesamowicie spięty. I czym? Przecież to normalna procedura. Ostatnio musiał mieć na głowie sporo spraw. Wszyscy mówili, że Ilvan chciał go awansować. Varren był tu prawem samym w sobie, potem w ogóle byłby już na równi z Sigmą. A wszystko przez to, że Ilvan nie dorobił się dziedzica.
— Masz zamiar wyciągnąć z tego zdarzenia jakieś konsekwencje? — zapytał, przytłoczony męczącą ciszą.
— Owszem.
No tak. Klasyczne odburkiwanie półsłówkami, kiedy Varren nie miał ochoty na dalszą dyskusję. Kairn mógłby zapytać, o jakich konsekwencjach myślał, ale pewnie wydusiłby z niego niewiele więcej poza suchym „zobaczysz”. Trochę tego nie rozumiał, a trochę miał wrażenie, że Varren wymyślał wszystkie kary na poczekaniu.
Kairn obejrzał się przez ramię. Rekruci, jego i Varrena, szli w ciszy, mimo że dostali odgórne pozwolenie na rozmowę i zapoznanie się. W końcu mieli być partnerami. Ta, partnerami, psia ich mać. Ciekawe, czy Varren powiedział tej swojej, co czeka ich na końcu... Nie, pewnie nie. To do niego niepodobne. Varren łamał jakieś trzy czwarte przepisów. Często również te, które sam ustalał, ale tak istotnego, odgórnego, by nie olał. Chyba.
E tam. Varrena i jego poczynania czasem ciężko zrozumieć. Jak to, że wziął tak słabą adeptkę. A sam mówił mu, że z gówna bata nie ukręci.
Ta dziewczyna od niego wyglądała cudacznie. Kairn nigdy nie mógł się napatrzeć na to, jak wszczepienie zmieniało niektórych fizycznie. A ona była świetnym tego przykładem. Nie dało się już poznać, jakiego koloru miała kiedyś włosy czy oczy. Tak bardzo sprały się do tej cholernej bieli.
Adeptka spojrzała na niego tak przenikliwym spojrzeniem, że aż go zmroziło. Natychmiast odwrócił wzrok. Jeszcze przez chwilę czuł dziwny niepokój, kiedy wpatrywała się w jego plecy. Idiotyczne. To tylko kolejna rekrutka ze złamaną psychiką.
— Jest i Deren — zaanonsował, widząc czekającego na nich oficera.
Deren, słysząc Kairna, natychmiast rozluźnił splecione na piersi ręce, uniósł głowę i czym prędzej wyszedł Varrenowi naprzeciw.
— Słuchaj, stary, omsknęło mi się niechcący...
— Który raz ci się omsknęło, co? — Varren ostro mu przerwał. — Deren, kurwa, Kairn może wnieść oskarżenie. Znowu mam ci kryć dupę? I tłumaczyć się, dlaczego pierwszego dnia część adeptów gryzie glebę?
— Gówniarze ciągle zdychają...
— Nie dwunastu jednego... pierwszego dnia, do kurwy nędzy!
Kairn przyglądał się tej sytuacji w milczeniu. Doskonale wiedział, że jeśli Varren podnosił głos, nie należało się wtrącać. Tym bardziej, jeśli było się obiektem wkurwienia Varrena. Wtedy trzeba było opuścić głowę, dopóki miało się ją na karku.
Deren popełnił jednak jeden zasadniczy błąd, na widok którego Kairn zassał ze świstem powietrze.
— O chuj — szepnął do siebie – tak cicho, że chyba faktycznie nikt go nie usłyszał – gdy zobaczył, jak Deren szturchnął Varrena w ramię.
— Ogarnij się, co? Co ci tak zależy...
Deren nie zdążył nawet dokończyć, bo Varren wykonał tak szybki krok do przodu, że niemal go przewrócił. Wydał się jeszcze wyższy i szerszy w barkach. Szarpnęło zebraną w powietrzu energią, którą Varren nagle przestał tłamsić. Kairn aż cofnął się pod ścianę. Tak na wszelki wypadek. Gówniarze również wyczuli tę zmianę, bo 155 wpadł na podopieczną Varrena, kiedy starali się odsunąć od rozdzierającej powietrze aury oficera.
— Dotknij mnie jeszcze raz, to wytrę twoim ryjem podłogi holów na wszystkich piętrach — warknął śmiertelnie poważnie Varren. — Robisz niepotrzebną zadymę pierwszego dnia nowego naboru, okaleczając przy tym oficera. — Cofnął się o pół kroku, odetchnął głębiej, jakby chciał urwać temat, ale zaraz ponownie się odezwał: — Myślisz, że kto się będzie tłumaczył przed Indarim z tych wszystkich wycięć?! Kamienie trzeba wyrwać. Doskonale wiesz, że część pęka, a zasoby są ograniczone. Jebać gówniarzy. Jak towar się zmarnuje, to mnie się obrywa, nie wam — warknął, wskazawszy palcem najpierw na Derena, potem Kairna, który uniósł tylko ręce w poddańczym geście.
Nie miał po co z nim dyskutować. Nawet jeśli to nie jego wina. Przecież starał się tej rzezi zapobiec. Ale jeszcze bardziej by go rozjuszył, a tego wcale nie potrzebował. Kiedy Varren wpadał w wygłaszanie tyrad, łatwo było to przekuć w rękoczyny.
— Dobra, stary, przepraszam — burknął na odczepnego Deren.
Chyba trochę ostudziło to temperament Varrena, bo jego energia na powrót zniknęła, pozostawiając po sobie dziwne uczucie pustki. Kairn przyjął to z ulgą, ale wiele zależało od kolejnych słów, które miały zaraz paść.
— Kairn, wnosisz oskarżenie?
— Dajcie spokój, nawinął się, no kurwa! — Deren kolejny raz podniósł głos.
Kairn poczuł, jak zaczął się w sobie gotować. Nie będzie mu tu pieprzył takich farmazonów!
— Nawinąłem się?! Ja cię przyszedłem uspokoić, żebyś nie puścił nas z dymem!
— Miałem wszystko pod kontrolą! Niepotrzebnie się wpierdoliłeś — syknął Deren, podchodząc do Kairna energicznie.
Prawie stykali się nosami, ale nie mógł dać się zastraszyć. Deren był od niego młodszy, słabszy i przede wszystkim: niżej postawiony. Kairn przełknął kilka obelg, cały swój gniew, a potem, już zupełnie spokojnie, odpowiedział:
— Pod kontrolą? Wytłukłeś adeptów, którzy przypadkiem znaleźli się w twoim zasięgu. Zaszlachtowałeś ich. Za nic.
Deren uśmiechnął się paskudnie. Przesunął wzrokiem po obecnych na korytarzu, jakby oceniał swoje szanse. Cofnął się, ale jego wzrok zatrzymał się na adeptach. Parsknął i pokręcił głową.
— Wiedziałem, że pobiegniesz na skargę do Varrena. W końcu jesteś jego pupilkiem, nie? — Na moment spojrzał na Kairna, ale za chwilę wrócił wzrokiem do dzieciaków. — To ta dziewczyna, co rano oklepałem jej ryj, bo nawet nie potrafiła sama założyć koszuli... Serio, Varren? Tyle się mówiło, że wyławiasz perły z tego morza gówna, a tu takie coś? Jakiś żart?
— Varren przynajmniej ma swojego adepta — parsknął Kairn, pozwalając sobie na kpiący uśmieszek.
Obserwowanie, jak przez pysk Derena przewijały się kolejne emocje i myśli, aż wreszcie zatrzymały się na pełnym strachu zrozumieniu, było dla Kairna niesamowitą rozrywką. Kiedy wreszcie do Derena dotarło, że Varren odbierał mu właśnie prawo do opieki nad dzieciakiem, którego sobie wybrał, był tak czerwony na twarzy, jakby się poparzył.
— Nie ośmielisz się — wycedził do Varrena.
— Już to zrobiłem. Kairn wniósł oskarżenie. Zmiany są wprowadzone w dokumentach. — Varren założył ręce na piersi. — W zasadzie przyszliśmy cię o tym poinformować.
— A głosowanie?!
— Ja i Varren jesteśmy za, Nair też. Nawet jeśli ty, Livia i Faye bylibyście przeciw, gówno z tego macie. Wiesz, że głos Varrena w remisach liczy się razy dwa.
Kairn jeszcze nigdy nie miał takiej satysfakcji z informowania któregokolwiek z oficerów o tej zależności. W dodatku reakcje Derena były bezcenne. Wyglądał, jakby miał lada chwila implodować.
— To ostatni raz, kiedy ci pobłażam. Odpierdol coś jeszcze, sprawa poleci do... — Varren urwał, sięgając do kieszeni munduru, gdy jego telefon zaczął wibrować. — …poleci do Ilvana. Zaraz wracam — burknął i odszedł trochę dalej, żeby odebrać.
— Musiałeś lecieć płakać do Varrena, co? — wytknął Deren, marszcząc wściekle nos.
— Płakać? Człowieku, ledwo doprowadziłem cię do porządku. Który to już raz? — Kairn przyjął pełną gotowości postawę, bo Deren zaczął nerwowo krążyć po korytarzu. — Nie panujesz nad sobą. Pomyśl, co by było, jakby to Nair przyszedł cię uspokajać.
— Nie zrobił tego.
— Ale mógł. Jakbyś go zabił, Ilvan by ci nie odpuścił do końca twojej nędznej, wypełnionej torturami egzystencji. — Zatoczył ręką w powietrzu okrąg, chcąc zarysować ogrom konsekwencji. — Żenuje mnie to, że muszę ci przypominać takie rzeczy.
Deren teatralnie przewrócił oczami.
— A ty co się gapisz? — zwrócił się niespodziewanie do adeptki Varrena. — Cieszysz się pewnie, że Varren wziął cię pod opiekę, co? Prawda jest taka, że zdechniesz jeszcze przed końcowymi egzaminami.
Kairn nie zareagował, kiedy Deren do niej podszedł. Chciał pozwolić sytuacji się rozwinąć. Zerknął tylko w stronę Varrena, który najwyraźniej nie zwracał na nich uwagi, pogrążony w rozmowie. W razie czego był blisko. Deren miał szczęście, że Varren nie słyszał, jak groził dziewczynie. Kairn spojrzał na nią zaciekawiony, gdy karnie opuszczała wzrok.
— Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię.
Deren wbił palce w skórę adeptki na wysokości szczęki i uniósł twarz tak, żeby patrzała mu prosto w oczy. Agresywnie potrząsnął jej głową, a Kairn wyczuł niebezpieczne wahnięcie energii. Zaniepokoił się, chcąc interweniować. Ostatecznie stłumiła ją w sobie, więc zamarł w oczekiwaniu. To mogło być ciekawe. Widział, jak jej klatka piersiowa unosiła się i opadała szybciej. Musiała uporczywie tłamsić zew.
— No. Lepiej. — Deren pchnął ją tak agresywnie, że wpadła na ścianę.
Natychmiast pozbierała się do pionu. Nadal milczała, choć w panice spojrzała ukradkiem w stronę Varrena.
— Co on w tobie widzi, co? — Deren szturchnął ją i wzdrygnęła się, jakby coś oślizgłego spadło na jej ramię. — Ani mocy, ani cycka, ani tyłka. — Klepnął ją w pośladek.
Poczerwieniała na twarzy. Kairn wywrócił oczami. Jeszcze chwila i będzie musiał zareagować...
To stało się szybciej, niż w życiu śmiałby przypuszczać. Nieczęsto widział Varrena w akcji, ale dobrze wiedział, że legendy nie wzięły się znikąd. Szarpnięcie energii było tak gwałtowne, że Kairn ledwie stłumił chęć sięgnięcia po własną. Dziwny podmuch powietrza niemal strącił go z nóg. Adepci wcisnęli się w ściany. Deren zniknął z pola widzenia.
Kairna w ogóle nie zdziwiło, kiedy zobaczył Varrena trzymającego drugiego oficera w powietrzu jakiś metr dalej. Jego palce wciskały się mu w szyję na tyle mocno, że z trudnością oddychał. Charczał coś niezrozumiale, wijąc się w żelaznym uścisku. Złapał nadgarstek Varrena, ale cokolwiek próbował zrobić, po prostu nie był w stanie.
Varren cisnął Derenem o podłogę z taką łatwością, jakby rzucał poduszką. Gruchnęło. Brzmiało jak pękające kości. Varren jednym krokiem pokonał dzielący ich dystans. Deren zawył z bólu, gdy but Varrena wcisnął się mu pod żebra po mocnym kopniaku.
— Pozwoliłem ci ją dotknąć? — zapytał ledwie dosłyszalnie.
— Co ty widzisz w tej...
Kolejny cios wycisnął z płuc Derena całe powietrze.
— Zadałem ci pytanie.
Kairn aż przyłożył pięść do twarzy i przygryzł w napięciu jeden z palców. Sytuacja wymykała się spod kontroli. Wejście między nich oznaczało włączenie się w konflikt, to po pierwsze. Ryzykował przy tym to, że Varren będzie chciał sprać i jego, jeśli tylko za bardzo się zbliży. Po drugie, nawet gdyby chciał ich jakoś rozdzielić, byłby w stanie spacyfikować jedynie Derena.
Z Varrenem nie miał za to najmniejszych szans.
Tak jak i Deren.
— Wstawaj. — Varren złapał Derena za brzeg koszuli i bez wysiłku uniósł tak, że dosłownie postawił go na nogach.
Deren zatoczył się, zamroczony brakiem odpowiedniej ilości tlenu. Wsparł się na ścianie, oddychając ciężko. Pozornie pokornie pochylił głowę, by kupić sobie trochę czasu. Ledwie Kairn zdążył mrugnąć, Deren uniósł się szybko, wyrywając z serca sporą ilość energii i kształtując w dłoniach. Jego myśli musiały być na tyle chaotyczne, że nie ułożył mocy w nic konkretnego. Rażąca biel poszybowała w stronę Varrena. Kairna nagle oblało gorąco i zrobiło się niedobrze. Zaraz się pozabijają. Za to Varren nic sobie z tego nie zrobił. Po prostu wyciągnął dłoń. Przebieg jego mocy, kiedy toczyła się od samego barku, aż po opuszki palców, był niemalże widoczny gołym okiem. Blada, połyskująca tarcza osłoniła go, bez problemu niwelując atak Derena.
Kairn musiał zareagować. Teraz.
Coś przewróciło mu się w żołądku, kiedy Varren sięgnął po swoją energię. Kairn mało kiedy czuł tak zatrważającą siłę. Odepchnął od siebie chęć rzucenia się do ucieczki. Jeśli czegoś nie zrobi, na rozlewie krwi się nie skończy. Prawie sięgnął do serca. Powstrzymał się ostatkiem sił. Położył dłoń na barku Varrena. Ponad jego ramieniem widział, jak energia formowała się na kształt długiego ostrza. Gdyby tylko się zamachnął, Deren rozpadłby się na dwie części.
— DOŚĆ! — wrzasnął tak głośno, na ile pozwalała mu pojemność płuc.
Varren natychmiast zamarł, a rażąca jasność zanikła.
Kairn nie miał pojęcia, który z nich się trząsł. Może to Varren, z nerwów, wściekły, z trudnością nad sobą panujący. Może on sam. Ze strachu. Sigmo, nie wiedział. Wszystko stało się tak szybko. Puścił go czym prędzej, gotów osłonić się w razie potrzeby.
— Popierdoliło was równo — sapnął, odzyskując głos w gardle, gdy zrozumiał, że Varren nie miał zamiaru go zabić.

Obrócił się na pięcie w stronę adeptów. Jakby chciał sprawdzić, czy nic im nie było. Dziwne. Dlaczego przejmował się tak bardzo tą dziewczyną? Kairn spojrzał w jej kierunku. Cofała się przy ścianie, aż dotarła do zakrętu. Jej plecom zabrakło oparcia i opadła na pośladki. Wpatrywała się w Varrena z dzikim przerażeniem odciśniętym na twarzy. Kairn podążył za jej wzrokiem i natychmiast zrozumiał. Musiała widzieć go w tym stanie pierwszy raz.

Obserwatorzy