czwartek, 12 października 2017

Rozdział I


Łzy Niewiernego

Łóżko było wręcz odrażająco wygodne, a morskie fale za oknem irytująco spokojnie rozbijały się o klif. Przez kilka chwil wszystko zdawało się normalne, kiedy leżała na plecach, wpatrując się w szarobiały sufit.
172 zamknęła zmęczone oczy, odliczyła do stu, starając się ignorować szum wody i to, jak jej ciało komfortowo zapadało się w materacu, ale sen nadal nie przyszedł. Zirytowana, podniosła się do siadu i mocno potarła powieki. Kilka kolorowych plamek na moment zalało świat, kiedy próbowała dostrzec cokolwiek w niemal zupełnym mroku. Rama łóżka skrzypnęła cichutko, gdy 172 opuściła nogi.
Wymacała malutką komodę, by oprzeć na niej część ciężaru. Miękka wykładzina zdradziecko łaskotała stopy, niemalże zapraszając, by na niej stanęła. 172 jęknęła w chwilowym napływie bólu, gdy kolana ugięły się pod ciężarem ciała. Sapnęła, strząsnęła z pleców dreszcz, a potem zrobiła dwa niepewne kroczki i… już. Znalazła się na drugim końcu pomieszczenia.
Pokoiki, które im przydzielali, były malutkie. Poza komodą z mundurami i łóżkiem, umieszczono tu drzwi. I jeszcze jedne drzwi, prowadzące do równie mikroskopijnej łazienki z toaletą i prysznicem. To jej dom. Dookoła którego roztaczała się betonowa ojczyzna, ze stolicą w samym środku – w gabinecie Indari, w wolnym tłumaczeniu Najwyższego. Był panem, ojcem i zbawicielem. Dobrym władcą, który zobaczył w niej potencjał, a teraz pozwoli wykorzystać go w służbie. Łaskawie nadał życiu 172 cel.
Cel, którego wcześniej nie miała.
Wraz z błyskiem wspomnień z przeszłości, niewyraźnym, chaotycznym, jej głowę przeszył ból. Opadła na kolana z sykiem. Oddychała ciężko, starając się odegnać dziwne uczucie niepokoju.
— Moje życie jest służbą — powiedziała do siebie uspokajająco, choć głos miała drżący i mocno niepewny.
Zadziałało.
Nim właściwie zdała sobie z tego sprawę, leżała na podłodze. Stwierdziwszy, że w końcu znalazła wygodne miejsce, przekręciła się na bok. Tylko… czy mogła odrzucić szczodrość swojego Indari? Dał jej łóżko, to aż nazbyt dobre! Ale tak bardzo przyzwyczaiła się do chłodnej betonowej wylewki, że i wykładzina wydawała się teraz zbyt komfortowa, by mogła na niej zasnąć.

* * *

Rankiem, to znaczy zakładała, że był ranek, usłyszała łomotanie do drzwi. Nie mogła tego wiedzieć na pewno – żaden z nowicjuszy nie miał pozwolenia na posiadanie zegarka. Co dopiero budzika! Zerwała się na równe nogi, niedbale poprawiając włosy.
Drzwi wejściowe otworzyły się, wpuszczając do środka zamaskowanego oficera. Był od niej wyższy co najmniej o głowę i mocniej zbudowany. Omiótł ją spojrzeniem. Zasalutowała czym prędzej, starając się włożyć w ten gest jak najwięcej entuzjazmu. Nie chciała przecież, żeby pomyślał, że nie była wdzięczna za całą tę dobroć!
— Zbiórka na korytarzu. Pełne umundurowanie galowe. — Jego głos brzmiał całkowicie spokojnie i bezemocji.
W odpowiedzi tylko pochyliła głowę, pamiętając, żeby nie odzywać się nieproszona.
Kiedy oficer zamknął za sobą drzwi, w szaleńczym pędzie rzuciła się do komody, chcąc wysunąć z niej szuflady. Najlepiej wszystkie naraz, jeśli tylko by mogła. Spodnie, pasek, koszula, para skarpet, marynarka. Wszystko było na swoich miejscach. Przebrała się czym prędzej, nerwowo złożyła koszulkę i spodenki do spania, by zaraz ułożyć je na łóżku. Wygładziła je co najmniej o dwa razy więcej, niż powinna. Niedbale wzuła ustawione pod ścianą buty, wiedząc, że każda sekunda spóźnienia mogła zostać potraktowana jako niesubordynacja. Starła pot z czoła. Chciała wyglądać możliwie nienagannie. Obciągnęła koszulę, bo trochę wyszła ze spodni. Ruszyła do drzwi, które zaraz za sobą zamknęła.
Rozsunęła lekko nogi, niemalże odmierzając odpowiedni rozstaw w myślach, uniosła podbródek, a następnie splotła za plecami ręce. Wiedziała, że oddech jej przyśpieszył, dlatego desperacko starała się go opanować. To był wielki dzień. Pierwszy dzień wśród adeptów po tym, jak ją ułożyli. Dziś zaczynali szkolenie.
Ogarnęła wzrokiem korytarz. Niedobrze. Kilku adeptów stało już przed swoimi drzwiami. Następnym razem musi być lepsza. Musiała być szybsza. Musiała się bardziej postarać. Tak. Koniecznie.
Bo „następnego-następnego” razu zwyczajnie mogło już nie być.
W końcu wszyscy nowicjusze pojawili się przed pokojami. Oczywiście… ostatni zebrał baty. Tak kończyli słabeusze i 172 to wiedziała. Oficer przyjrzał się jeszcze kilku osobom, a potem przeszedł bliżej.
I zatrzymał się przy niej na dłużej.
Przyglądał się w milczeniu, aż wreszcie uniósł dłoń i sięgnął ku szyi 172. Wtedy to poczuła. Kiedy tylko opuszek jego palca zetknął się ze źle ułożonym, odstającym kołnierzykiem koszuli. Zimny pot wstąpił jej na skronie. Ręka oficera przesunęła się do jej twarzy, niemalże czule obejmując policzek. Jednak po chwili palce mężczyzny zacisnęły się, boleśnie wpijając się w skórę. Zaraz poklepał ją protekcjonalnie po twarzy, parsknął pod nosem, prawie niedosłyszalnie. Zdążyła jeszcze zauważyć, jak przechylił głowę. Później cały świat zawirował, dzwoniło jej w uszach, a rwący ból promieniował od policzka.
Na szczęście ustała, choć cofnęła się pół kroku, stykając się plecami ze ścianą.
— Co to ma być, żołnierzu?! — ryknął oficer tak głośno, że aż się wzdrygnęła. — Jesteś pierdolonym adeptem w Akademii, masz się godnie prezentować! Jaki przykład dajesz kolegom?!
172 karnie opuściła wzrok.
Przyniosła wstyd sobie i całemu naborowi. Powinna zdechnąć. A może lepiej po prostu nigdy się nie urodzić? Nie była godna, by służyć w tak wspaniałej formacji. Z trudem powstrzymała chęć sięgnięcia do włosów i wyszarpania ich sobie z głowy.
— Masz mi coś do powiedzenia?
— Gorąco błagam o wybaczenie. Taki incydent już nigdy nie będzie miał miejsca. Zawsze będę wymagała od siebie więcej. Moje życie jest służbą — wyrzuciła z siebie natychmiast.
Oficer parsknął ponownie. Z niesamowitą delikatnością poprawił odstający kołnierzyk. Spojrzał na nią raz jeszcze, jakby zgadzając się z jej myślami odnośnie tego, że powinna gryźć glebę. Ledwie na moment pozwoliła sobie zerknąć w jego mimo wszystko pełne zadowolenia szarobrązowe oczy. Łaskawie dał szansę. Poklepał ją po twarzy ponownie, mocniej niż za pierwszym razem, ale nie uderzył.
— No. Grzeczna dziewczynka. A teraz wszyscy wypierdalać do sali wykładowej!

* * *

Kiedy szła wraz ze swoją grupą do odpowiedniego pomieszczenia, zrobiło się jej dziwnie słabo. Odetchnęła głęboko. Czyżby to stres? Nie mogła tego po sobie pokazać. Oblizała nerwowo wargi. Jakby tego było mało, męczyła ją suchość w ustach. W żaden sposób nie potrafiła jej przełknąć, nie sądziła też, żeby woda jakkolwiek potrafiła zaspokoić to pragnienie.
Dotknęła miejsca nieco powyżej piersi. Jej cała duma, nowe serce, dające siłę do walki. A jednak... trochę ją przerażało. Miała wrażenie, że było podejrzanie nienaturalne. Wiedziała, że to głupie. Bezzasadne lęki. Nic więcej. Przecież ich Najwyższy nie zrobiłby im krzywdy, prawda? Byli dla niego zbyt cenni. Byli jego dziećmi. 172 odetchnęła ponownie. Czasem myślała, że serce biło. Tak jak to prawdziwe. Wróć. Serce było prawdziwe. I nigdy nie powinna myśleć inaczej! Dotknęła go raz czy dwa; zdawało się pulsować pod skórą. Nie. Nie, to głupie. Wszczepili jej klejnot. Coś takiego nie mogło żyć. Ale było prawdziwe. Najprawdziwsze. I najlepsze. Jak wszystko tutaj. Może poza nią.
Czy ktokolwiek inny miewał podobne wątpliwości?
Zmarszczyła brwi, opuszczając na moment wzrok. To niemożliwe. Indari się nie mylił. Jeśli z kimkolwiek było coś nie tak, to właśnie z nią. Przerażała ją ta myśl. Miała wady. Co, jeśli to odkryją? Nie pozwolą jej się poprawić. Będzie nic nie warta. Tak wiele jej dali. Ale będzie lepsza. Naprawi się. Albo zdechnie ku chwale Akademii. Tak, to jedyne wyjście.
Łzy, nie wiedziała już, bólu czy bezradności, nabiegły pod powieki. Wytrzymała jednak bez mrugnięcia okiem, żeby przypadkiem nie pociekły po twarzy. Nie mogła sobie na to pozwolić. Miała wrażenie, że całe jej ciało płonęło. Była zepsuta. Wiedziała to. Nie potrafiła nawet ułożyć poprawnie pieprzonego kołnierzyka! Jakim miała być żołnierzem, jeśli nie umiała wykonać czegoś tak prostego?!
Wpadła na idącego przed nią adepta. Syknęła i roztarła nos. Mruknęła krótkie „przepraszam”, bo adept łypnął na nią wrogo. Zdała sobie sprawę, że musieli dotrzeć do sali wykładowej, więc natychmiast oprzytomniała. Musiała się skupić. Wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Wyprostowała się i uniosła podbródek. Nawet jeśli czuła się jak ostatnie gówno, musiała udawać, że było inaczej.
Ustawili się w szeregu, równym, jakby odmierzali to jakąś miarką.
172 założyła ręce za plecami i rozejrzała się po pomieszczeniu. Zliczyła czterech oficerów. Dyskutowali między sobą, zupełnie nie przejmując się przybyłym narybkiem. Wkrótce dołączył do nich piąty, ten, który ich przyprowadził. Wszyscy mieli szare mundury, poza jednym, ten, choć zdecydowanie przysłuchiwał się dyskusji, milczał. Ten musiał być najwyższy rangą, mundur miał zupełnie biały. Wszyscy mieli natomiast identyczne białe maski.
Oficer, jakby czytał w myślach, podniósł nagle wzrok i przesunął nim po zebranych w sali adeptach. Prześliznął się po niej spojrzeniem, nie zaszczycając nim dłużej, więc spojrzała w podłogę. Zaraz jednak uniosła głowę, bo jeden z oficerów, przez którego koszulę przebiegała szeroka czerwona linia – 172 zauważyła to dopiero teraz, bo wcześniej stał do niej bokiem – przeszedł w stronę mównicy. Musiał odpowiadać za sekcję medyczną.
Patrzyła ponownie w stronę oficerów. Tym razem mężczyzna najwyższy rangą wpatrywał się w nią niemalże miażdżącym spojrzeniem. Może w kogoś obok? Nie, raczej nie. Czy powinna opuścić głowę? Może słyszał o tym, jak żenująco postąpiła dziś rano? Zimny pot wykwitł jej na czole. Widział to. Na litość, musiała przestać zachowywać się jak ostatnia łajza!
Nie mogła znieść jego wzroku, więc spojrzała na medyka. Nadal jednak czuła, spojrzenie tamtego oficera. Musiała zachować kamienną twarz. Może to jakiś test po tym, jak zachowała się rano? Jeśli teraz nie zda... Nie, nie może o tym myśleć. Zda. Będzie najlepsza. Zrobi wszystko, czego będą od niej chcieć. Wszystko.
Służba była jej życiem. Życie było służbą. Czy jakoś tak. Nie mogła się skupić.
— Adepci! Witajcie na pierwszych zajęciach. Cały pierwszy tydzień poświęcicie na wkuwanie teorii, bo nie możemy dopuścić do tego, żeby jakiś geniusz — prawie wypluł to słowo — pokaleczył nie tylko siebie, ale i innych. Siła, jaką otrzymaliście, i magia, nie są zabawkami. Jeden niewłaściwy ruch, jedna niepokorna myśl podczas zabawy ogniem i będziemy wynosić was na szufelkach. Jeśli się wam poszczęści, być może okażecie się przydatni do czegokolwiek więcej niż zeskrobywanie ptasich gówien z wojskowych samochodów — urwał na moment, rozglądając się po sali. — Zanim przystąpimy do podstawowego przeszkolenia teoretycznego, oficerowie wybiorą sobie po jednym podopiecznym, którego będą osobiście szkolić. To dla was ogromna okazja, więc byłoby dobrze, gdybyście jej nie zmarnowali i nie zdechli przed końcem pierwszego tygodnia.
Nim skończył mówić, poczuła, jak spojrzenie najważniejszego oficera zniknęło. Chwilę później usłyszała jego kroki. I to właściwie jedyne, poza jej niespokojnym oddechem, co przerywało idealną ciszę, jaka niespodziewanie zaległa w pomieszczeniu. Dlaczego, do cholery, oddychała tak niemożliwie głośno?!
Oficer przechadzał się wzdłuż równego szeregu, mijając bez słowa kolejnych adeptów. W końcu podszedł i do niej. Tym razem się zatrzymał. Przełknęła nieco za głośno ślinę. Czy znowu miała źle ułożony kołnierzyk? Zdusiła w sobie pragnienie, by sięgnąć i sprawdzić.
Świdrował ją spojrzeniem, które nieśmiało odwzajemniła. Miała wrażenie, choć pewnie to sobie wmówiła, że widziała w jego oczach całą gamę emocji.
Zerknął niżej, na metalową plakietkę z grawerem. Splecione wcześniej za plecami ręce rozluźnił i palcem uniósł nieznacznie blaszkę. Wpatrywał się w numer. Potem, nadal nie puszczając metalowej naszywki, wrócił spojrzeniem do twarzy. Studiował ją przez chwilę, jakby chciał z niej wyczytać, czy 172 do czegokolwiek się nada. W paraliżującym strachu przyglądała się, jak jego szare oczy lustrowały każdy fragment jej odsłoniętej skóry.
Puścił plakietkę.
Dłoń bezimiennego oficera przeniosła się do jej twarzy. Ujął ją, jak tamten oficer. Może nie tak samo. Było w tym ruchu coś innego. Nie wiedziała co. Zacisnęła oczy. Nie chciała, żeby ją bili. Tym razem sobie na to nie zasłużyła, prawda? Chciała dostawać pochwały za swoje postępy. Łzy paliły pod powiekami, kiedy walczyła o utrzymanie spokojnego oddechu.
Jego dłoń leniwie przesunęła się niżej, ujmując podbródek. Uniósł go lekko i 172 powoli otworzyła oczy, natychmiast napotykając na jego spokojne spojrzenie. Oficer w milczeniu przechylił nieznacznie głowę, jakby obserwował coś, co niesamowicie go ciekawiło. Chyba zauważył łzy zbierające się w kącikach jej oczu, bo nagle zmrużył powieki. Może nawet zmarszczył brwi. Nie była pewna, maska zasłaniała zbyt wiele. Miała wrażenie, że nieznacznie skinął głową, ale była zbyt roztrzęsiona, by patrzeć na coś innego niż jego oczy, które nagle wydawały się zupełnie chłodne. Jakby stracił całe zainteresowanie.
Przeszedł dalej, wzdłuż równego szeregu, zostawiając ją z kołaczącym sercem i krwią szumiącą w uszach.

* * *

Varren nie poznał jej od razu. Na początku po prostu przesunął spojrzeniem po jej twarzy, biorąc ją za obcego rekruta. Deren wspomniał co prawda, że rano skopał jakiegoś gówniarza, ale nie mógł trafić na nią, prawda? Serce podeszło mu do gardła. Gówno prawda. To mogła być ona, jak każdy inny. W panice obserwował adeptów raz jeszcze, tym razem przyglądając się im nieco dokładniej. Znowu nie mógł jej znaleźć. Nie było innej możliwości. Wiedział, że przeżyła. Musiała tu być. Sam ją wszczepiał, do cholery!
Gdyby spojrzenie mogło przebijać na wylot, kilku adeptów miałoby już dziury w głowie. W końcu zatrzymał się na dziewczynie, której skóra na policzku była zaczerwieniona. Krew zaszumiała mu w głowie. Słodka Sigmo – nie żeby kiedykolwiek w nią wierzył – w ogóle nie przypominała siebie! Niewielu adeptów doświadczało mocy serca w tak widoczny sposób. Wyglądała, jakby zanurzyła się w wybielaczu, który wyprał ją ze wszystkich ciepłych kolorów. Miała niezdrowo bladą skórę i praktycznie białe włosy. Tęczówki jej niegdyś pogodnych, bursztynowych oczu były równie białe co włosy.
Zrobiło mu się gorąco pod maską i z trudem łapał kolejne wdechy. Miał wrażenie, że wszystkie wnętrzności splótł mu gruby sznur, zaciskający się coraz bardziej z każdą chwilą. Chyba jeszcze nigdy mu się to nie zdarzyło. Po jej twarzy przechodziła długa, cienka blizna. Na czole miała dwa okrągłe, zabliźnione punkty. Musieli gasić na niej kiepy i ciąć twarz. Prawie się wzdrygnął. Prawie, bo uczucie obrzydzenia niemal natychmiast zastąpiła wściekłość. Dowie się, komu była przydzielona do złamania, a potem wywróci mu flaki na lewą stronę i zamiecie jego parszywym pyskiem cały plac apelowy.
Czekał, aż Nair skończy pierdolić swoją zwyczajową formułkę. Jeszcze nigdy w czasie całej „kariery” w Akademii nie miał takiego problemu, żeby wytrzymać i ustać w jednym miejscu. Zamrugał wściekle, starając się odegnać resztki senności. Nie spał od dwóch dni. Nawet prochy od Naira niewiele pomogły, tylko bezsensownie otępiły zmysły. Gdyby wiedzieli, jak dużo sił musiał włożyć w to, żeby tak po prostu do niej nie pobiec. Jeszcze dziś wieczorem wisieliby oboje. Może nawet trzymając się za ręce. Jak słodko.
Nieważne. W końcu mógł do niej podejść.
Odliczał kolejno każdego mijanego adepta, prawie w ogóle na nich nie patrząc. W końcu zatrzymał się przy niej i ze zdziwieniem stwierdził, że z trudnością przyszło mu spojrzenie na nią z bliska. Wyglądała jak niezliczona ilość nieszczęść. Z krótko ściętymi białymi włosami, mniejszymi i większymi bliznami, choć najbardziej przerażała go historia tej, która przechodziła wzdłuż lewej części jej twarzy. Zaczynała się na czole, przechodziła przez brew... zauważył również jej blady ślad na górnej powiece – dobrze, że nie oślepła! – wędrowała dalej, po policzku, by znikać gdzieś na brzegu żuchwy.
Dobra Sigmo, dlaczego musiała to znosić? Zacisnął usta, czego – na szczęście – zobaczyć nie mogła. Doskonale wiedział. Ale to nie był czas i miejsce na takie rozmyślania. A tym bardziej nie na samobiczowanie się i umartwianie. Nie tu. Nie teraz.
Uniósł lekko plakietkę z wygrawerowanym numerem. 172. Idiota. Jakby spodziewał się, że zobaczy tam jej imię. 172, tak na nią teraz mówili. I tak pewnie mówiła na siebie sama. Jak długo zajmie mu, zanim przywróci jej – i czy w ogóle mu się uda! – człowieczeństwo?Zdał sobie sprawę z tego, jak wiele na siebie wziął. Poczuł się przytłoczony. Chciał się wycofać. Kurwa mać.
Przecież nie mógł.
Puścił plakietkę i dotknął jej skóry. Była, mimo tej chłodnej bladości, przyjemnie ciepła. To uświadomiło go, że pod tą przykrywką złamanej osobowości i zniszczenia nadal istniała żywa istota. Pod jego dotykiem zadrżała mimowolnie, a potem zacisnęła mocno oczy. Raz po razie wstrząsał nią niemal zwierzęcy strach. Przesunął dłoń do jej podbródka i lekko go uniósł.
Tak bardzo chciał powiedzieć: „Averyn, będzie dobrze”.
Ale ani nie mógł wymówić na głos jej imienia, ani nie mógł zapewnić, że faktycznie wszystko się ułoży. Zresztą... nawet gdyby, mogła wcale tego nie rozumieć. I nie chcieć. A to nie dawało mu spokoju.
Spojrzała na niego tym bydlęcym, ogłupionym spojrzeniem.
Poszedł dalej, w zasadzie nie wiadomo po co, skoro zdążył już wybrać. Chyba musiał się uspokoić. Dać sobie chwilę na odetchnięcie. Żeby jego głos się nie załamał. Czy jeśli Averyn kiedykolwiek odzyska dawną siebie, wybaczy mu to wszystko? I to, kim się stał, co zrobił...? Nie. Dość. Nie może o tym myśleć, do cholery!
— 172 — powiedział, niemalże myląc numer z jej imieniem, kiedy zawrócił. — Idziesz ze mną.
Nair wypełnił odpowiednie dokumenty, Varren złożył tylko podpis. Starał się nie patrzeć mu w oczy, bo doskonale wiedział, że uraczyłby go zdziwionym spojrzeniem. Na sali było wielu zdolniejszych adeptów – wszyscy, z nim samym na czele, doskonale zdawali sobie z tego sprawę.
O ile każdy inny oficer prędzej zesrałby się w gacie, niż odważył kwestionować jego decyzję, jakkolwiek dziwna i idiotyczna by nie była, tak z Nairem łączyły go na tyle... cokolwiek przyjazne stosunki, że pozwalał sobie na trochę więcej. Zresztą Varren wiedział, że wiele razy zawdzięczał mu życie. Setki razy leżał na jego stole, na wpół zdychając, i Nair ratował mu skórę.
Otrząsnął się nagle, zdawszy sobie sprawę z tego, że Nair wpatrywał się w niego zmieszany, czekając, aż odda mu długopis.
Skinął tylko głową, co Nair nieśpiesznie odwzajemnił, a potem Varren wyszedł z Averyn na korytarz. Ruszył przed siebie, pozwalając nogom prowadzić się do swojego apartamentu. Zaraz. Nie. To byłoby niewłaściwe. Powinien zabrać ją do gabinetu.
Zatrzymał się na środku holu jak jakiś kretyn.
W ogóle nie myślał. Brak snu odciskał się na nim w najgorszy możliwy sposób.
Zawrócił, wymijając zaskoczoną Averyn, i machnął krótko ręką, dając jej znak, żeby za nim podążyła. Po chwili usłyszał odgłos kroków, co nieco go uspokoiło. Chyba nie wiedziała, czy powinna iść za nim, czy może obok, bo w pewnym momencie przyśpieszyła, zrównując się z nim. Wydawała się trochę skołowana. Ale trochę nie wiedział, co powinien powiedzieć. Właściwie powinien ją przepytać, a potem spisać protokół. To nawet niegłupie. Nie tylko spełni obowiązek, ale czegoś się o niej dowie, zbada teren.
— Jak się nazywasz? — zapytał, starając się obserwować kątem oka jej reakcje.
— Numer 172.
— Nabór?
— Pora burzowa.
— Imiona ojca i matki?
Zatrzymała się nagle. Nie tego się spodziewał. Raczej zaprzeczenia, wyparcia lub nawet naplucia na własną przeszłość. Odwrócił się ku niej, obawiając się... sam właściwie nie wiedział czego. Averyn stała, wgapiając się w podłogę, oddychała ciężko, zaciskając i rozluźniając raz po raz pięści. Coś w niej walczyło.
— Zadałem ci pytanie, adepcie.
Wyglądała co najmniej dziwnie i niepokojąco. Co jakiś czas drgała nienaturalnie, jak zawieszony robot. Zająknęła się raz czy dwa, próbując wypluć z siebie jakiekolwiek słowo, ale zupełnie bezskutecznie. Jakby coś buntowało się w niej przed powrotem do przeszłości.
— Nie żyją — wydusiła wreszcie, z wyraźnym wysiłkiem odciśniętym na twarzy i potem perlącym się na skroniach.
Unikała spojrzenia mu w oczy.
— Pytałem o imiona — przypomniał nieco ostrzejszym tonem.
— Nie żyją — powtórzyła, tym razem z naciskiem.
Chciał urwać temat, ale ktoś przypatrywał się im z drugiego końca korytarza. Cholera. Mógł wiedzieć, że nie powinien poruszać takich tematów w miejscu, po którym dowolnie szlajają się ludzie wszelkiej rangi. Jakby tego było mało, znajdowały się tu co najmniej trzy kamery.
Kurwa. Jakim cudem przeżył i zaszedł tak daleko – nie miał pojęcia. Najwyraźniej pracowali tu idioci więksi od niego.
Zacisnął oczy. Averyn dokonała właśnie pięknego aktu niesubordynacji. Normalnie nie miałby z tym problemu, ale teraz? Odetchnął głęboko. Nie pozostawiła mu wyboru. Nie w takiej sytuacji.
Trzepnął ją w głowę. Na tyle lekko, by nie zrobić jej krzywdy, na tyle mocno, żeby się wzdrygnęła. Z daleka zawsze wyglądało to o wiele bardziej efektywnie. Varren i tak poczuł do siebie obrzydzenie, mimo że niejednego gówniarza zlał po pysku, czasem nawet skopał. Ba, zabijał ludzi. Za to mu płacili. A teraz? Teraz jego żołądek próbował wywrócić się na lewą stronę.
— Spójrz na mnie — nakazał cicho, w lęku, że jeśli powie coś głośniej, głos mu zadrży.
Dlaczego ten ktoś na drugim końcu korytarza cały czas stał tam i się gapił? Ta sytuacja była mu coraz mniej na rękę.
Na szczęście Averyn podniosła nieco spanikowane spojrzenie.
— Imiona. Ostatnia szansa.
— Avya, Rynth — wyszeptała ze zrezygnowaniem, a potem wstrząsnęło nią jeszcze kilkukrotnie.
Mruknęła coś do siebie niezrozumiale, jak osoba niespełna rozumu – którą niewątpliwie, przynajmniej w jakimś stopniu, w zasadzie była – później pokręciła głową, by zamknąć na moment oczy i odetchnąć głęboko.
Przerażało go to, co jej zrobili.
— Idziemy — mruknął do niej w końcu. — Przemyśl swoje zachowanie.
Był zażenowany, że mówił do niej jak do dziecka, nie jak do rozumnego człowieka. Ale przez blokady, jakie w niej zbudowali, nie bardzo mógł zdziałać cokolwiek więcej. Cholera. Czekało go dużo roboty. Chyba trochę więcej, niż się spodziewał. Z nerwów rozbolał go żołądek. Jak tak dalej pójdzie, prędzej wykończy się sam, niż ktoś mu w tym pomoże. Będzie też musiał zadbać, żeby nikt przypadkiem nie uwziął się na Averyn.
Właściwie, zanim zacznie ją prostować, powinien nauczyć ją, jak się bronić. W Akademii można dostać po pysku na każdym rogu. A skoro Varren był oficerem, cóż, niezbyt lubianym, to ten sam problem miał dotyczyć od teraz również jej. Prawda ostatecznie okazywała się jednak taka, że pod pozorami mszczenia się na protegowanej nielubianego oficera skurwysyna, kryła się zazdrość.
Kairn był wcześniej jego uczniem. I później dość szybko awansował na oficera.
W tych dwóch zdaniach mogło się opisać pokrótce mokre sny trzech czwartych gówniarzy z Akademii. Trafić pod skrzydła Varrena, awansować i pluć na innych z góry. Te pierdolone zwierzęta właśnie tak obrazowały sobie codzienność oficera. I właśnie dlatego zostawały tam, gdzie obecnie się znajdowały. W śmietniku na mięso armatnie.
Tylko adepci byli czyści niczym nieobesrana łąka. No. Patrząc na to, co zrobili z Averyn… może nie do końca.
— Właź — mruknął, kiedy otworzył przed nią drzwi do gabinetu.
Zobaczył swoje odbicie w oknie. Barki trochę mu opadły, jakby pod ciężarem całego tego kurestwa. Po oczach widać było niewyspanie, choć pod maską pewnie każdy fragment jego zabliźnionego pyska niemalże krzyczał o tym, jak bardzo był zmęczony. Czasem wydawało się, jakby przybyło mu co najmniej piętnaście lat, choć w Akademii odsłużył może jedną trzecią z tego okresu.
Usiadł za biurkiem, włączył komputer i w zamyśleniu, zupełnie ignorując obecność Averyn, zaczął wypisywać formularz, który Nair zdążył już wrzucić na wojskowe serwery. Poprzestawiał kilka rzeczy na biurku, przez chwilę siłował się z długopisem, który ciągle się obracał, nie chcąc przyjąć takiej pozycji, jaką wymarzył sobie Varren, poprawił jeszcze i tak równo ułożone papiery na brzegu blatu, a potem na nią spojrzał.
— Zamknij drzwi na klucz — polecił, siląc się na spokój w głosie.
Averyn posłusznie poszła wykonać jego polecenie.
Przez chwilę myślał, że tego nie zrobi. Wydawało mu się, że miał za mało miejsca na serce, tak wściekle łopotało mu w piersi. Nagle nie potrafił zapanować nad oddechem i drżeniem rąk. Tymczasem Averyn wróciła. Polecił, by usiadła.
— Zapalę, pozwolisz? — zapytał trochę ironicznie i, nie czekając na zgodę, rozdygotanymi palcami sięgnął po nieco wymiętą paczkę papierosów do szuflady.
Złapał je, niemalże zgniatając.

Potem, nie spuszczając wzroku z Averyn, ściągnął maskę.

_____________
Tekst jest niezbetowany zbetowany, all hail my glorious beta-reader Nea, chociaż w miarę możliwości staram się samodzielnie wymieść wszystkie błędy. Naprawdę czytam to po dwieście razy przed publikacją, ale czasem po prostu jestem na nie ślepa (pewnie jeszcze wejdę tu z dwadzieścia razy i wymiotę kilka debilizmów, urwanych podmiotów czy przecinków w głupich miejscach).
Powinnam tu chyba wstawić gifełka z „it's happening”, ale szanujmy się, to poważne opko, nie będziemy wstawiać w nim gifków! (HAHA)
Nie wiem, naprawdę nie wiem, kiedy wrzucę kolejny rozdział – ten rozdział ma więcej literek niż ja czasu. Zajmuję się tyloma rzeczami na raz, że nie na wszystko momentami wystarcza czasu, a z niczego nie chcę rezygnować. Niby mogłabym pisać jak potrzaskana, nie patrząc na nic, ale wtedy byłoby tylko gorzej, bo straciłby na tym cały tekst, co nie?
No ale nie oszukuję się, on generalnie nigdy nie będzie jakiś dobry. To moja ostatnia próba przepisania go. Śmiałam się już dziś, że nareszcie, bo nigdy nie będzie lepszy. I tu rodzą się dwie kwestie: pierwsza, już nigdy nie będzie lepszy, więc to naprawdę wersja ostateczna, druga, nigdy nie będzie lepszy – a szkoda.

PS Zastanawiam się, czy wrzucić opko na Wattpada. ;_;

Obserwatorzy