piątek, 17 czerwca 2016

Rozdział XI – Teczka

WCALE NIE ZAPOMNIAŁAM. (no ok, przypomniało mi się przed chwilą). 4 lipca zaczynam wykopaliska. Będę na bezinterneciu, ale, jeśli dobrze pójdzie, to niedługo zaplanuję publikację na odpowiedni dzień. Kończą mi się trÓ piosenki do linkowania w pościkach! ;-;


PS POPRAWIŁAM W KOŃCU BŁĘDY.
(i pewnie narobiłam masę nowych ._.)

______________________________
Może Varren dał jej taryfę ulgową, może sam nie czuł się najlepiej. Averyn nie potrafiła tego określić. Miała jednak wrażenie, że jego ciosy były zdecydowanie słabsze. Mimo wszystko próbowała nie pokazywać, jak bardzo męczyło ją każde sparowanie sunącego na nią uderzenia lub wyprowadzenie poprawnego ataku.
Nie powiedziała nawet słowa, gdy złapał ją naprawdę silny skurcz. Ale doskonale widziała, że Varren zauważył zmianę, kiedy nie przyjęła ciosu, odskakując. Przyklęknęła na jedno kolano, starając się rozluźnić mięśnie w łydce, mimo to ból nie odpuszczał. Ledwie na moment przeniosła wzrok na nogę, a gdy podniosła spojrzenie, Varrena już nie było.
Zamarła, nie mogąc zlokalizować jego energii.  Zaraz wierzgnęła dziko, czując rękę Młodszego Indari na głowie. Silne, szorstkie palce przesunęły się po skórze potylicy i zacisnęły się na włosach. Potem twarz Averyn zanurzyła się w błocie. Z całych sił odepchnęła się od śliskiego podłoża, ale jej przedramiona tylko zadygotały, a później rozjechały się żałośnie. Starała się więc sięgnąć Varrena. Ledwie machała nogami w powietrzu. Ręką też nie zdołała go pochwycić. Po ułożeniu dłoni, stwierdziła, że znajdował się gdzieś za nią. Nie mogła go sięgnąć. Doskonale wiedział, jak się ustawić.
Brakowało jej powietrza. Podjęła jeszcze jedną rozpaczliwą próbę uniesienia twarzy choć o kilka centymetrów. Wiedziała, że Varren na pewno jej na to nie pozwoli. W końcu się poddała. Dlaczego to robił? Miał nad nią miażdżącą przewagę. Oboje to wiedzieli. Nie widziała sensu w tym, by na siłę jej to udowadniał.
— Nie żyjesz — powiedział dziwnie z siebie zadowolony Varren, puszczając jej białe włosy.
Averyn uniosła się gwałtownie, łapczywie łykając kolejne hausty powietrza. Kiedy poczuła się lepiej, wypluła błoto, które zdążyło wcisnąć się do ust, i niedbale przetarła twarz.
— Po co to wszystko? — wyrzuciła ze złością.
— Kara za nieuwagę — wyjaśnił spokojnie. — Za złożenie broni, za zajmowanie się tym, co nieistotne — dopowiedział zgryźliwie. — I przede wszystkim: za zlekceważenie przeciwnika — zakończył ostrzejszym głosem.
Przewróciła oczami. No tak. Z góry założyła, że Varren daje jej fory. Owszem, dawał. Po to, żeby uśpić jej czujność.
— Przepraszam — powiedziała, chociaż sama nie wiedziała, dlaczego właściwie miała go przeprosić.
W głębi czuła, że bardzo go zawiodła.
— Mnie przepraszasz? — zakpił. — Dimę też przeprosisz, jak poderżnie ci gardło, bo rozwiąże ci się sznurówka?
Zabolało. Wbiła spojrzenie w ziemię. Uparcie starał się jej pokazać, że nie był jej dawnym przyjacielem. A ona równie uparcie próbowała w to nie wierzyć. Odetchnęła głębiej, ignorując ból i upokorzenie, po czym spróbowała podnieść się z kolan.
Jej nogi żałośnie rozjechały się na zakrwawionym błocie.
Prawie ponownie runęłaby twarzą na ziemię, gdyby nie Varren. Sztywno złapał za ramię Averyn, trochę za mocno zaciskając palce. Poczuła ból, jednak w niczym nie przypominał tego z wczorajszego dnia. Młodszy Indari pomógł jej wstać. Szybko odnotowała, że ich kontakt fizyczny trwał nieco zbyt długo. Puścił ją dopiero, gdy na niego spojrzała.
— W porządku? — zapytała niepewnie.
Musiała wyglądać komicznie, ubłocona, zdyszana, z potarganymi włosami lepiącymi się do spoconej głowy. Za to Varren, jak zwykle zresztą, wyglądał na tyle nienagannie, na ile pozwalała na to sytuacja.
— Tak — odparł po chwili męczącej ciszy.
Nie, poprawił się w myślach, ale nie wypowiedział tego na głos.
Nic nie było w porządku. Niewidzialna siła ścisnęła go za gardło i coś odebrało mu dech. Co tak właściwie chciał jej powiedzieć? Że niesamowicie mu przykro, ale będzie musiała znowu pozbawić kogoś życia? Że być może będzie musiała zabijać jeszcze przez jakiś czas? Że jego plan całkowicie się spierdolił, że nie potrafił jej uratować?
Poczuł się niesamowicie zmęczony, słaby oraz bezbronny. Może nawet nie dość silny, by nieść to dalej w pojedynkę. Miał wrażenie, że wziął na siebie zbyt wiele. Teraz, kiedy dotarł tak daleko i był już tak blisko uratowania Averyn, nagle stał się bezsilny.
Czekał na jakieś ostre słowa, ale nic takiego nie nadeszło. Ostatecznie złamał się, kiedy dostrzegł w jej oczach zrozumienie.
To, że wziął Averyn pod swoje skrzydła, przysporzyło jej tylko kłopotów oraz wrogów. A przecież chciał, by była bezpieczna. Wszczepienie? Zjebał to. Tak bardzo bał się, że coś może pójść nie tak, że w końcu to wygadał. Nie dopilnował też dzieciaka, który się zabił, a powinien zostać jej partnerem… odpowiednio słabym, żeby nie miała problemu z pokonaniem go. Co prawda przeszukał wtedy wszystkie pokoje, ale nie znalazł żadnego dowodu na to, by to Livia mogła w tym gówniarzowi pomóc. Poza tym, kiedy Ilvan wysyłał ją do kolejnych zadań, uśpiła czujność Varrena. Był przekonany, że nie znajdzie dość czasu, by mu przeszkadzać. Ale jakimś cudem stało się inaczej.
Jednak jego największą porażką był Deren.
Może Averyn starała się to wypierać. Może udawała, że tego nie widzi. On widział. Aż zbyt wyraźnie. W każdym jej nerwowym ruchu, spanikowanym spojrzeniu. W każdej pojedynczej chwili, gdy zaciskała usta, żeby nie krzyknąć, w każdym momencie, kiedy wciągała głośno powietrze i starała się uspokoić.
Myśl, że już nigdy nie miała zaznać spokoju i zawsze śnić koszmary, sprawiała, że niemal fizycznie czuł, jak rozpadał się od wewnątrz, kawałek po kawałku. Poczucie winy paliło go przy tym niewyobrażalnie mocno.
— Zostaw miecz — nakazał niespodziewanie. — Dość na dziś.
Wbiła sztych w miękką ziemię, przez chwilę wpatrując się w zabłocone buty, zanim zebrała w sobie dość odwagi, by jeszcze o coś zapytać.
— Varren — zaczęła niepewnie, z dziwną trudnością wymawiając jego imię.
Spojrzał na nią, nie dając żadnego innego znaku, że słuchał.
— Jesteś psychokinetykiem…
— Nie — przerwał jej ostro.
— Ale przecież jesteś — mruknęła z wyrzutem.
— Jestem. Ale wiem, do czego zmierzasz. Nie, nie przećwiczymy tego teraz.
Z tymi słowami zabrał broń, by następnie jednym płynnym ruchem strącić z niej część brudu. Varren najwyraźniej uznał rozmowę za skończoną, bo ruszył w stronę wejścia do budynku.
— Ale Varren… — podjęła, zrównawszy się z nim krokiem.
Niespodziewanie się zatrzymał.
— Powiedziałem „nie” — wycedził.
— Mogłabym…
— Przeliterować ci to? — warknął, zanim szturchnął ją w brzeg ramienia.
Averyn nie potrafiła stwierdzić, czy chciał ją uderzyć, ale tego zaniechał, czy raczej chciał ją po prostu popchnąć. Poczuła ukłucie upokorzenia, mimo to nie zamierzała się poddać.
— To mogłoby uratować mi życie!
Posłał jej takie spojrzenie, że poczuła zimny dreszcz przebiegający wzdłuż pleców. Czegoś jej nie mówił. W milczeniu przeszedł kilka kroków i zatrzymał się ponownie, jakby chciał coś powiedzieć. Po chwili rozmyślił się i poszedł dalej.
— Varren — spróbowała raz jeszcze. — Proszę. Nie ignoruj mnie! — Wściekła się, kiedy nie zwrócił uwagi nawet na to, że złapała go za przegub.
Wyszarpnął rękę z uścisku i niesamowicie szybko chwycił za brzeg jej munduru, niemal unosząc ją ponad ziemię. Rozpaczliwie starała się sięgnąć stałego podłoża, ale ledwie dotykała go palcami.
— Nie będę się powtarzał — wyszeptał wściekle. — Jest milion powodów, dla których odmawiam. Nie zdążysz. Nie dasz rady. I, przede wszystkim — zaakcentował, uśmiechając się nieszczerze — nie wiesz, o co prosisz. Zajrzyj do Kairna, Nair cię wpuści — polecił jeszcze, zanim ją puścił.
— A jutro? — zapytała, spoglądając na niego niepewnie.
— Nie mogę ciągle wycierać twoim pyskiem placu — odparł. — Odpocznij, zalecz rany, nabierz sił. Jeśli Nair i Kairn dali ci jakieś wskazówki, to powinno wystarczyć.
Nic więcej w tak krótkim czasie nie zdziałamy, dodał w myślach, marszcząc brwi.
Varren musiał jakoś wpłynąć na pacyfikatorów. Na tyle, by pozwolili mu sędziować pojedynek Averyn i Dimy. Sprawa nie była prosta, bo wiedział, że nie będzie jedyną osobą starającą się o ten przydział. Nie ułatwiał tego również fakt, że dopiero co nominowano go na Młodszego Indari, a sam Ilvan wyjeżdżał. Varren miał więc zarządzać ogółem, nie zaś tkwić przy mordujących się wzajemnie nowicjuszach. Nair odpadał z oczywistych względów, Kairna nie wcisnąłby do tego zadania w takim stanie, bo istniała niemal stuprocentowa szansa, że Livia drugi raz nie spieprzy roboty, Eremtair… cóż. Mimo wszystko nie do końca mu ufał. Może istniał cień szansy, by bez wzbudzania wątpliwości mógł sędziować chociaż część pojedynków z powodu braków w kadrze.

Eremtair wpisał w odpowiednie rubryczki kilka losowych uchybień w działaniu Varrena, które w jego mniemaniu wydawały się zwykłymi pierdołami, ale ostatecznie na coś donieść musiał. Prawda była taka, że nie chciał brać udziału w całym tym syfie i po cichu liczył na przewrót. Miał swoje za uszami, ale to, co wyprawiał Ilvan, przechodziło ludzkie pojęcie. Teraz, już na stanowisku oficera, Eremtair wiedział niewiele więcej. Próbował kiedyś, z czystej ciekawości, dowiedzieć się czegoś jeszcze na temat legendarnego frontu, o którym każdy słyszał, choć nikt nie miał konkretnych informacji, ale posłani tam oficerowie, często przeskrobawszy coś wcześniej w samej Akademii, nigdy już nie wracali. Wszelcy przewoźnicy i zaopatrzeniowcy mówili niewiele, zupełnie jakby ktoś płacił im za milczenie. Z kolei żadna telewizja lub zwiady tam nie docierały – a nawet jeśli, szybko podawano do opinii publicznej informację o tym, że kolejny śmigłowiec lub samochód, bez różnicy, czy na na pokładzie znajdowali się sami cywile czy nie, został doszczętnie zniszczony, a pieprzone drony znikały bez śladu. Później w narodowej stacji telewizyjnej wywiadu udzielał Ilvan, zapewniając o tym, jak bardzo mu przykro z powodu zaistniałej sytuacji i zastrzegał przy tym, że reporterzy powinni wiedzieć, na co się piszą, bo wojna to nie przelewki. Na tym kończyły się wszelkie doniesienia z frontu, do jakich Eremtair, mogąc pozwolić sobie na taki luksus,  jakim za murami Akademii był telewizor, potrafił dotrzeć.
Właściwie to raz zdarzyło mu się, że oglądał wywiad z szeregowym żołnierzem i nie wiedział, czy powinien się śmiać, czy może jednak płakać. Gówniarz wyglądał tak, jakby wojnę znał tylko z kolorowych obrazków umieszczonych w szkolnych podręcznikach. Arne niespecjalnie chciał wierzyć w to, że żołnierze na froncie mieli wakacje w porównaniu z tym, co rekruci przeżywali w samej Akademii. Walki zawsze były brutalna i wyniszczające, a ten dzieciak opowiadał o nich jak o wielkiej, wspaniałej przygodzie. Sigmo najświętsza, chłopak był gotów dziękować Ilvanowi za to, że go tam posłał. Eremtair nigdy nie słyszał większych bzdur.
Chłopaczek, choć podobno dopiero co zszedł z frontu – Eremtair pamiętał nawet, że pokazywano go w ufajdanym mundurze – wydawał się zdecydowanie… za czysty. W takich warunkach trudno o utrzymanie higieny. Czubki palców, paznokcie, brwi oraz w ogóle okolice oczu zawsze brudziły się najbardziej i często trudno było je domyć nawet po kilkukrotnym szorowaniu. Nie mógł uwierzyć w to, że dzieciak, którego podobno dopiero wyciągnięto z kamaszów, miał uwalony mundur, ale sam był czyściutki i wypachniony. Żadnych śladów krwi, zadrapań, sińców. Nic, co mogłoby wskazywać na to, że dopiero co zszedł z pola walki. Eremtair wcale nie zdziwiłby się, gdyby mundur odziedziczył po kimś, kto nie miał dość szczęścia. Miał też niemal stuprocentową pewność, że Ilvan napchał dzieciakowi do gardła tyle forsy, że podczas nagrania starał się nią nie posrać. Chociaż masa pewnie, jak to masa, łyknęła propagandę. Właściwie jedynie ktoś wewnątrz murów Akademii mógł zwietrzyć podstęp. A że tutaj dostęp do wszelkich mediów mieli tylko oficerowie… cóż.
Widocznie Ilvan nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o tym, co naprawdę się tam wyprawiało. Eremtair był ciekawy tylko tego, jak Najwyższy tłumaczył się rządowi. Chociaż odpowiedź wydawała mu się równie prosta. Wielu wysoko postawionych urzędasów posiadało osobistych ochroniarzy wynajętych z Akademii, poza tym większość miała swoją cenę. Ostatecznie nie zdziwiłby się w ogóle, gdyby w ostatecznym rozrachunku coś takiego jak front wcale nie istniało.
Skrzywił się raz jeszcze, złożył podpis w zaznaczonym miejscu, przyjrzał się mu krótko, następnie zamknął papierową teczkę. Tę oznaczył odpowiednim kolorem i wsunął do brązowej koperty, zakleił ją, opisał oraz wrzucił do pojemnika na pocztę. Zerknął na zegarek, zdając sobie sprawę, że jeśli natychmiast nie wyjdzie, to pewnie się spóźni, a przecież obiecał Varrenowi, że pomoże mu przy przenoszeniu gratów. Młodszy Indari w końcu wraz z awansem dostał nowy gabinet i wolał, by w jego osobiste rzeczy oraz dokumenty nie wsadzali łap postronni pracownicy.

Varren ze stoickim spokojem zniósł niedogodność, jaką było ściąganie miar z jego ciała. Ilvan uparł się, żeby skroić mu kilka nowych mundurów. W końcu musiał wyglądać, jak to powiedział przełożony, reprezentacyjnie jak skurwysyn.
Varren był zdania, że jak skurwysyn wyglądał i bez specjalnego munduru, a biały, paradny płaszcz tylko mu w tym umniejszał, szczególnie przez to, że obszyto go srebrną nicią. Nie czuł się w nim komfortowo, pomijając już samą kolorystykę oraz to, że nie widział siebie w roli jakiegoś arystokraty-pajaca odzianego w świecidełka. Po prostu za każdym razem, kiedy go nakładał, dziwny, nienaturalny ciężar opadał na jego ramiona. Kiedy tylko biały materiał spoczywał na wieszaku, Varrena oblewała ulga wymieszana z ukłuciem niepokoju.
Teraz stał pośrodku gabinetu.  Lada chwila miał go opuścić. Ubrany w stare ciuchy pamiętające jeszcze czasy cywila, miejscami lekko ciasne, bo w ciągu dwóch lat zdążył wyrobić sobie trochę mięśni, wgapiał się w znajdujący się na biurku klucz. Był tak zafrapowany niespotykanym znaleziskiem, że nie przeszkadzało mu nawet to, że przez konieczność czekania na nowe mundury tkwił teraz w ubraniach, których nawet nie zdążono uprać i śmierdziały zatęchłą szafą.
Nie miał pojęcia, jakie drzwi lub szafkę mógł otwierać klucz. A już tym bardziej nie wiedział, skąd mógł się wziąć w jego gabinecie. Może w kwaterach nie dbał o porządek, ale tu wszystko musiało mieć swoje miejsce. Właściwie gdyby mógł, ustawiałby wszystko od linijki. Naprawdę nie potrafił stwierdzić, skąd wziął się cholerny nadprogramowy klucz w tym pieprzonym gabinecie, gdzie wszystko miało swoje pierdolone miejsce.
Słysząc pukanie do drzwi, Varren czym prędzej zgarnął drobny przedmiot do kieszeni, upominając się w myślach, żeby koniecznie sprawdzić, do czego pasował.
— Wejść — polecił.
— Stary, wybacz spóźnienie, zasiedziałem się nad raportem. — Eremtair wyjaśnił się już w wejściu, chociaż Varren wcale nie był zły.
Właściwie czuł się nawet trochę zagubiony, stojąc pośrodku wypełnionych po brzegi pudeł. Dziwność sytuacji potęgowało również to, że wyglądał całkiem przeciętnie w wytartych dżinsach i szarej koszulce. Cywilny ubiór zdecydowanie odbierał mu powagi oraz grozy. Jeśli nie liczyć wojskowych kamaszy i blizn przecinających jego twarz w kilku miejscach, Eremtair miałby pełne prawo do stwierdzenia, że zastał w gabinecie Varrena jakiegoś zabłąkanego gówniarza.
— I co, dziedziczysz gabinet po Ilvanie? — zapytał w końcu Eremtair.
— Nie, pomieszczenie obok — mruknął, schylając się po trzy ułożone na sobie kartony.
— Hohooo, no proszę — zaśmiał się Eremtair. — Przy sekretariacie w głównym bloku?
— Ta, gabinet numer dwa. Zaraz po Ilvanie, numerze jeden — odparł z przekąsem, poprawiając ułożenie pudeł. — Idziesz?

Averyn wśliznęła się do pokoju wskazanego przez Naira. Nie zdziwiła się, widząc ten sam wewnętrzny gabinet, który sama zajmowała jeszcze niedawno. Kairn leżał na boku, wpatrując się w przeciwległą ścianę. Oddychał powoli i spokojnie. Chwilę zajęło mu zarejestrowanie, że ktoś wszedł do pomieszczenia. Leniwie przeniósł wzrok na Averyn, przyglądał się jej przez moment, aż wreszcie uśmiechnął się blado.
— Hej — wychrypiał słabo. — Już po egzaminie? — zapytał cicho.
Podeszła powoli, by ostrożnie usiąść na brzegu pościeli.
— Chciałabym — mruknęła, garbiąc się i wpatrując w podłogę.
W końcu na niego spojrzała. Bladością skóry prawie jej dorównywał, poza tym miał przekrwione, podkrążone oczy, choć jego spojrzenie pozostało czujne, kiedy ją obserwował.
— Spuść chujowi wpierdol — powiedział nieoczekiwanie. — Słowo daję, jakby tylko Livię dopuścili do mnie na długość ramienia… — urwał, zaciskając oczy.
— Nie powinieneś się denerwować — upomniała go.
— Pierdolę to — warknął, ale za chwilę odetchnął głębiej. — Nie mam już nic do stracenia, a nie chcę zamiaru czekać, aż zdechnę. — Zamilkł, na powrót wpatrując się w ścianę. — Boli jak skurwysyn — pożalił się słabym głosem. — Mam dość.
Averyn zacisnęła lekko usta, powstrzymując ciężkie westchnienie. Varren nie bez powodu to właśnie jej kazał odwiedzić Kairna. Była chyba ostatnią osobą, którą nie dość, że znał, to jeszcze mógł poskarżyć się na wszelkie dolegliwości. Naharev, Eremtair i Nair pewnie zbyliby go krótkim, karcącym spojrzeniem lub sam Kairn w ogóle nie odważyłby się przy nich wydusić choć słowa.
Ta myśl uderzyła ją niespodziewanie – skoro Młodszy Indari zrobił to celowo… zaraz, czy on w ten pokrętny sposób starał się dbać o swoich przyjaciół?
— Zaniepokoiłaś się czymś — oznajmił nagle, najpewniej wyczuwając drobną zmianę w jej mocy.
Przecież tłumaczył jej wcześniej, że każde wahnięcie nastroju odbijało się w tym, jak zachowywała się energia. A Kairn był piekielnie dobry w odczytywaniu jej przepływu.
— Nic takiego — odparła, starając się opanować. — Po prostu nie wiem, co powiedzieć.
— Chyba nic nie musisz — oznajmił nieco przygaszony. — Mam za swoje, mogłem być bardziej czujny…
— Na litość, Kairn! — wybuchła nieoczekiwanie, wstając tak szybko, że przez moment miała wrażenie, że spodziewał się nadejścia ciosu. — Nie użalaj się nad sobą! — powiedziała rozedrganym głosem. — To znaczy… — urwała na moment — ja wiem, że jestem ostatnią osobą, która powinna ci to mówić, ale, kurwa mać, weźmy się w garść. Varren coś wymyśli. Może Nair. Albo ja. Czemu tak na mnie patrzysz?
— Ty klniesz — zauważył z rozbawieniem, unosząc się na łokciu.
Skrzywił się z bólu, ale nadal się uśmiechał.
— Co w tym takiego dziwnego? — oburzyła się.
— Wydawałaś się taka grzeczna i łagodna.
— Zagubiona — powiedziała z rezygnacją i przysiadła na brzegu biurka Naira, zapatrując się w przestrzeń. — Jestem przerażona. Pojutrze mam kogoś zabić i jak D-deren i ja go, ja nie… — motała się, tym razem wgapiając się w dygoczące dłonie, które zaraz zacisnęła. — Muszę to zrobić — oznajmiła twardo. — Nie mam wyjścia, a Varren zrobił tyle, żeby mnie uratować… Nie mogłabym tego tak po prostu odrzucić. — Pokręciła głową. — Ta myśl ciągle za mną chodzi. Ostatnie wydarzenia. Mam wrażenie, że zaraz zwariuję, może już zwariowałam — zakończyła przygaszonym głosem.
— Jak my wszyscy — dopowiedział poważnie Kairn, unosząc się do siadu. — Rzadko trafia się tu ktoś taki jak Dima — stwierdził ostrożnie. — Niewielu ludzi bawi zabijanie. Tak samo jak niewielu jest tak cholernie zdeterminowanych jak on. I tylko tego w Dimie bym się obawiał — poradził jej. — Nie jest przesadnie silny, ale jest świetnym materiałem na żołnierza do likwidowania konkretnych celów. Każesz mu zabić, zrobi to bez mrugnięcia. Tacy mają tu wzięcie — skwitował, opierając dłonie na łóżku, jakby zastanawiał się, czy powinien spróbować wstać. — Mnie zabijanie nie bawi. Myślę, że mogę mówić nie tylko za siebie. Varren może wygląda na sadystę, ale zdecydowanie nim nie jest. Jaki z tego wniosek? — rozchmurzył się nieznacznie. — Przeżywają ci, którym bardziej zależy na życiu niż laniu się po pyskach. Ci, którzy potrafią myśleć i kombinować.
Przez chwilę oboje milczeli, aż Averyn postanowiła przerwać tę męczącą ciszę:
— Wiem, że ci ciężko. Że wizja dwóch miesięcy jest taka… że to wyrok — zakończyła z braku delikatniejszego słowa. — Ale jestem pewna, że Varren stanie na głowie, żeby ci pomóc. I że zrobi wszystko, żeby dopaść Livię. Tyle mogę ci obiecać. W swoim i jego imieniu.
Kairn posłał jej uśmiech, który natychmiast odwzajemniła.
— Masz szczęście, że jesteś od Varrena, nikt inny z dołu nie wszedłby tak głęboko w szeregi oficerów — zaśmiał się, a potem zadrżał, walcząc o utrzymanie równowagi.
Averyn podeszła do niego szybko i pomogła na powrót położyć się na łóżku tak, by nie upadł.
— Chyba trochę za wcześnie na myśl o wstawaniu — upomniała go.
— Ta, Nair dużo zdziałał, ale może nie przesadzajmy — mruknął. — Musisz wypocząć, widzę, że padasz na pysk. Varren pewnie czyścił tobą plac treningowy — zażartował. — Ja też jeszcze trochę poudaję, że wcale nie zdycham…
— Kairn!
— Dobra, dobra, żartuję tylko.
— No — fuknęła na niego. — Ja myślę.
— Przećwicz to, co ci pokazałem.
— Jasne.

Varren odesłał Eremtaira do swoich obowiązków. Sam zajął się wykładaniem kolejnych teczek i segregatorów na jeszcze puste regały. Poza wielkością i masywniejszym biurkiem nowy gabinet nie różnił się przesadnie od poprzedniego. Varren prawie mechanicznie ustawiał wszystko na swoje miejsca, segregując przy tym papiery, przekręcając monitor komputera tak, by znajdował się pod idealnym kątem.
W końcu usiadł w fotelu, zakładając ręce za głowę. Przypomniał sobie o kluczyku, kiedy poczuł, jak uwierał go w kieszeni. Sprawdził najpierw, czy pasował do którejś z szafek, ale był zdecydowanie za duży. Wyprodukowała go ta sama firma co zamek w drzwiach do jego gabinetu, tam jednak nie pasował.
Zamarł. Tylko w tej części bloku znajdowały się drzwi z tej samej fabryki. Skoro klucz nie otwierał jego drzwi, musiał pasować do sekretariatu lub… gabinetu Ilvana. Zimny pot sperlił mu się na czole, kiedy wpatrywał się w to cholerstwo. Co robiło w jego gabinecie? Jak się tam znalazło? Czy to możliwe, żeby sam Ilvan mu je podrzucił? Obejrzał przedmiot dokładniej. Z drugiej strony przy uszku do zawieszenia na breloku znajdował się napis „KOPIA”.
Czuł w tym podstęp. Klucz do gabinetu Najwyższego nie mógł tak po prostu, zupełnym przypadkiem, trafić na jego biurko. Musiał pozbyć się z terenu Akademii Livii. Przynajmniej do rana. W dwóch krokach znalazł się przy biurku, podniósł słuchawkę i wybrał numer wewnętrzny prowadzący do telefonu na jej biurku. Postanowił przy tym nie informować podwładnej o tym, że używał szyfrowanej linii. Miał już na tyle wysoką pozycję, że nie musiał się z tego tłumaczyć.
— Młodszy Indari? — zdziwiła się, nie próbując nawet ukryć niechęci.
— Masz dołączyć do pościgu za zbiegłą dziewczyną — nakazał jej.
— Dlaczego?
— Bo mam taką zachciankę — odparł natychmiast. — To rozkaz, żołnierzu.
Livia milczała przez kilka boleśnie długich chwil. Varren postawił wszystko na jedną kartę, mógł właśnie pakować się do świeżo wykopanego grobu.
— Na rozkaz, Indari — warknęła w końcu i rozłączyła się.
Cieszył się, że nie kwestionowała jego nakazu, bo obawiał się, że mógł zabrzmieć nieco zbyt nerwowo.
Później Varren usiadł w fotelu, by zalogować się na służbowym komputerze. W myślach powtarzał sobie, że musi pamiętać, aby później wyczyścić dane logowania. Wpisał hasło, a na ekranie wyświetliło się kilka powiadomień o nowych przyznanych uprawnieniach.
— Tak jest, kurwa! — ucieszył się, widząc, że otrzymał dostęp niemal na równi z samym Ilvanem; nie brakowało nawet dostępu do osobistych plików Najwyższego, ale wcale go to nie zdziwiło. Najważniejszych i najbardziej kompromitujących rzeczy nie trzymali na komputerach, które ktoś mógłby zhakować, ale u samego Ilvana w wersji papierowej.
Spojrzał przez ramię. Otwierano bramę, więc Livia musiała właśnie wyruszać. Przy okazji odnotował, że nastał wieczór. Nie miał pojęcia, kiedy włączył światło, ale w tej chwili o to nie dbał.
Dawno nie czuł takiej adrenaliny. Czy wyłączenie kamer na godzinę powinno załatwić sprawę? Zabębnił palcami o blat. Ilvana już nie było, teraz to on wydawał rozkazy. Do konserwacji monitoringu, z tego, co pamiętał, został jeszcze trochę ponad miesiąc. Jak wyłączyć kamery w głównym bloku tak, żeby nikt nie uznał tego za podejrzane?
Zanik prądu. Zanim podłączą zasilanie awaryjne, minie trochę czasu. Uśmiechnął się do swoich myśli. Zapasowy generator nie obejmował między innymi kamer na korytarzach i oświetlenia w pokojach adeptów, bo zbyt dużo energii szło na utrzymanie odpowiednich warunków w magazynie, w którym przechowywano materiał do wszczepień. Jeśli nikt nie dostrzeże go na korytarzu, będzie miał jakąś godzinę do wykorzystania, zanim do pomieszczeń na parterze faktycznie wróci prąd. Nie mógł oczywiście doprowadzić do zaniku napięcia natychmiast po wymarszu Livii. To mogło wzbudzić za dużo podejrzeń.

Wytrzymał jeszcze kilka minut, kiedy zgasło światło. Zwarcie w obwodach powinno załatwić sprawę. Przeczekał wrzawę na korytarzu, gdy technicy poganiani przez strażników szukali źródła problemu. Wyszedł, niepewnie rozglądając po zaciemnionym pomieszczeniu. W razie podejrzeń zawsze mógł wyłgać się tym, że wyszedł sprawdzić, co się dzialo. Ale ani nikogo nie widział, ani nie wyczuwał.
Ściskając w ręku klucz, ruszył w stronę gabinetu Ilvana. Przed samym wejściem nałożył jeszcze skórzane rękawiczki. Ostatni raz upewnił się, że nikt nie patrzył mu na plecy i, wciskając do zamka to cholerstwo, wstrzymał na moment oddech. Usłyszał ciche szczęknięcie, a drzwi powoli ustąpiły pod jego naporem. Wśliznął się do wnętrza, odpiął latarkę przytwierdzoną do paska i oświetlił kolejno wszystkie ściany.
Nie widział nic, co krzyczałoby: „tu trzymamy supertajne dokumenty!”. Dlatego też ruszył w stronę szuflad, by wysunąć każdą po kolei, kiedy w zębach ściskał latarkę. Czuł się trochę jak bohater taniego filmu szpiegowskiego.
Jak dotąd nie znalazł niczego interesującego. Trafiał głównie na doskonale znane mu raporty. Więcej czasu poświęcił skargom oraz teczkom Livii, niestety poza paroma głupotami nie spostrzegł w nich czegokolwiek godnego uwagi.
Przetrząsnął większość szafek, odkrywając przy tym kilka niejednoznacznych listów i łapówek. Niestety nie napotkał przy tym nic, co jednoznacznie mogłoby potwierdzić ludobójstwo, jakiego dopuścił się Ilvan.
Zasunął szufladę przy biurku i raz jeszcze oświetlił ściany, zatrzymując się dłużej na drzwiach. Magazyn. Jeśli Ilvan cokolwiek ukrywał, to właśnie tam. Varren złapał za klamkę, czując dziwny niepokój. Nie potrafił oprzeć się wrażeniu, że ktoś chciał, by klucz do niego trafił. Odcinając dopływ prądu w tej części budynku, Varren dezaktywował jednocześnie wszystkie możliwe zabezpieczenia. Pomyśleć, że jeszcze niedawno wspominał Najwyższemu, że powinien podpiąć elektryczne zamki do awaryjnego systemu. Cóż, gdyby Ilvan był w Akademii, na pewno siedziałby teraz w gabinecie, pilnując swoich spraw, mimo że te cholerne klucze trzymał zawsze przy sobie. Varren nawet nie próbował nawet zgadywać, jakim cudem komuś udało się wykonać duplikat. Prawie się zaśmiał, gdy zdał sobie sprawę, że nowy gabinet Ilvan przyznał mu, by pilnować tego, żeby nikt niepowołany nie dostał się do magazynu. Musiał się jeszcze upewnić, że Ilvan faktycznie tak bardzo mu ufał.
Przeszedł do magazynu wypełnionego półkami uginającymi się pod ciężarem teczek i segregatorów. Varren przeglądał kolejne tytuły, aż odnalazł wypchane po brzegi kartoteki, które szukał.
— Mam cię, skurwysynu — wyszeptał, by po chwili ponownie wsunąć latarkę między zęby.
Naharev Varren, nr 1375, przeczytał w myślach.
Pierwsze karty wypełnione były w znany mu sposób. Odnotowano, jakie miał wykształcenie, jego wiek, wzrost, wagę, wklejono zdjęcie, na którym wyglądał jak obrażony na cały świat nastolatek. Notatki sporządzone znajomym rodzajem pisma, najprawdopodobniej Naira, traktowały o jego zdrowiu i aktualnej na dzień wszczepienia kondycji. Dalej, wraz z datą, często również godziną, dołączone były adnotacje odnośnie stanu po wszczepieniu.
Przerzucał kolejne kartki. Najbardziej rzucały mu się w oczy notatki Ilvana odnośnie tego, jakim był pracownikiem: „wyjątkowo zaangażowany”, „oddany sprawie”, „świetny materiał na oficera” czy „wykonuje rozkazy bez kwestionowania” lub „żołnierz idealny” i „zabija bez skrupułów”. Nie sądził, że plan szedł aż tak dobrze. Co prawda widział kilka uwag na temat tego, jak zaciekle walczył o Averyn i pewne wątpliwości, jakie miał przy tym Ilvan, ale niżej odnotował to, jak bez mrugnięcia okiem Varren zgodził się ukarać dziewczynę, proponując sprawiedliwe rozwiązanie. Zamknął oczy, oddychając ciężko.
Nagle ogarnęło go coś dziwnego. Nie potrafił określić tego uczucia ani go nazwać. Coś na granicy niepokoju, może lekkiego uszczypnięcia niepewności, nieznacznie ścisnęło jego klatkę piersiową. Nie rozumiał tego. Wszystko szło idealnie. Ilvan uznał, że go złamał. Widział w nim kogoś, komu może nawet w przyszłości mógłby przekazać władzę. Przecież nikt przed nim nie zaszedł tak daleko! A jednak coś było nie tak.
Przewrócił oczami, wiedząc, że zdecydowanie za dużo czasu poświęcił na czytanie własnych akt, kiedy powinien skupić się na teczkach dotyczących sprawy na froncie. Zerknął na zegarek na wyświetlaczu telefonu – miał jeszcze sporo czasu. Nerwowo oblizał wargi, odstawił swoją teczkę na miejsce i sięgnął po segregator. Zdziwił się, widząc głównie korespondencję. Zdecydowanie bardziej spodziewał się tajnych dokumentów, których znajdowało się tam znacznie mniej.
— Szyfr — wydusił zawiedziony.
Spojrzał na telefon. No tak, mógł zrobić zdjęcia. Nie było szans, żeby udało mu się odczytać listy teraz. Na wszelki wypadek wyciszył dźwięk, karcąc się w myślach za to, że nie pomyślał o tym wcześniej, i zabrał się do pracy. Jednocześnie czytał wszelkie utajnione dokumenty, również je fotografując, chociaż treść niektórych wydawała mu się całkiem bez sensu. Kontrakt na dostarczenie kamienia… do Revartu? Przecież Irashan był z tym państwem w stanie otwartej wojny. Ilvan z nim walczył. Co dalej… Potwierdzenia przelewów na konta kilku stacji telewizyjnych. Pieniądze przelane na konto premiera i prezydenta Revartu. Jednocześnie ogromne przekazy pieniężne ze strony rządu Irashan. O ile przekupywanie mediów i ściąganie haraczu z lokalnych posłów się zgadzało, tak nadal nie rozumiał, co robiły tam przelewy na konta znajdujące się po stronie wrogiej granicy.
Wiedział, że Ilvan naprawdę sporo mataczył i że sporo miał na sumieniu. Ale… Revart?
Odszyfrowanie tej korespondencji, zaraz po przeprowadzeniu Averyn przez ostatnie testy, stało się sprawą priorytetową.
Odstawił segregator na miejsce i przejrzał kilka kolejnych półek.
Zatrzymał się, kiedy oświetlił tytuł, którego nie spodziewał się znaleźć.

3 komentarze:

  1. Ma radość z nowego rozdziału jest aż nieprzyzwoicie duża. Pora na kolejnego schlebiającego komcia. Co do błędów, wyłapałam parę literówek i kilka miejsc, co do których mam wątpliwości. Taka dawka czepialstwa i wynajdywania nieistniejących przecinków, żeby komć wyglądał profesjonalnie. O!

    Silne, szorstkie palce zacisnęły się na włosach, przesunąwszy się po skórze potylicy. — w mojej wyobraźni palce już ściskają włosy, ale nie, moment, jest dopisek, że najpierw przesunęły się po skórze potylicy. Muszę cofnąć film w mojej głowie i dodać jeszcze jeden ruch. Proponuję zmienić kolejność (Silne, szorstkie palce, przesunąwszy się po skórze potylicy, zacisnęły się na włosach), co jednak brzmi średniawo, albo pozbyć się imiesłowu (przesunęły i zacisnęły).

    On widział, aż zbyt wyraźnie. — zbędny przecinek.

    Z całych sił odepchnęła się od śliskiego podłoża, a jej przedramiona tylko zadygotały, a później rozjechały się żałośnie. — może to pierwsze „a” na „ale”?

    Myśl, że już nigdy miała nie zaznać spokoju — Nie wiem, czy jest na to jakieś uzasadnienie w gramatyce, ale mi osobiście lepiej brzmi „już nigdy nie miała”.

    Nie mógł uwierzyć w to, że dzieciak, którego podobno dopiero wyciągnięto z kamaszów[przecinek] miał uwalony mundur, ale sam był czyściutki i wypachniony.

    Widocznie Ilvan nie chciał, by ktokolwiek dowiedział się o tym, naprawdę się tam wyprawiało — co(ś) zjadłaś ;)

    nie widział siebie w roli świątecznej choinki — Czy w Twoim uniwersum obok kultu Sigmy istnieje chrześcijaństwo?

    Naharev Varern — Varerereren.

    Varren od początku był dobrze zbudowaną postacią, a jednak nadal poznajemy nowe elementy jego osobowości. Jednak to i tak nic w porównaniu z Averyn, która przestaje już być dziewczynką z traumą i stopniowo odsłania swoje prawdziwe oblicze.
    Znajomość bohaterki z Młodczym Indarim przestała już być dla czytelnika nowością, ale Ty nas raczysz nową zagadką. Czy front istnieje?
    Fragment z włamaniem się do gabinetu i magazynu trzyma w napięciu. Och, nie, taki cliffhanger na koniec... Zamęczysz mnie. Chyba nie muszę pisać, z jaką niecierpliwością czekam na ciąg dalszy?

    30STM zawsze spoko. Pozdrawiam!
    Agata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. !@%@^@ pisałam komentarz i niechcący zamknęłam stronę. Ech.
      Dziękuję za wytknięcie błędów, wszystkie już poprawiłam. :) Najbardziej zmartwił mnie ten z choinką, bo obok Sigmy nie ma chrześcijaństwa. Musiałam popłynąć za bardzo przy szukaniu jakiegoś porównania i ta nieszczęsna choinka się tam wepchała. :P Postaram się być bardziej uważna. Dziękuję jeszcze raz za uważne czytanie i wszelkie uwagi. :)

      Welp, staram się raczej nie robić takich cliffhangerów, ale tym razem nie mogłam się oprzeć, tym bardziej, że w następnym rozdziale dużo się... no, powiedzmy, że wyjaśni. :)

      Pozdrawiam również! <3
      Den

      Usuń
    2. Dobry cliffhanger nie jest zły ^^ To na pewno nie miała być negatywna uwaga z mojej strony. Boli tylko, że nie można przewrócić kartki i zacząć czytać kolejnego rozdziału. :P Oczywiście komentarzem musiałaś mnie jeszcze bardziej zaintrygować. Nie no, spoko, ja tu sobie pocierpię, nie przejmuj się mną!

      :)

      Usuń

Nie spamuj, bo Den ugryzie. Nie chcesz tego, prawda?

Obserwatorzy