niedziela, 15 maja 2016

Rozdział X – Przepraszam

Milion razy zabierałam się do sceny z Kairnem – wyszło średnio. Miałam ją przepisać raz jeszcze, ale nigdy nie wiedziałam, jak się do tego zabrać. Podobno, gdy chcemy coś bardzo poprawić, ale nie jesteśmy w stanie, znaczy, że "to coś" jest już gotowe.
Powiedzmy, że w to wierzę. ;P

______________________________
Averyn wracała pustymi już o tej porze korytarzami. Cała ta chora sytuacja sprawiła, że dawno minęła godzina, do której nowicjusze mogli swobodnie poruszać się po Akademii i Varren wypisał jej pozwolenie upoważniające ją do powrotu do pokoju. Ściskała je teraz w ręce, mnąc papier oraz przebijając przez niego paznokcie, które boleśnie wciskały się w skórę. Nie przejmowała się tym, że Livia po prostu ją pobiła. Nie widziała potrzeby, by skarżyć się starszemu Arane. Pewnie i tak nie mógłby nic z tym zrobić.
A może nawet by nie chciał?
Idź do siebie. Będzie dobrze, jeśli do rana wypoczniesz.
Nie mogła uwierzyć, że tak po prostu ją odesłał. Jeszcze przez moment przyglądała się, jak sam usiadł na parapecie przy oknie, paląc papierosa oraz wydychając dym na zewnątrz. Byłoby łatwiej, gdyby nie potrafił spojrzeć jej w oczy. Ale patrzył. I to bolało ją najbardziej. Nie widziała na jego twarzy krzty współczucia lub poczucia winy. To nie tak, że świetnie się maskował, bo jego oczy też pozostały puste.
Przekręciła klucz w zamku, weszła do pokoju, zamknęła za sobą drzwi i opadła na łóżko, nie przejmując się tym, że powinna raz jeszcze się umyć, ani tym, że niedawno zabiła tu Derena. Wiedziała, że rano sponiewierają ją ponownie. Zamknęła oczy, czując ich pieczenie, ale łzy i tak spłynęły po nienaturalnie jasnej twarzy. Przez kilka chwil płakała w ciszy, zanim wściekłość z bezradnością wzięły górę.
Podniosła się na łóżku, wykrzykując całą frustrację. Varren mógł przyjść i ukarać ją za zakłócanie ciszy nocnej. Nie dbała już o to. Wstała i uderzyła otwartą dłonią o blat drewnianej szafki. To jednak nie przyniosło ulgi, więc przewróciła ją jak kiedyś starszy Arane podczas rewizji. Szuflady ponownie wysunęły się, wyrzucając z siebie poskładane ubrania. Oparła się o ścianę, uderzając w nią zamkniętymi rękoma i kolejny raz krzycząc, ile tylko miała sił w płucach, ale odpowiedziała jej nienaturalna cisza. Nieważne, co robiła, łzy nie chciały przestać płynąć, a palące uczucie bezradności oraz poczucie zdrady nie opuszczały jej nawet na chwilę.
Kochała Varrena jak własnego brata. Nie potrafiła pogrzebać tego uczucia nawet teraz, kiedy bez mrugnięcia okiem zgodził się wymierzyć jej karę za coś, czego nie zrobiła. Zastanawiała się nawet, czy nie kryć uciekającej dziewczyny i nie przyjąć czterdziestu batów, ale ostatecznie i tak dopadliby uciekinierkę, a sama cierpiałaby w imię kogoś, kogo ledwie przez moment widziała. Przez chwilę chciała zrobić to na złość Varrenowi, ale to wcale nie polepszyłoby sytuacji. Musiała wydorośleć w najgorszy możliwy sposób.
Gdy w końcu zabrakło jej sił, opadła na podłogę, osuwając się po ścianie. Oparła łokcie o podkulone kolana i wsunęła dłonie w zmierzwione włosy, zaciskając na nich palce. Co miała zrobić? Jakiegokolwiek działania by nie podjęła, zawsze coś się psuło. Przecież chciała uniknąć tej pieprzonej bójki! Nie zdziwiłaby się, gdyby Livia wszystko to zaplanowała.
Nie miała pojęcia, kiedy zasnęła mimo tak niewygodnej pozycji.

Varren czekał cierpliwie, siedząc w fotelu i popychając palcem leżący na biurku długopis. Kiedy usłyszał pukanie, zaprosił oczekiwanych gości do środka. Kairn wyglądał na potwornie zmęczonego i zaspanego. Najpewniej wyrwano go ze snu, stawił się jednak w pełnym rynsztunku oraz starał się nie okazywać po sobie niezadowolenia. Z kolei Eremtair, który miał do odrobienia nocną służbę, wydawał się być w zdecydowanie lepszym stanie.
— Averyn? — zapytał nieprzytomnie Kairn, zanim opadł na fotel przeznaczony dla interesantów, nie czekając na zaproszenie.
Eremtair założył jednak ręce na piersi, czekając na jakiekolwiek wyjaśnienia.
— Averyn — potwierdził w końcu Varren. — Livia przyłapała ją, kiedy wracała z treningu. Stwierdziła, że na pewno chciała uciec.
— Bzdura, po co by ćwiczyła, nie? — mruknął Kairn, przymykając oczy.
— Nie zasypiaj — warknął Eremtair, szturchając go mocno.
— Wal się — odszczeknął, tym razem przytomniej.
— Tak czy inaczej — podjął niezrażony starszy Arane. — Musiałem wymierzyć dziewczynie karę. — Przeniósł spojrzenie na długopis, złapał go i zaczął stukać lekko o blat. — Czterdzieści batów od Livii…
— Nie przeżyje tego — wtrącił się niespodziewanie Eremtair.
Varren podniósł na niego wzrok i milczał przez moment.
— …lub dwadzieścia, jeśli wyda dziewczynę, która uciekła chwilę przed całym zdarzeniem — dokończył, ciągle wpatrując się w podwładnego. — Macie zrobić wszystko, żeby rano dokładnie ją wam opisała — powiedział twardo. — Bo to wy przyprowadzicie ją na plac.
— Publiczna kara? — zapytał cicho Kairn, zakładając ręce na piersi. — Ilvan pewnie zesrał się z radości — mruknął, marszcząc brwi i wykrzywiając usta w grymasie obrzydzenia.
— Załatw jej od Naira jakiegoś mózgotrzepa — polecił mu nieoczekiwanie Eremtair, wpatrując się w przestrzeń. — Coś, co wyłączy jej świadomość po kilku uderzeniach. Będzie łatwo wmówić Ilvanowi, że zemdlała z bólu — zakończył, milknąc na dłużej; nikt się jednak nie odezwał, dlatego przemówił ponownie: — Czemu tak na mnie patrzycie?
— Bo Ilvan dał ci możliwość dorobienia się awansu na plecach Varrena — odparł nieufnie Kairn. — I zastanawiamy się, czy przypadkiem tego nie robisz.
Eremtair prychnął, odwracając głowę.
— To, że tu, za murami, dzieją się rzeczy, jakie się dzieją, nie znaczy, że bawi mnie masakrowanie niewinnych dziewczynek — burknął i zacisnął mocno usta. — Nie jestem głupi, domyśliłem się, że coś musiało łączyć ciebie i Averyn — dodał, wskazując podbródkiem na Varrena. — Nie powiem, zmieniło to trochę moje mniemanie o tobie — powiedział już ciszej, uśmiechając się tajemniczo.
— Zmienić, to ja ci mogę — warknął starszy Arane, przestając stukać długopisem. — Układ kości w dupie.
Kairn zarechotał, ale zaraz się opamiętał, czując spojrzenia obu mężczyzn.
— Uważam, że Erem podrzucił nam bardzo dobry pomysł — powiedział już śmiertelnie poważnie.
— Nam? — Varren uniósł lekko brew.
— Działamy razem, nie? — Uśmiechnął się Kairn. — Nie wiem, jak Erem, ja jestem z tobą.
— Obejdę się bez awansu, ale Ilvan dopieprzy się, jeśli na nic mu nie doniosę — oznajmił z krzywym uśmiechem, a potem teatralnie westchnął Eremtair.
— Dobra, dobra. Rano ogarniemy Averyn. Ty zajrzyj jeszcze do Naira, niech podrzuci mi co trzeba, coś jeszcze? — zapytał Kairn, wstając, by pójść w kierunku wyjścia.
— Właściwie to tak — powiedział głosem zbliżonym do szeptu Varren. — Od tej chwili życie Livii ma zamienić się w piekło. Macie tego dopilnować. Odmaszerować.

Kiedy otworzyła oczy, w drzwiach widziała dwóch mężczyzn. Ich twarze zakrywały maski. Przez moment myślała, że może Varren z Kairnem po nią przyszli, ale jeden z mężczyzn okazał się być Eremtairem. Była tak zmęczona i obolała, że poznała go dopiero po głosie.
— Averyn, twój przełożony wymierzył ci karę czterdziestu batów — poinformował ją oschle. — Zgodził się jednak na złagodzenie tej kary, jeśli opiszesz adeptkę, która wczorajszego wieczoru zbiegła z Akademii.
Kairn spoglądał w milczeniu, jak nieufnie się im przyglądała, milcząc uparcie. Sam opuścił wzrok, przenosząc go na przewróconą szafkę i rozsypane przy niej ubrania, bo Averyn wyglądała tak żałośnie, że nie miał serca na nią patrzeć. Poza tym zaraz poczuł nieprzyjemne znajome uczucie, dlatego wziął kilka głębokich oddechów, chcąc się uspokoić.
— Averyn, współpracuj z nami — powiedział w końcu, nadal na nią nie patrząc.
Miał tylko nadzieję, że podejmie decyzję z pełną świadomością konsekwencji, ale uparcie milczała.
— Była mojego wzrostu — mruknęła wreszcie ku ich zaskoczeniu. — Miała ciemne, krótko ścięte włosy i niebieskie oczy. Dużo piegów. Okrągłą twarz. Mundur jak wszyscy. To nowicjuszka z mojego naboru, mieszkała chyba trzy pokoje dalej. Więcej nie pamiętam — wychrypiała i Kairn poczuł spływające na niego uczucie ulgi.
— Dobra, formalności mamy za sobą — oznajmił już standardowym tonem Eremtair, sięgając do kieszeni.
Wyciągnął z niej strzykawkę, zdjął zabezpieczenie i podszedł do Averyn, uprzednio spoglądając na korytarz, czy nikt przypadkiem się nie przyglądał. Dziewczyna odruchowo się cofnęła, plecami uderzając w ścianę.
— To coś jakby znieczulenie — poinformował ją Eremtair. — Za jakiś czas zwiotczy ci mięśnie i ograniczy świadomość, nie będziesz czuła bólu — wyjaśnił.
— Prezent od Varrena — dodał Kairn.

Tak, jak się spodziewała, dookoła ustawionego na tę okazję pręgierza zebrał się tłum gapiów. Rozstąpili się jednak, kiedy prowadzący Averyn młodsi Arane podeszli do zbiegowiska. Dziewczyna w milczeniu przyglądała się, jak skuwają jej ręce na łańcuchach przy wysokim słupie. Nie minęła chwila, gdy spięto kajdany na nadgarstkach, a Eremtair podciął ją tak, że z cichym stęknięciem upadła na kolana. Potem podszedł do stojących na uboczu Ilvana i Livii, pochylając się do nich i szepcąc to, co udało im się wyciągnąć z dziewczyny.
Młodsza Arane kiwnęła tylko głową, odebrała z rąk Najwyższego bat i podeszła do klęczącej przy słupie Averyn. Dziewczyna była przerażona. Kairn i Eremtair gdzieś zniknęli. Nie widziała żadnej znajomej twarzy, nawet Dimy. Z trudem powstrzymując drżenie, odetchnęła głęboko i wbiła spojrzenie w piaszczystą ziemię, starając się nie myśleć o tym, co miało zaraz nadejść. Włosy lepiły się do spoconej twarzy, a ciało raz po raz uderzała fala gorąca. Zacisnęła oczy, ignorując słowa Indari, który mówił o tym, jak zasłużyła sobie na karę.
— Raz. — Usłyszała za sobą niski, szorstki głos Livii.
Po chwili bicz spadł na plecy dziewczyny, rozdzierając materiał koszulki z głuchym trzaskiem. Averyn syknęła, tłumiąc krzyk, kiedy palący ból rozszedł się po przekątnej pleców.
— Dwa.
Koszulka pękła kolejny raz, a do oczu adeptki nabiegły łzy, kiedy odruchowo zacisnęła zęby, napinając przy tym wszystkie mięśnie i niechcący przegryzając brzeg wargi.
— Trzy.
Miała wrażenie, że to uderzenie było zdecydowanie mocniejsze. Na moment uniosła głowę, wciągając szybko powietrze. Łzy bólu pociekły po tych, które od wczoraj zdążyły już zaschnąć.
— Cztery.
Otworzyła usta na wydechu, wyrzucając z siebie jedynie cichy jęk. Skóra na plecach piekła okropnie, ale Averyn chciała zachować resztki swojej godności jak najdłużej. Livia, najwyraźniej to zauważając, poprawiła bowiem chwyt, ustawiła się w nieco innej pozycji i w kolejny cios włożyła chyba całą siłę.
— Pięć.
Adeptka krzyknęła, gdy bat spadł na jej skórę, raniąc dotkliwie. Wygięła się pod wpływem tego uderzenia i na moment zawisła bezwładnie na łańcuchach, ale zaraz dumnie się podniosła, co tylko rozjuszyło Livię.
— Sześć.
— Długo jeszcze? — zapytał cicho Varren, starając się ignorować kolejny rozpaczliwy jęk Averyn i dźwięk skórzanego bata zderzającego się z jasną skórą dziewczyny.
— Najpóźniej przy dziewiątym powinna odpłynąć — mruknął Nair.
— Siedem.
Kolejny raz zawisła na łańcuchach, tym razem na dłużej. Livia już chciała wymierzyć kolejny cios, ale Averyn dźwignęła się na kolana, opierając się ciałem o słup.
— Osiem.
Teraz drżała już na całym ciele, na tyle, na ile pozwalały jej skrępowane ręce, wbijając palce w drewno słupa. Oddychała ciężko, wpatrując się z zaciśniętymi zębami w ziemię pod kolanami.
— Dziewięć.
Varren zacisnął pięści i na moment zamknął oczy, licząc na to, że gdy je otworzy, Averyn będzie wisieć bezwładnie na łańcuchach. Przez moment tak było, ale, ku jego zaskoczeniu, ponownie uparcie podniosła się na dygoczące kolana.
— Dziesięć.
Kairn, mimo że stał plecami do pręgierza, czuł, że zrobiło mu się słabo, kiedy usłyszał kolejny nieludzki zduszony jęk dziewczyny. Podniósł spojrzenie, wpatrując się w bezchmurne niebo i zacisnął mocniej palce na założonych na plecach rękach.
— Jedenaście.
— Nair… — warknął ostrzegawczo Varren.
— Nie mam pojęcia, dlaczego nie działa — powiedział medyk, wpatrując się w krew skapującą z torsu dziewczyny. — Dobrze dobrałem dawkę.
— Dwanaście.
Averyn z całych sił zmuszała się, by z jej gardła raz po raz nie wydzierały się krzyki; ostatecznie udało się jej zmienić je w przeciągłe jęki. Z trudem łapała oddech i krztusiła się własną śliną, nie potrafiąc zapanować nad tak prostymi czynnościami.
— Trzynaście.
Bat kolejny raz smagnął plecy adeptki i ponownie opadła, zwisając bezwładnie na łańcuchach. Varren widział, jak rozpaczliwie starała się podnieść, ale drżące nogi nie były w stanie jej utrzymać, ani nie potrafiła nawet unieść się na rękach.
— Czternaście.
Zrezygnowała, kiedy kolejny cios sięgnął zakrwawionych pleców. Z rozchylonymi ustami wisiała nad ziemią, oddychając teraz już płytko i chrapliwie.
— Piętnaście.
Tym razem spięła tylko mięśnie, jęcząc przeciągle.
— Szesnaście.
— Przy dziewiątym powinna odpłynąć — przedrzeźnił Naira Varren. — Kurwa mać.
— Nie wiedziałem, że jest aż taka silna — mruknął na usprawiedliwienie medyk.
— Dyplom z medycyny chyba z dupy sobie wyciągnąłeś — warknął jeszcze starszy Arane.
— Siedemnaście.
— Spierdalaj, zrobiłem, o co prosiłeś — warknął Nair, odwracając się, by odejść w głąb tłumu.
Varren, odwracając twarz od mężczyzny, nie odpowiedział. Nie miał pojęcia, co miał zrobić, kiedy Livia skończy się pastwić. Chyba nie pozwolą, by Averyn tak po prostu leżała na środku placu apelowego?
— Osiemnaście.
Kairn zamknął oczy, wsłuchując się w to, jak metalowe łańcuchy podrygiwały za każdym razem, gdy ciałem adeptki wstrząsał kolejny cios.
— Dziewiętnaście.
Nigdy nie widział jej w tak żałosnym stanie. Nieważne, jak bardzo wcześniej Akademia ją łamała. Dopiero kiedy prowadzili Averyn pod pręgierz, widział ślady zaschniętych łez na jej twarzy. I choć starała się iść z dumnie uniesioną głową, w oczach widział gasnącą wściekłość oraz bezradność. Jeszcze nie zdarzyło się, by widział ją tak przygnębioną, pozbawioną nadziei i sponiewieraną.
Miał wrażenie, że właśnie przegrał życie. Że wszystko zawalił. Chciał po prostu upaść na kolana, zapaść się pod ziemię, zniknąć.
— Dwadzieścia. Koniec — oznajmiła zadowolona z siebie Livia.
— Ledwie mnie połaskotałaś — wychrypiała niespodziewanie Averyn.
Młodsza Arane przez moment wpatrywała się z niedowierzaniem w dziewczynę. Varren nie bardzo potrafił przyswoić to, co się stało, bo wściekła Livia uniosła wysoko bat, gotowa wymierzyć kolejny cios, tym razem upewniając się, że ją zabije, ale Kairn obrócił się na pięcie i rzucił na kobietę, przewracając ją swym ciężarem na piach.
Livia próbowała wymierzyć w swojego przeciwnika magiczny cios, ale Kairn szybko ją zablokował. Po chwili sam zaatakował, uderzając zamkniętą pięścią w twarz kobiety. Znokautował ją na moment dobrze wymierzonym ciosem.
— Zmysły postradaliście? — warknął zbliżający się Ilvan. — Na oczach wszystkich?!
— Zaatakowała podopieczną Arane Varrena. Umówiona kara obejmowała dwadzieścia batów. Nie więcej i nie mniej — poinformował szorstko Kairn.
Tymczasem Varren podszedł do nich powoli, starając się nie patrzeć w stronę na wpół przytomnej Averyn.
— Mogę zapytać, co spowodowało, że postanowiłaś dokonać samosądu? — zapytał, starając się trzymać nerwy na wodzy, patrząc na leżącą na ziemi kobietę.
— Indari, mój panie! — zaczęła wściekle, podnosząc się powoli. — Sprowokowała mnie!
— Niby jak? — parsknął Eremtair. — Nie wie, jak się nazywa, a ciebie zdołałaby obrazić?
— Dość — przerwał im Ilvan. — Livio, stawisz się u mnie w gabinecie za godzinę. Odmaszerować — nakazał, a potem rozejrzał się po zbiegowisku, milcząc przez moment. — Korzystając z okazji — przemówił, tym razem już głośno, zwracając uwagę tych, którzy uznali, że to już koniec przedstawienia i chcieli odejść. — Chciałem ogłosić awans.
Varren zamarł. Na moment zapomniał, jak właściwie powinno się oddychać. Dopiero gdy Ilvan poklepał go po plecach, oprzytomniał na tyle, by uścisnąć mu dłoń.
— Nie od dziś wiadomo, że Arane Varren jest moją prawą ręką. Dlatego uważam, że dzisiejszy dzień jest odpowiedni, by ogłosić jego awans! — zagrzmiał. — Od tego momentu staje się młodszym Indari…
Varren nie słuchał już dalszego przemówienia Ilvana, czując palące poczucie winy w piersi.
— Gratuluję awansu — warknęła Livia, ocierając krew z ust, gdy przechodziła obok niego. — Averyn na pewno ucieszy się na wieść, że dostałeś go za dzisiejsze przedstawienie.
Stojący obok Kairn splunął pod jej nogi, Eremtair tylko odwrócił wzrok.

Leżała na łóżku, zaciskając oczy, gdy coś zimnego oraz śliskiego dotykało rozgrzanych pleców, powodując pieczenie. Nie miała pojęcia, czy Livia usłyszała jej słowa. Była tak bardzo skupiona na odsłuchiwaniu numeru kolejnych batów oraz utrzymaniu świadomości, gdy ból stawał się nie do zniesienia, że kiedy poczuła na plecach ostatnie uderzenie, po prostu wyrzuciła z siebie te słowa, do reszty opadając z sił. Nie straciła przytomności całkowicie, właściwie wydawało się jej, że słyszała ciche rozmowy i ktoś wziął ją na ręce, ale nie miała dość sił, by próbować cokolwiek rozszyfrować.
Uchyliła ciężkie powieki, kiedy ból wracał do każdej kończyny wraz z ogólną świadomością. Skrzywiła się i syknęła cicho, gdy coś zimnego kolejny raz opadło na poranioną skórę, a potem zapiekło. Wyczuła lekki ruch na łóżku i zamarła.
— To ja.
Varren. Zamknęła oczy, odetchnąwszy spokojniej. Nie powiedział nic więcej, siedząc przy niej i wykonując ponownie przerwaną przed momentem czynność. Dopiero po kilku chwilach zrozumiała, że musiał przemywać poszczególne rozcięcia.
— Nair? — wydusiła w poduszkę, nie potrafiąc nawet unieść głowy, by lepiej było ją słychać.
— Jest zajęty czym innym — mruknął tylko.
Wyczuła w jego głosie coś dziwnego. Nie słyszała jeszcze, by wypowiadał się z taką rezygnacją i słabością. Averyn westchnęła ciężko, znowu otwierając oczy.
— Mhm — wyrzuciła tylko na wydechu.
— Kiepski ze mnie medyk — oznajmił niespodziewanie.
Moment później poczuła jego ciepłą dłoń między łopatkami. Łaskoczące uczucie rozlewało się po całych plecach, zasklepiając mniejsze i większe rany. Uczucie mrowienia znacznie różniło się od tego, które czuła, kiedy leczył ją Nair. Było bardziej intensywne, zdecydowanie mniej łagodne – jak sam Varren, jeśli porównać go do medyka.
— Zostaną blizny — poinformował szorstko, odsuwając dłoń od wciąż obolałych pleców.
Averyn właściwie nie robiło to różnicy. Po tym, co przeszła w Akademii, cieszyła się, że wciąż żyła. Pociągnęła nosem i zmrużyła oczy, pierwszy raz od wielu godzin zaznając dziwnej ulgi.
— Odpocznij, będę obok — powiedział.
Ciężar zniknął z brzegu łóżka, później usłyszała dźwięk kroków tłumionych przez wykładzinę oraz odgłos powoli zamykanych drzwi. Varren miał rację, należał się jej odpoczynek.

Eremtair oparł się o framugę drzwi, zakładając ręce na piersi i patrząc w korytarz.
— Nair nie ma już siły — powiedział półszeptem. — Wziął ze sobą wszystkich medyków, jakich miał na szkoleniu, ale nie wygląda to dobrze — dodał, kręcąc lekko głową.
— Ile ma czasu? — zapytał Varren, marszcząc brwi i wpatrując się w podłogę.
— Niedużo. Nair może wytargować mu trzy miesiące. Nie więcej — oznajmił jego rozmówca, wzruszając ramionami. — Gdyby nie to, pewnie pożyłby jeszcze ze dwa lata. Ale w tym wypadku Kairn… — urwał, spoglądając do wnętrza pomieszczenia.
— Kairn co? — odezwała się niespodziewanie Averyn.
Varren odwrócił w jej stronę głowę, przyglądał się przez moment, jak stała lekko zgarbiona, wspierając się na ścianie, a ostatecznie skinął głową do Eremtaira, pożegnał się z nim krótko i zamknął drzwi.
— To miałeś na myśli, gdy mówiłeś, że Nair jest zajęty? — wyrzuciła kolejne pytanie, gdy mężczyzna usiadł w fotelu, nawet już na nią nie patrząc. — Odpowiedz mi!
— Usiądź, bo zaraz padniesz na pysk — nakazał szorstko. — I nie waż się podnosić na mnie głosu.
Wiedziała, że chciał zabrzmieć groźnie, ale zwyczajnie nie miał na to siły. Posłusznie opadła na drugi fotel, wstrzymując oddech, kiedy jej plecy zetknęły się z oparciem. Zaraz wypuściła jednak powietrze z cichym świstem.
— Ładny płaszcz — mruknęła już spokojniej, spoglądając na zawieszony na wieszaku materiał obszyty srebrną nicią.
Varren, młodszy Indari, uśmiechnął się gorzko.

Po całym tym incydencie nie czuł się najlepiej. Miał wrażenie, że ponownie przeżywał to, co rok temu. Wydawało mu się, że zamknął za sobą ten rozdział. Zmrużył oczy i potarł skronie, próbując pozbyć się pulsującego bólu. Może czułby się lepiej, gdyby poprzedniego dnia tak bardzo nie popłynął przy ćwiczeniu z Averyn.
Był wyczerpany. W przenośni i dosłownie.
Rok temu znajdował się w tak samo chujowym położeniu jak wszyscy inni. Nie wiedział, co znaczył ostatni egzamin lub jaką będzie miał formę. Varren go trenował. Sigmo, jaki był wdzięczny. Czuł się tak, jakby wygrał los na loterii. Wtedy młodszy Arane nauczył go wszystkiego, co sam wiedział, co sam potrafił. A on uczył wszystkiego swojego partnera. Razem jedli, razem ćwiczyli, uczyli się za siebie odpowiadać.
Aż dostał kopertę.
To jakieś nieporozumienie, myślał wtedy. Nie miał nawet czasu, by porozmawiać o tym z Mazem. Musiał być tak samo zszokowany jak on, kiedy tak po prostu wywieźli ich na poligon, każąc wybrać trzy rzeczy potrzebne do przetrwania w trudnych warunkach, mapę i miecz.
Miał znaleźć Maza, ale to Maz znalazł go pierwszy. Wiedział, że Varren był gdzieś w pobliżu. Kairn zawsze był dobry w wyczuwaniu czyjejś obecności po samej aurze, jaką roztaczała energia kamienia. Moc Maza była dużo słabsza, ale Kairn wiedział, że dotarł już na miejsce. Że czekał.
Maz, chcesz brać w tym wszystkim udział? — zapytał bez nadziei.
Jego partner pokręcił krótko głową.
— Mieliśmy przejść przez to razem — powiedział ledwie dosłyszalnie.
Kairn wyczuł obecność kilku innych oficerów. Wiedzieli, że z tą dwójką na pewno będą kłopoty.
— Mieliśmy — zgodził się Kairn. — Co teraz?
Maz uśmiechnął się blado, sięgając po własny miecz.
— Widzę tylko jedno wyjście…
— Maz, nie!
Niewiele pamiętał z tego, co stało się później. Wiedział, że Maz nabił się na własny miecz. Wiedział, że sam rzucił się do partnera, próbując go ratować, ale Maz doskonale wiedział, jak skutecznie pozbawić się życia.
Egzamin zaliczony odbijało się echem w jego głowie. Nienawidził oficera, który wypowiedział te słowa. Nienawidził ich wszystkich włącznie z Varrenem. Wiedzieli. Wiedzieli, że postawią ich naprzeciw siebie.
Ilu zabił wtedy oficerów? Chyba dwóch. Wybuch wściekłości, do jakiego dopuścił, sprawił, że uchował się jedynie Varren i dwóch innych, którzy stali dalej i zdążyli się osłonić. Varrenowi jakimś cudem udało się go spacyfikować. Kairn obudził się w izolatce, czując potworny ból. Najpierw usłyszał, że się wyczerpał, później, że awansowano go na oficera.
Chyba wolałby umrzeć.
— Nie możesz się denerwować, żadnych silnych negatywnych emocji, rozumiesz? Podsycisz to tylko — poinformował go Nair.
Miał to gdzieś. Wychowywali się z Mazem na jednej ulicy od zasmarkanych gówniarzy, a potem nie wierzyli we własne szczęście, gdy połączono ich w parę. Nie mieli pojęcia, jak bardzo ówczesny starszy Arane postanowił z nich zakpić. Byli jedynym przypadkiem, kiedy nie dość, że razem trafili do Akademii, to jeszcze połączono ich w parę. Bardzo starali się swoją znajomość ukryć, ale widocznie ktoś z góry musiał wiedzieć. Dlatego z taką goryczą wspominał wcześniej, że poza Varrenem i Averyn nie znalazł się tu nikt, kto mógł znać kogoś wcześniej.
A teraz znowu Kairn nie czuł się dobrze, patrząc na to, co działo się z Averyn. Może nie umarła, ale wiedział, że zdecydowanie nie zasłużyła na całe to zło. Rozmawiał też z Nairem, kiedy poszedł upewnić się, że dziewczyna dostanie znieczulenie. Nie miał pojęcia, że byli z Varrenem aż tak blisko. Może gdyby teraz już młodszy Indari powiedział mu wcześniej – chociaż rozumiał jego obawy.
Livia robiła wszystko, żeby Averyn nie wyszła z tego starcia cało.
Kairn, odrzucając od siebie resztę nieprzyjemnych wspomnień i myśli, sięgnął do kieszeni po klucze do swojego apartamentu.
Nagle wyczuł jednak słaby przepływ mocy tuż za swoimi plecami, a krótko potem ból rozszedł się po całej klatce piersiowej.

— To robota Livii? — zapytała cicho.
Varren wzruszył ramionami.
— Pewnie tak — odparł beznamiętnie.
— Nic z tym nie zrobisz?
— A co mam, do jasnej kurwy, zrobić?! — ryknął niespodziewanie. — Nie mamy dowodów, a Kairn i tak był niestabilny — zakończył ciszej. — Kurwa. Nic nie idzie tak, jak powinno. Wszystko się zjebało. Wszystko — wyrzucił z siebie z nieskrywanym już żalem.
Przyglądała  się bez słowa, jak sam spoglądał w milczeniu na sufit, opierając się w fotelu i zaciskając dłonie na podłokietnikach. Miał rację, znaleźli się w naprawdę kiepskiej sytuacji. Chyba wszyscy poza Eremtairem byli bardzo osłabieni, a ona nadal musiała pokonać Dimę w zbliżających się zawodach.
— Rianon dzwoniła — oznajmił zupełnie nieoczekiwanie.
Nie rozumiała, dlaczego jej to mówił.
— Co chciała? — zapytała, próbując wyciągnąć z niego coś więcej.
— Nie wiem. Nigdy nie odbieram — mruknął szeptem; Averyn ledwie go słyszała.
— Nigdy?
— Nigdy. Od dwóch lat — powiedział, marszcząc brwi.
Zamknęła na moment oczy, powracając do wydarzeń sprzed dwóch lat. Nie potrafiła sobie wybaczyć, gdy powiedzieli jej, że Varren nie żyje. Nie potrafiła tego zrozumieć, tak jak nikt nie potrafił wskazać grobu. Zginął pod kołami samochodu? Targnął się na życie? Wszyscy byli głusi na jej pytania. Czuła się winna, każdego dnia zastanawiając się, czy gdyby tamtego dnia mu uwierzyła, wszystko potoczyłoby się inaczej.
Kiedy wyszła ze szpitala, po pierwszej nocy spędzonej w rodzinnym domu, udała się do Rii. Musiała się dowiedzieć prawdy. Varren nie kłamał. Nigdy jej przecież nie okłamał. Dlaczego tamtego dnia mu nie uwierzyła? Z ciężkim sercem dotarła pod drzwi ich wspólnego mieszkania, ale nikogo nie zastała. Rianon zdążyła się wynieść, a Averyn uznała, że nie musiała pytać o nic więcej. Bo Varren nigdy nie kłamał.
W ciągu następnych dni usunęła Rię ze swojego życia, skupiła się na egzaminach końcowych i próbowała nie zadręczać tym, że Varrena zabrakło. Ale jej życie stało się nagle niesamowicie puste. Miała wrażenie, że było coś, czego nie zdążyła mu powiedzieć, a co koniecznie powinna. Nie widziała jednak wyjścia z tej chorej sytuacji. Nie potrafiła rozliczyć się z przeszłością.
Ale teraz miała ku temu okazję.
— Przepraszam — wyszeptała słabym głosem, starając się nie rozpłakać.
Varren drgnął, ale nie ruszył się z miejsca, przyglądając się jej jedynie kątem oka.
— Przepraszam — powtórzyła głośniej, walcząc ze ściśniętym gardłem. — Byłam taka głupia — powiedziała, zaciskając mocno dłonie.
Kiedy podniosła wzrok, młodszy Indari miał zamknięte oczy.
— Weź swój miecz — nakazał zmienionym, niskim głosem. — Masz egzamin do zdania, pokażę ci chociaż kilka wymachów — dodał już oficjalnym tonem. — Naprawdę wpadłaś na aż tak głupi pomysł, żeby nie brać? — zapytał, wstając powoli.
Averyn zmusiła się do uniesienia kącików ust w lekkim, nieco krzywym uśmiechu. Z perspektywy czasu nie wiedziała, czy ten pomysł był faktycznie tak dobry.
Tym bardziej, że z wyrazu twarzy Varrena nie potrafiła odczytać jakichkolwiek śladów aprobaty.

8 komentarzy:

  1. Aaa, jest nowy rozdział! <3 Od nadrobienia poprzednich, dosłownie codziennie wracam do powieści myślami, z niecierpliwością czekając na ciąg dalszy. Gdyby "Łzy Niewiernego" wpadły mi w ręce w postaci papierowej książki, niewątpliwie zarwałabym dla niej noc.

    Świetnie dobrana do rozdziału piosenka. Czytając początek, prawie się popłakałam.

    "— Zmienić, to ja ci mogę — warknął starszy Arane, przestając stukać długopisem. — Układ kości w dupie."

    Hmmm... a nie lepiej:

    "— Zmienić, to ja ci mogę — warknął starszy Arane, przestając stukać długopisem — układ kości w dupie."?

    Ale tak już o treści. WOW. Ale mi serce biło przez cały rozdział... Ciary! Sama scena batożenia. To odliczanie.
    — Raz.
    — Dwa.
    — Trzy.
    Świetny efekt.
    Coraz bardziej lubię Averyn. Zaskoczyła mnie tym zdaniem po dwudziestym. A zaraz potem kolejny szok — Kairn. Fajnie, że pokazałaś kawałek jego przeszłości. Ale to ta ostatnia rozmowa z Varrenem jest perełką. Rozmowa z młodszym Indarim. Rany. To takie... agrhrhdslcyy. "— Gratuluję awansu. (...) Averyn na pewno ucieszy się na wieść, że dostałeś go za dzisiejsze przedstawienie." Wracając do rozmowy — jeeej, w końcu gadają ze sobą w miarę szczerze. Oczywiście nie pozwoliłaś mi ochłonąć z zaskoczenia po wcześniejszych zwrotach akcji. "Naprawdę wpadłaś na aż tak głupi pomysł, żeby nie brać?" Podsumowując, jestem rozdziałem zachwycona. Nie wiem, co tu jeszcze chciałaś poprawiać :)

    To opowiadanie skradło mi serce. Rany. Życzę Ci dużo weny — tak egoistycznie, bo nie mogę się doczekać ciągu dalszego.

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, siema xD

      Den, próbuję się zmotywować do komcia :v
      on powstanie
      kiedyś

      Usuń
    2. Agato, oczywiście Twój zapis jest lepszy, wprowadzę wszelkie poprawki na dniach (dziś kompletnie nie mam czasu :P). Cieszę się, że Ci się podoba, naprawdę miło czyta się słowa pochwały! <3

      Sytiusz: póki co jest piękne haiku! xD Na razie wystarczy! :D (doceniam!)

      Usuń
  2. No elo :D.
    Dodałabyś ten rozdział do spisu treści :P.
    Wgl dostałaś moją odpowiedź na Twojego maila z rozdziałem? Czy coś się zlamiło? (Meh, wiem, że to było jakieś miljon lat temu, ale no xD)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dostałam! ...i zapomniałam odpisać! :'(

      Usuń
    2. Phi :c.

      No to Ci przekleję komcia z maila, bo widzę, że powtórzenia nadal mają się dobrze :D.

      "Nigdy wcześniej nie widział jej w tak żałosnym stanie. Nieważne, jak bardzo wcześniej Akademia ją łamała."

      "Była tak bardzo skupiona na odsłuchiwaniu numeru kolejnych batów oraz utrzymaniu świadomości, kiedy ból stawał się nie do zniesienia, że kiedy poczuła na plecach ostatnie uderzenie, po prostu wyrzuciła z siebie te słowa, do reszty opadając z sił. Nie straciła przytomności całkowicie, właściwie wydawało się jej, że słyszała ciche rozmowy i ktoś wziął ją na ręce, ale nie czuła się na siłach, by próbować cokolwiek rozszyfrować.
      Uchyliła ciężkie powieki, kiedy ból wracał"

      Piszesz ty następny rozdział? :P

      Usuń
    3. Borze. Inne powtórzenia to jeszcze, ale "kiedy" i "czuł" to chyba w każdym rozdziale.
      Chciałabym pisać, ale mam pierdylion referatów do porobienia. Tzn. teraz będę w domu, to pewnie trochę luzu i popiszę sobie. NOALE. Nie wiem, czy XI rozdział Ci wysyłałam? Bo gotowy jest, chyba ostatnio poprawiłam nawet. xD

      Usuń
    4. No widzisz, trza było poprawiać po mailu, a nie :D.
      XI nie wysyłałaś, ja jestem jeszcze na tym etapie, że u Nerci był :P.

      Usuń

Nie spamuj, bo Den ugryzie. Nie chcesz tego, prawda?

Obserwatorzy