wtorek, 12 kwietnia 2016

Rozdział IX – Kara

..... Ten rozdział powinien być dziewiątką, więc niniejszym go edytuję. Serio. Co ja mam z garem. Jeśli ktoś przeoczył poprzedni rozdział – zapraszam do lektury. :|

______________________________
Varren nie czuł się najlepiej po tej rozmowie. Dawno się tak nie uzewnętrznił, poza tym coś dziwnie zimnego przesunęło się wzdłuż jego przełyku, opadło na dno żołądka i tam już zostało. Nieprzyjemne uczucie niepokoju towarzyszyło mu teraz z każdą chwilą. Nie potrafił opędzić się od przekonania, że powiedział Averyn zdecydowanie za dużo.
Nie tak miało to wyglądać.
Widział przecież, jak łzy zebrały się w jej oczach. Kiedy wreszcie dostał się do Akademii, wszystko sobie ułożył. Chciał, by go znienawidziła, żeby było mu łatwiej doprowadzić do końca to, co z takim trudem zaplanował i przygotował, zanim tu przyszła. Ale wszystko się posypało.
Ukrył twarz w dłoniach, następnie wsunął je we włosy, przeczesując przydługą grzywę oraz zamykając zmęczone oczy. Syknął, kiedy ból w lewym boku stał się mocniejszy. Upił jeszcze łyk wódki, a potem rzucił butelką o ścianę i krzyknął z bezradności. Zacisnął drżące palce i odetchnął głębiej, próbując nie ryknąć kolejny raz.
Zamarł, słysząc pukanie do drzwi. Podziękował sobie w duchu, że naczynie rozbił za biurkiem.
— Wejść — nakazał zachrypniętym głosem.
W drzwiach pojawił się posłaniec. Skłonił lekko głowę, zanim się odezwał:
— Indari Ilvan zaprasza pana do siebie. Chodzi o ostatnie zadanie.
Varren skinął na niego krótko, po czym machnął ręką, odwołując chłopaka.
Oczywiście, że Ilvan musiał wezwać go w sprawie Hetiel. W końcu starszy Arane ledwo uszedł z życiem, na ulicach Dairen doszło do poważnej strzelaniny – Varren nie wiedział nawet, czy ludzie Hetiel kogoś nie postrzelili w czasie pościgu – a ponadto, kiedy wpadł do metra, uznał, że jedynym sposobem na pozbycie się ogona będzie zawalenie wejścia. Nie miał pojęcia, czy sypiący się strop kogoś nie przygniótł. Ból po kilku postrzałach sprawił, że nie potrafił ocenić ilości mocy, jaką włożył w magiczny pocisk. Po efektach widział jednak, że mógł trochę przesadzić. Ratowało go to, że twarz skrywał cały czas pod kapturem. Nie miał jednak stuprocentowej pewności, że jakaś kamera nie była ustawiona akurat tak, by zrobić dobre ujęcie.
Nie mógł chować głowy w piasek. Im dłużej będzie zwlekał, tym więcej da Ilvanowi powodów do niepotrzebnych insynuacji. Wstał więc i z kieszeni spodni wyciągnął opakowanie miętówek, wychodząc z gabinetu, który zaraz zamknął na klucz. Tego by tylko brakowało, by Najwyższy wiedział, że od czasu do czasu pozwalał sobie wypić.

Kairn zmrużył oczy, opadł na podłogę przed biurkiem wykładowcy i wskazał Averyn miejsce przed sobą. Kiedy sama siadała, on skrzyżował nogi oraz wyprostował plecy, odetchnął głęboko, a potem spojrzał na dziewczynę przeszywająco.
— Skup się — poradził. — Za pierwszym razem jest ciężko. Później stanie się naturalne jak oddychanie — oznajmił spokojnym głosem. — Wiesz już, gdzie znaleźć swoją moc — przypomniał. — Ułóż ręce na kolanach, potem sięgnij do źródła energii — polecił. — Możesz zamknąć oczy. — Widząc, że dziewczyna skupiła się i powoli robiła to, o co ją prosił, instruował ją dalej: — Złap nieduży fragment. Wyciągnij na zewnątrz, przez dłonie.
Averyn zamknęła oczy, sięgając w głąb siebie, próbując chwycić magiczną mgiełkę, ale ta zwyczajnie przedzierała się między palcami, umykając przy każdej próbie pochwycenia. Czuła, jak jej brwi mimowolnie drgnęły, kiedy zmarszczyła czoło. Starała się opanować uczucie irytacji, ale nie potrafiła. Kairn z pewnością to zauważył, bo niespodziewanie złapał jej dłonie, ściskając je lekko.
— Spokojnie. Masz się skupić, nic na siłę. Jeszcze raz, rozluźnij się, pomyśl o czymś przyjemnym — zalecił jej. — Odetchnij głęboko, już?
Kiwnęła głową. Uścisk dłoni Kairna osłabł. Trzymał jej palce jeszcze przez chwilę, następnie odsunął ręce. Averyn, zgodnie z jego radą, wciągnęła haust powietrza i wypuściła je powoli. Rozluźniła mięśnie, zgięła oraz lekko rozprostowała palce, a potem raz jeszcze odszukała źródło energii.
Tym razem podeszła do zadania inaczej. Nie próbowała złapać mocy tak, jakby łapała sznur. Spróbowała w wyobraźni nabrać ją tak, jakby robiła to z wodą. Ale i wtedy energia uleciała między palcami.
— Nie umiem — mruknęła zrezygnowana, otwierając oczy.
Kairn wpatrywał się w nią uważnie, marszcząc lekko czoło. Westchnął powoli, zamyślił się, złączając ręce pod brodą i opierając na nich głowę, a potem przymknął powieki. Za moment jednak się ożywił oraz uśmiechnął szeroko.
— Pomogę ci — zaproponował wesoło. — Daj ręce.
Posłusznie wysunęła dłonie, które młodszy Arane złapał w lekkim uścisku. Ponownie zamknęła oczy, próbując się skupić na energii. Kiedy kolejny raz starała się ją pochwycić, poczuła łaskoczące ciepło wewnątrz dłoni. Zaskoczona spojrzała na niego, ale nie ruszyła się, nie chcąc go niepokoić.
Na ich złączonych palcach pojawił się nieduży płomień. Nie parzył jej skóry, nie wyglądało też na to, by miał sprawiać krzywdę mężczyźnie, na którego Averyn spojrzała ukradkiem. Młodszy Arane w skupieniu kontrolował sytuację. Usta miał lekko rozchylone, a na czole rysowała się nieduża zmarszczka, kiedy koncentrował się na tym, by przywołać płomień.
Zamknęła ponownie oczy i jednym pewnym ruchem chwyciła pasmo energii. Kairn poruszył się niespokojnie, ale nie odsunął. Zamiast tego zaśmiał się cicho. Obszar ciepła wewnątrz ich dłoni powiększył się znacznie, dlatego Averyn nieśmiało spojrzała na ich złączone ręce. Dopiero wtedy Kairn zdecydował się odsunąć. Płomień, ku jej zaskoczeniu, pozostał na czubkach palców. Z kolei ten, który przywołał mężczyzna, rozpłynął się nad jego opuszkami, znikając całkowicie.
— Teraz trudniejsza część — oznajmił poważnie. — Musisz cały czas pilnować swojej energii. Podobnie jak przy leczeniu, tutaj też twoja moc może za bardzo popłynąć. Uwierz mi, spalenie się żywcem jest najmniej nieprzyjemną opcją.
Nie chciała pytać o to, co mogło okazać się gorsze. Miała jednak wrażenie, że całkowicie panowała nad tym, co działo się na dłoniach. Po chwili poczuła lekkie ukłucie paniki, gdy płomień, zupełnie bez jej zgody, urósł. Ogień przez moment zapiekł ją boleśnie. Syknęła, próbując strącić go ze skóry, ale pozostał na miejscu.
— Opanuj go. — Głos Kairna stał się nagle surowy i chłodny. — Narzuć mu swoją wolę!
Przypomniała sobie wściekłość, jaka ogarnęła ją, gdy została zaczepiona przez grupę Ren. W jednej chwili stłamsiła płomień. Młodszy Arane już otwierał usta, chcąc ją pochwalić, ale ogień zniknął, a na jego miejscu pojawiła się czysta energia. Averyn poczuła panikę napierającą na pierś, odbierającą oddech oraz zdolność trzeźwego myślenia. Otworzyła szerzej oczy i wciągnęła szybko powietrze, spoglądając ze strachem na Kairna.
— Przerwij to natychmiast — polecił twardo, ale jej nie oszukał.
Słyszała ukrytą w głosie wątpliwość, przez co sama przeraziła się jeszcze bardziej.
Biała poświata otoczyła jej dłoń, następnie przesuwała się wyżej. Averyn jęknęła w szoku, nie potrafiąc wydać z siebie bardziej zrozumiałego dźwięku, kiedy przestała czuć palce, a potem całe przedramię.
— Dość! — ryknął Kairn.
Niespodziewany cios spadł na jej szczękę. Zamroczyło ją mocno. Nawet nie poczuła, kiedy upadła na plecy. Gdy ciemność przeplatana jasnymi rozbłyskami opadła, poczuła tępy ból w potylicy oraz ręce mężczyzny zaciskające się na jej szyi. Młodszy Arane siedział nad nią okrakiem, oddychając przy tym ciężko. Sama Averyn szybko straciła dech i ze strachem wpatrywała się w Kairna. Dopiero gdy zauważyła, że zaciskała na jego przegubach palce, do krwi wbijając paznokcie w skórę, odpuściła, pozwalając ramionom z plaśnięciem opaść na podłogę.
Puścił ją, na początku na tyle, by mogła złapać oddech. Kiedy nie zaatakowała, usunął ręce całkowicie, a potem podniósł się, pomagając przy tym wstać Averyn.
— Nie rób tego nigdy więcej — powiedział drżącym głosem. — Nigdy — powtórzył, ocierając perlący się na czole pot.
— Nie wiem nawet, co zrobiłam — mruknęła, opuszczając wzrok. — Przepraszam, nie chciałam. Naprawdę — zapewniła go słabo, po czym kucnęła, czując nieprzyjemne zawroty głowy. — Jestem beznadziejna — fuknęła, zaciskając oczy oraz zamykając pięści na włosach.
— To nie tak — oznajmił Kairn spokojniejszym tonem i odetchnął, przecierając twarz.
Zaleczył drobne ranki po paznokciach, strzepnął ręce i spojrzał w sufit, zaciskając mocno usta.
— Wściekłość naprawdę nie jest dobrym doradcą, Averyn — powiedział cicho. — Żadne silne emocje nie są — dopowiedział, z powrotem przenosząc na nią spojrzenie. — Nie zwrócisz uwagi. Energia, podsycana twoją wściekłością, bezradnością, nienawiścią wypali w tobie wszystko — zakończył ponuro, wzruszając ramionami. — A kiedy już ją okiełznasz, nie zostanie w tobie nic, co warto by ratować. To życie pełne bólu i strachu. Uwierz mi, nie chcesz takiego.
Uśmiechnął się, ale jego oczy pozostały pełne smutku i żalu.
— Takich nazywamy tu „wyczerpanymi” — wyjaśnił gorzko. — Poznałaś już jednego. — Wskazał na siebie teatralnie, a jego uśmiech stał się ironiczny.
— Ja… nie wiedziałam, ale jak?
Machnął ręką, zbywając to pytanie.
— Długa historia. Nie mamy na nią czasu. Przywołaj ogień jeszcze raz — polecił już normalnym głosem.
Posłusznie wykonała polecenie. Tym razem skupiła się na tym, by płomień nie wydostał się spod jej panowania. Pozwoliła mu urosnąć, następnie szybko, kiedy tego zechciała, zmalał. Odwołała go i przywołała raz jeszcze, spoglądając na Kairna oraz szukając jego aprobaty. Kiwnął krótko głową, po czym wydał kolejne polecenie:
— Teraz ukształtuj kulę i ciśnij nią we mnie — nakazał.
Jak miała to zrobić? Spojrzała na dłoń. Może powinna zmusić ogień do tego, by zebrał się w jednym miejscu? Siłą woli nakazała, by płomienie skondensowały się pośrodku. Powoli dokładała więcej i więcej mocy, aż uznała, że kula osiągnęła odpowiednią wielkość. Wszystko działo się na każde jej skinienie. Kształtowała magię. Sięgała po swoją energię. Teraz musiała tylko zmusić ją, by nabrała prędkości oraz poleciała w stronę Kairna. Averyn posłała mu ostatnie spojrzenie, zanim skupiła się na tym, by ognisty pocisk pomknął w jego stronę. Młodszy Arane uśmiechnął się nieznacznie, a potem z łatwością odbił sunący płomień. Magiczna kula pomknęła w głąb sali, rozpływając się w powietrzu.
— Zdałaś egzamin — powiedział Kairn, uśmiechając się lekko. — Teraz przejdziemy do czegoś trudniejszego.

— Indari.
Varren zwrócił się do Najwyższego, dając znak, że przybył na jego wezwanie. Ilvan podniósł powoli głowę, odgarniając długie włosy za ramię, tak, by mu nie przeszkadzały. Przez chwilę obaj mierzyli się spojrzeniami. Tym razem Naharev nie dał jednak za wygraną i w spokoju zniósł przeszywający wzrok.
— Usiądziesz? — zaprosił go Najwyższy.
W odpowiedzi starszy Arane skłonił jedynie głowę, zajmując wskazane mu miejsce. Ilvan mało kiedy przyjmował kogokolwiek w swoim gabinecie. Varren miał wrażenie, że w ogóle nieczęsto z niego korzystał. Porządek, jaki panował na masywnym biurku, wydawał się wprowadzać do pomieszczenia atmosferę sterylności. Mężczyzna trochę zaniepokoił się, że tym razem nie wezwał go z powodu raportów, ale zadania. Coś musiało pójść nie po jego myśli. Biorąc pod uwagę to, w jaki sposób wykonał tamtą misję, wszystko mogło pójść nie tak.
— Jak tam Averyn?
To pytanie zbiło go z tropu. Miał jedynie nadzieję, że nie dał po sobie zauważyć, jak bardzo.
— W porządku. Robi postępy — skłamał powoli.
— Czyżby? Dostałem dokumentację medyczną od medyka Naira. Ciekawa lektura — powiedział, układając dłoń na stercie papierów.
Varren milczał. Nie uzgodnili z Nairem wspólnej wersji. Był niemal stuprocentowo pewny, że Ilvan nie zainteresuje się tą dokumentacją. Nigdy się nie interesował. Dopóki wszystko działało, jak należy, nie wciskał nosa tam, gdzie nie było to konieczne. Arane już chciał coś wydusić, ale Najwyższy odezwał się ponownie:
— Nair napisał tu, że musiał poprawić dziewczynie kamień, czy to prawda? — zapytał.
Naharev nie mógł być pewny, czy Ilvan w tym momencie nie chciał zabawić się jego kosztem. Varren trzymał przy sobie broń, ale nie sądził, by był w stanie wystąpić przeciwko Indari. Nie wiedział, na ile opowieści o jego sile były prawdą, a na ile bajką, ale jeszcze nikt po bezpośrednim starciu z nim nie wyszedł żywy, dlatego wolał nie ryzykować.
— Tak — potwierdził w końcu, modląc się, by zimny pot lada chwila nie sperlił się na jego czole.
— Źle go wszczepiłeś? — drążył nadal.
— Nie ma takiej opcji, Indari — odparł pewnie. — Jestem przekonany, że taka sytuacja wyniknęła ze starcia Averyn z Derenem. Kamienie po wszczepieniu są podatne na przemieszczenia i…
— Wiem, na co są podatne, Varren — przerwał mu ostro. — Pracowałem z nimi, kiedy ty uganiałeś się jeszcze za spódniczkami.
— Oczywiście — wydusił tylko.
Zacisnął pięści, błagając, by nie poruszył kwestii tego, że inny kamień zniknął akurat w tym samym czasie. Mógł jedynie mieć nadzieję, że Kairn wszystko załatwił.
— To sensowne wyjaśnienie — zgodził się mimo wszystko Indari i Varren poczuł, jak niewidzialny ciężar spadł mu z ramion. — Ale nadal nie jestem przekonany co do jej postępów.
— Poleciłem Arane Kairnowi, by poszerzył jej wiedzę z zakresu magii. Oraz Nairowi, by douczył ją medycyny. Averyn szybko się uczy. Braki w walce wręcz nadrobię z nią osobiście. Zacznę jeszcze tego wieczoru — zapewnił go. — Przygotuję ją do ostatniego egzaminu. Będzie najlepsza, Indari. Ręczę za to swoją głową.
Ilvan uśmiechnął się paskudnie. Zaraz potem oparł zgięte w łokciach ręce na blacie biurka i ukrył twarz za splecionymi palcami.
— To odważne słowa, Varren — upomniał go.
— Wiem — zgodził się. — Będzie najlepsza. Nie martwię się o swoje życie.
Tym razem to on się uśmiechnął. Ilvan kiwnął z uznaniem głową.
— Co do twojego ostatniego zadania… — Najwyższy sięgnął do innego stosu dokumentów, ściągając z wierzchu plik kartek.
Sigmo, dzięki ci, pomyślał Varren, kiedy Indari w końcu zmienił temat.
— Musiałem przekupić urząd miasta, żeby skasowali dwa nagrania, na których widniała twoja twarz — poinformował go oschle. — Potrącę to z twojej pensji.
— Mogłem wykonać to zadanie lepiej — przyznał pokornie.
— Och, nie przesadzaj — zaśmiał się Ilvan. — Zadanie było trudne. Wiedziałem, że Hetiel będzie mieć sporą obstawę, dlatego posłałem mojego najlepszego człowieka.
— Schlebiasz mi, Indari.
Varren pochylił głowę, uśmiechając się nieszczerze.
— Powinienem dać ci zapłatę za pozbawienie pani senator życia…
— Nie mogę jej przyjąć — wtrącił się, kiedy Ilvan podał mu plik banknotów. — Powiedziałem, że oddam swoją kolejną wypłatę za straty, jakie ponieśliśmy przez śmierć Derena i słowa dotrzymam — powiedział.
Najwyższy uśmiechnął się szeroko.
— Myślę, że za to, jak bardzo cię poturbowali, należy ci się — nalegał Ilvan. — Widzę przecie, że kulejesz.
— To chwilowe. Poza tym wykonywałem już trudniejsze zadania — zapewnił go, wzruszając ramionami. — Wiem, jakie jest ryzyko.
— Mimo to się go podejmujesz.
— Mimo to — zgodził się.
Indari odłożył plik banknotów na biurko, a potem przyjrzał się Varrenowi spod na wpół przymkniętych powiek.
Naharev nie miał pojęcia, dlaczego tak się działo, ale ta rozmowa szła mu wyjątkowo dobrze. Może to zasługa wódki, której łyknął przed przyjściem?
— Czasem żałuję, że nie miałem syna takiego jak ty — oznajmił nagle Ilvan.
Cóż. Varren zdecydowanie nie spodziewał się takiego wyznania. Nie miał pojęcia, co powinien powiedzieć. Nie sądził, że spotka go taki zaszczyt. Ostatecznie postanowił milczeć. Nic, co teraz by powiedział, nie byłoby odpowiednie.
— Podejmijmy temat twojego awansu — powiedział powoli Indari. — Niedługo udaję się w dłuższą podróż. Chciałbym załatwić to przed tym wyjazdem, bo będziesz mi tu potrzebny jako moja prawa ręka — powiedział.
— Na rozkaz, Indari.

Kiedy dotarła na plac treningowy, Varren jeszcze się nie pojawił, dlatego zatrzymała się pod zadaszeniem. Tego wieczoru nie dość, że nadal lało, dodatkowo było naprawdę zimno. Oparła się o kolumnę podtrzymującą niewielki daszek i przymknęła oczy, czując zmęczenie ogarniające powoli całe ciało. Wszystko się posypało. Gdyby nie to, że najpierw przez własną lekkomyślność trafiła do izolatki, a potem przez głupi przypadek na dwa dni pod opiekę Naira, jej trening wyglądałby inaczej. Jutro miała iść na ostatnie zajęcia i przez dwa kolejne dni ćwiczyć z Varrenem.
— Averyn. — Usłyszała szorstki głos przełożonego i uchyliła ciężkie powieki. — Nie śpij.
— Nie śpię — mruknęła sennie.
— Przecież widzę — żachnął się, a potem pokręcił głową oraz przewrócił oczami. — Chodź, przestało padać.
Powoli odepchnęła się od słupa, z zaskoczeniem zdając sobie sprawę, że deszcz faktycznie ustał, choć gdzieś w oddali dało się słyszeć pojedyncze grzmoty. Powietrze przyjemnie pachniało wilgocią, a ziemia nadal była błotnista. Averyn trochę obawiała się tego, że nie da rady poruszać się po takim terenie, z kolei Varren nie wyglądał na przejętego.
— Jesteś leworęczna, więc jeśli będziesz walczyła obiema rękoma, lewą rękę zawsze musisz trzymać pod jelcem — oznajmił, nawet na nią nie patrząc. — Wiesz, gdzie jest jelec? — zapytał dla pewności, dopiero teraz posyłając jej nieco niepewne spojrzenie.
— Znam budowę miecza, Varren. Nie wagarowałam na historii — powiedziała, pozwalając sobie na lekki uśmiech, który mężczyzna blado odwzajemnił.
— Dobra, lewa pod jelec. Prawa na głowicę miecza, jeśli nabijesz kogoś na czubek ostrza — poinstruował, biorąc jedno z treningowych ostrzy i na lekko ugiętych nogach pchnął sztychem w powietrze. — W ten sposób robisz dźwignię, widzisz? — powiedział, naciskając ręką na głowicę, unosząc przeciwległy koniec ostrza.
Wyprostował się i syknął cicho, najpewniej z bólu. Averyn udała, że tego nie zauważyła.
— Przy cięciach obie ręce blisko siebie — oznajmił, pokazując odpowiedni chwyt. — Dźwignia nie ma tu żadnego zastosowania. Właściwie tylko cię spowolni. Spróbuj mnie uderzyć — nakazał.
Averyn, zgodnie z jego instrukcjami, złapała odpowiednio miecz, ale nie zaatakowała.
— Coś nie tak?
— Dziwnie mi się go trzyma — mruknęła, nieco nieporadnie sterując bronią.
— Spróbuj złapać odwrotnie, może będzie wygodniej — polecił.
Tak też zrobiła i pierwszy wymach w powietrzu był zdecydowanie pewniejszy oraz płynniejszy. Varren ustawił się ponownie, czekając na jakikolwiek cios. Averyn starała się nie zwracać uwagi na to, jak jego twarz wykrzywiała się w chwilach bólu.
Złapała mocniej rękojeść i nieznacznie uniosła ostrze, tnąc z prawej. Starszy Arane bez problemu odbił cios, po czym sparował kolejny, kiedy ostrze sunęło w jego stronę, tym razem z dołu.
— Przyglądaj się temu, jak paruję twoje ataki — nakazał.
Wyprowadziła jeszcze kilka ciosów i, ku jej zaskoczeniu, Varren bez ostrzeżenia przeszedł do ofensywy. Ciął z boku jednym szybkim ruchem, jego ostrze zderzyło się jednak z zastawą miecza Averyn, następnie zsunęło się do sztychu. Zaskoczona dziewczyna nie zdążyła przygotować się na kolejny atak. Czuła, że nadchodził, wiedziała, z której strony mężczyzna miał zaraz ciąć, ale nie była dość szybka.
Ostrze wgryzło się w materiał munduru, rozcinając go na ramieniu, a potem przecięło skórę i weszło głęboko w ciało. Averyn krzyknęła z bólu, niemal upuszczając broń, ale uniosła spojrzenie na tyle, by widzieć, jak Varren wyrywa wysoko swój miecz, mierząc kolejne cięcie.
Z przerażeniem osłoniła ostrzem prawe ramię. Cios Nahareva spadł na sam środek głowni i był tak silny, że Averyn czuła, jak Varren napierał na jej broń, zmuszając do tego, by w końcu sama zraniła się własną bronią. Ból przeszył bark, a ciepła krew spłynęła po jej ręce.
I wtedy coś w niej pękło.
Całą siłą naparła na miecz starszego Arane, wkładając w ten ruch swoją wściekłość. Varren zdziwił się, kiedy Averyn nie dość, że znacznie wyprostowała nogi, w dodatku zdołała ostatecznie odbić jego miecz. Chciał wymierzyć kolejny cios, ale z zaskoczeniem ledwie zdążył osłonić się przed atakiem dziewczyny. Potem sam przeszedł do ataku, ignorując ból rozchodzący się z boku klatki piersiowej, i zmusił Averyn do obrony. Przez jakiś czas wymieniali ciosy, dopóki Varren nie zdecydował się wyprowadzić następnego poważniejszego natarcia. Averyn tym razem przyspieszyła, poprawnie przyjmując cios, który zsunął się po mieczu niemal do samej ziemi. Już miał go unieść, zdążył napiąć mięśnie, ale zamroczyło go, kiedy kopniak sięgnął jego twarzy. Varren zatoczył się, wsparł na moment o własny miecz i chciał osłonić się przed ewentualnym ciosem, jednak Averyn stała w bezruchu, oddychając ciężko. W prawej ręce trzymała miecz, lewą uciskała krwawiący bark.
Opadła na kolana, opuszczając głowę oraz odrzucając ostrze. Skupiła się na ranach, które szybko zamknęła. Tej na ramieniu poświęciła więcej uwagi, bo była głębsza, ale potem jeszcze odetchnęła głęboko i uniosła wzrok.
Varren, idąc w ślad za nią, sam opadł kolanami w błoto i złapał oddech. Potem spojrzał na nią oraz parsknął cichym śmiechem. Adeptka to odwzajemniła, nie dowierzając trochę w absurdalność tej sytuacji. Po chwili śmiali się oboje. Averyn przez moment poczuła się tak, jakby przed chwilą obrzucali się śnieżkami i teraz, zmęczeni, klęczeli w głębokim śniegu. Zaraz jednak coś boleśnie ścisnęło jej gardło i śmiech się urwał. Nie było śnieżek, nie było śniegu. Nadal znajdowali się w Akademii, a ona miała przygotować się do pozbawienia Dimy życia.

Rozstali się w dziwnej atmosferze. Varren powiedział chłodno, że mogła odmaszerować, zapalił papierosa i odwrócił się do niej plecami. Zdecydowanie unikał przy tym kontaktu wzrokowego oraz czekał na placu, aż odejdzie, bo nie chciał wracać w jej towarzystwie.
Była tak brudna, że ten jeden raz postanowiła skorzystać ze wspólnego prysznica. W tej chwili nie robiło jej różnicy, czy jakaś dziewczyna zobaczy ją nagą, czy nie. Kiedy się umyła, stała jeszcze przy ścianie, opierając się o nią ręką. Ciepła woda spływała po ciele, kojąc obolałe mięśnie. Gdzieś z boku usłyszała cichą rozmowę, a potem, jak wymawiano jej imię. Zamknęła na moment oczy, zakręciła kurek z wodą i ruszyła w stronę wyjścia. Zignorowała pchnięcie w ramię, kilka słownych zaczepek oraz to, jak jedna z adeptek splunęła jej pod nogi.
Gdy w końcu przechodziła korytarzem, w oddali usłyszała krzyki oraz odgłosy szamotaniny. Kiedy zbliżyła się na tyle, by spostrzec regularną bójkę, zdecydowała, że ją ominie, przechodząc przez plac apelowy i wchodząc do budynków mieszkalnych z drugiej strony. Wolała nawet nie zbliżać się do źródła konfliktu. W końcu obiecała Varrenowi, że będzie unikała kłopotów. Najlepiej, jeśli uda, że niczego nie widziała i po prostu pójdzie swoją drogą.
Chłodne, wieczorne powietrze sprawiło, że zadrżała na całym ciele. Objęła się ramionami i potarła mocno, chcąc poczuć trochę ciepła. Zauważyła, że od strony bramy biegło kilku strażników. Bójka musiała być naprawdę poważna, skoro oddelegowano do jej stłumienia nawet strażników z bramy. Przebiegli obok, rzucając jej uważne spojrzenia, ale najwyraźniej uznali, że nie była zamieszana w walkę.
Averyn odetchnęła z ulgą, ciesząc się z uniknięcia kłopotów. Odczekała jeszcze chwilę, chcąc mieć pewność, że nikt nie pomyli jej z ewentualnymi uciekinierami, próbującymi wydostać się poza zasięg pacyfikatorów. Już miała iść do swojego pokoju, kiedy zobaczyła, jak przez drzwi, którymi chwilę temu wchodzili strażnicy, wybiegła ciemnowłosa dziewczyna. Spojrzała z przerażeniem na zaskoczoną Averynzatrzymała się ledwie na ułamek chwili, a potem sprintem rzuciła się w stronę bramy.
Coś boleśnie ścisnęło jej płuca, kiedy przyglądała się uciekającej adeptce. Miała wrażenie, że nie powinna tego widzieć. Natychmiast ruszyła przed siebie, zmuszając się do szybkiego kroku, ale niespodziewanie została zatrzymana, gdy ktoś zacisnął dłoń na jej ramieniu.
— Wybierasz się gdzieś? Nie myśl, że nie widziałam biegnącej dziewczyny.
Averyn odwróciła się powoli, nie bardzo rozumiejąc tę sytuację. Przecież nie uciekała. Spojrzała na kobietę stojącą przy drzwiach. Pierwszym, co rzuciło się w oczy adeptki, był szary płaszcz. Młodsza Arane Livia.
— Wracam spod prysznica — wyjaśniła powoli. — Mam mokre włosy — powiedziała, jakby nie było to oczywistym faktem.
— Myślisz, że to jakiekolwiek wyjaśnienie? — zapytała Livia, zakładając ręce na piersi i uśmiechając się pobłażliwie. — Może jesteś jej wspólniczką?
— Nie próbowałam zbiec — powiedziała Averyn, siląc się na spokój.
Miała wrażenie, że ta sytuacja stawała się coraz bardziej absurdalna. Przecież nie chciała uciec. Dopiero co trenowała z Varrenem. Owszem, przez moment lub dwa pomyślała o tym, by rzucić się za dziewczyną, ale wiedziała, że Ilvan znalazłby ją na krańcu świata.
— Widziałaś, jak strażnicy zeszli z bram. Wyglądasz na kogoś, kto mógłby spróbować szczęścia. Zabiorę cię do twojego opiekuna, on zdecyduje, co z tobą zrobić.

Varren miał zamiar udać się do swoich kwater. Czuł się zmęczony jak chyba jeszcze nigdy. Nie wiedział, kto o tej porze mógł zakłócać mu spokój. Był pewny, że Eremtair zajmie się bójką na korytarzu. Co prawda lało się tam wielu gówniarzy, ale sytuacja była jak najbardziej do opanowania. Może ktoś zginął?
— Wejść.
Zamarł, kiedy drzwi się otworzyły, wpuszczając do środka najpierw zakrwawioną Averyn, a zaraz potem Livię. Dziewczyna upadła na kolana, mocno pociągając nosem, z którego ciekła czerwona wydzielina. Poza tym rozbito jej łuk brwiowy, krew zalewała prawe oko, lewe zaś miała tak obite, że lada chwila mogło napuchnąć, ograniczając pole widzenia.
— Złapałam ją, kiedy próbowała uciec razem ze swoją wspólniczką — poinformowała oschle młodsza Arane. — Ta, która zbiegła, nie przeszła jeszcze ostatniego testu. Nie ma więc namiaru.
Averyn miała ochotę zapaść się pod ziemię, kiedy Varren mierzył ją przepełnionym wściekłością wzrokiem. Przecież obiecała mu, że nie wpakuje się w żadne kłopoty. Starała się nawet ich unikać. Całkiem dobrze jej szło.
— Powiadomiłam już Indari Ilvana. Będzie tu lada chwila.
Naharev przeniósł spojrzenie na nadal mówiącą Livię. Ścisnął usta w wąską linię. Averyn była niemal stuprocentowo pewna, że pod biurkiem zaciskał również pięści.
— Co z nią zrobisz? — zapytała jeszcze, z trudem ukrywając radość pobrzmiewającą w głosie.
Ponownie przeniósł wzrok na adeptkę. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, ale do jego gabinetu niespodziewanie wszedł Ilvan.
— Żądam wyjaśnień — powiedział jedynie, spoglądając na klęczącą dziewczynę.
Varren zamarł w bezruchu z lekko rozchylonymi ustami, kiedy Livia postanowiła się wtrącić:
— Przyłapałam ją, kiedy, korzystając z nieobecności wartowników przy bramach, postanowiła uciec — oznajmiła dumnie.
— To prawda? — Indari zwrócił się bezpośrednio do Varrena.
Ten odetchnął ciężko i podbródkiem wskazał na Averyn.
— Właśnie miałem ją o to pytać. Próbowałaś uciec?
— Nie, Arane — odpowiedziała pewnie, choć jej głos był przesiąknięty bólem.
— Łże — warknęła Livia. — Widziałam, jak szła za swoją wspólniczką. Umówiły się.
— Nie miały kiedy — przerwał jej Varren, wstając gwałtownie. — Averyn wcześniej znajdowała się pod opieką Naira, później ćwiczyła z Kairnem. Resztę wieczoru spędziła ze mną. W trakcie tego zdarzenia wracała z treningu.
— Dość! — ryknął Ilvan.
Oboje spojrzeli na niego, adeptka tylko mocniej się skuliła.
— To nadal słowo przeciw słowu — podjął Najwyższy.
— Nie mam podstaw, by nie wierzyć swojej podopiecznej — oznajmił twardo Varren. — Nie widzę też przeszkód, by wymierzyć jej karę, jeśli to zadowoli Arane Livię — warknął, spoglądając na nią z nienawiścią.
Gdyby spojrzenie mogło zabijać, Naharev wcale nie mordowałby właśnie Livii. Robiłby bowiem wszystko, byle cierpiała, nie wyzionąwszy przy tym ducha.
— Jaką karę zatem proponujesz? — zapytał zainteresowany nagle Ilvan.
Varren zerknął na sponiewieraną dziewczynę.
Znaleźli się w naprawdę trudnej sytuacji. Jeśli przesadnie by jej bronił, Indari zacząłby coś podejrzewać. Jeśli za bardzo ją ukaże, przywrócenie Averyn do zdrowia do czasu ostatniego egzaminu i treningi z nią stanęłyby pod dużym znakiem zapytania. Nair naprawdę potrafił czasem zdziałać cuda. Problem w tym, że ostatnio Varren znacznie nadwyrężył jego życzliwość oraz wytrzymałość.
Oczywiście zdawał sobie sprawę z tego, że Livia wszystko ukartowała, a Averyn musiała znaleźć się w nieodpowiednim miejscu i czasie, ale nie mógł pozostać bierny. Poza tym, gdyby pozwolił Livii na samosąd, z pewnością nie puściłaby dziewczyny z życiem.
— Averyn. Powiedz mi, czy widziałaś twarz uciekającej dziewczyny? Wiesz, kto to był? — zapytał jeszcze, wpadając na możliwy do zrealizowania pomysł.
— Widziałam twarz — potwierdziła rekrutka. — Widziałam ją chyba na zajęciach.
Varren spojrzał na Ilvana.
— Proponuję czterdzieści batów — powiedział, a Averyn aż wciągnęła ze świstem powietrze, niemal się nim dławiąc. — Chyba że wyda uciekinierkę. Wtedy zejdziemy do dwudziestu.
Kiedy Indari kiwnął głową, wiedział już, że wygrał tę sprawę.
— To rozsądna kara. Myślę, że może wymierzyć ją Livia, skoro przyłapała ją na, jak sama twierdzi, próbie ucieczki — zakończył sprawę Ilvan. — Jutro o świcie, zwołamy apel.
Varren uśmiechnął się gorzko. Tak. Indari zawsze liczył na widowisko. Dał mu to, czego chciał. Spojrzał na Livię, która nie wiedziała, czy powinna być zadowolona z takiego obrotu spraw. Z pewnością liczyła na to, że uda się jej wsypać zarówno starszego Arane, jak i jego podwładną.
Póki co musiała zadowolić się taką nagrodą.
— Zostawiam ją pod twoją opieką — warknęła, wychodząc za Najwyższym.
Averyn nie odważyła się podnieść głowy nawet wtedy, gdy drzwi zatrzasnęły się, zostawiając ją i Varrena samych w pomieszczeniu. Usłyszała tylko, jak mężczyzna z głębokim westchnieniem opadł na krzesło, by zaraz sięgnąć po papierosa, a potem czym prędzej go zapalić.

— Ja pierdolę — mruknął jedynie słabym głosem.

6 komentarzy:

  1. Nie wiem, gdzie powinienem o tym napisać, ale chciałem tylko powiedzieć, że jestem cichym czytelnikiem i od czasu do czasu tu zaglądam. :3 Dodałem twój blog do polecanych u siebie na głównej i uznałem, że powinnaś o tym wiedzieć. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Ej to dla mnie zaszczyt się tu znaleźć, serio, dzięki! :3
    Oj, zaległości się narobiły na blogaskach. D:

    OdpowiedzUsuń
  3. Meh, no nie, ostatni… I co ja będę robić w pracy? :P

    „ potem cisnął butelką o ścianę i krzyknął z bezradności. Zacisnął
    „ale ta zwyczajnie przedzierała się między jej palcami, umykając przy każdej próbie pochwycenia. Czuła, jak jej brwi mimowolnie drgnęły, kiedy zmarszczyła czoło. Starała się opanować uczucie irytacji, ale nie potrafiła. Kairn z pewnością to zauważył, bo niespodziewanie złapał jej dłonie, ściskając je lekko.”
    „trochę zaniepokoił się tym, że tym razem”
    W ten sposób robisz dźwignię, widzisz? — powiedział, naciskając ręką na głowicę, unosząc w ten sposób
    „Zdecydowanie unikał przy tym jej spojrzenia oraz czekał na placu, aż odejdzie, bo nie chciał wracać w jej towarzystwie.”
    „najwyraźniej uznali, że nie była zamieszana w walkę. / Averyn odetchnęła z ulgą, ciesząc się, że uniknęła kłopotów. Odczekała jeszcze chwilę, chcąc mieć pewność, że nikt”
    „Nie ma wiec namiaru.” – więc
    „kiedy Varren mierzył ją ciemniejącymi z wściekłości oczami” – mierzyć kogoś wzrokiem, tak, ale oczami? :P
    „Indari zwrócił się bezpośrednio do Varrea.” – Varrena :P
    Czy na końcu ten odstęp pomiędzy linijkami jest zamierzony? :P

    Dobra, mam tylko jeden komentarz do rozdziału, powtórzę więc za Varrenem: Ja pierdolę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze jeden mogę Ci wysłać ;p
      Nie, odstęp nie jest zamierzony, blogspot mnie trolluje i po kopiowaniu z Worda przestał robić akapity, dlatego że, bo tak. Dlatego teraz mam akapity w kodzie, no ale jak wklejam rozdział z Worda, robi się odstęp, którego nie da się usunąć :|

      "Dobra, mam tylko jeden komentarz do rozdziału, powtórzę więc za Varrenem: Ja pierdolę." - Aż tak tragiczny ten rozdział? :D

      Usuń
    2. Wyślij :D. Tylko wtedy dostaniesz komcia zwrotnego, już nie na blogu xD.

      Toć nie o rozdział mi chodziło, a o wydarzenia no xD. Po prostu Averyn ma pecha. Nosz cholera, nie chciała się pakować w kłopoty, to one same ją znalazły... Ku uciesze Livii, pewnie nie może uwierzyć we własne szczęście :P. (Za to jak ładnie Varren z rozdziału na rozdział mięknie i wraca do starego siebie xD. No, przynajmniej w towarzystwie Averyn :D. Że też nie znienawidził jej za tamto gówniarskie zachowanie :P.)

      Usuń
  4. Jeju, co tu tak mało komentarzy?
    Właśnie skończyłam nadrabiać rozdziały. Rany, ale się wciągnęłam! Historia jest świetna, nie mogę się doczekać ciągu dalszego. Duży plus za brak patosu. O shit, jak ona ma stanąć do walki z Dimem po tych batach?

    Kurdeeee, fajne to. Z rozdziału na rozdział lepsze. Dodaję u siebie do linków.
    Czekam na ciąg dalszy - do przeczytania!

    OdpowiedzUsuń

Nie spamuj, bo Den ugryzie. Nie chcesz tego, prawda?

Obserwatorzy