czwartek, 3 marca 2016

Rozdział VII - Obietnica

Jakimś cudem sesja poszła w miarę gładko (hehe), obyło się bez warunków itp., oczywiście zapomniałam wstawić rozdziału (pamięć złotej rybki ftw). Gońcie mnie, jeśli zapomnę wrzucić kolejnego, bo MOŻE uda mi się załapać na staż w muzeum (byłoby fajnie :P), więc czas trochę mi się ograniczy.
Co do rozdziału: kurczę, nie do końca jestem z niego zadowolona, ale jeszcze nie wiem, jak go poprawić. Pomyślę, popracuję nad nim, może coś z tego wyjdzie.

______________________________
Varren prawie automatycznie zacisnął dłoń w pięść i, przyłożywszy ją do piersi, oddał cześć bogini, w którą od dawna już nie wierzył. Naharev miał na ten temat teorię – ludzie wierzyli w Sigmę, boginię Wszechrzeczy, bo nie potrafili uwierzyć w siebie. Problem zaczynał się wtedy, gdy pojawiali się tacy jak on.
Uśmiechnął się gorzko. Co mu pozostało, skoro nie wierzył ani w Sigmę, ani w siebie, ani w jakiegokolwiek innego człowieka? Do świątyni przychodził się wyżalić, a przynajmniej tak to nazywał. Wiedział, że bogowie nie mogli istnieć, bo który bóg pozwoliłby na tak straszne rzeczy dziejące się w Dairen?
Spowiadał się w świątyni regularnie, jednocześnie nigdy nie wypowiadając ani jednego słowa na głos. Właściwie bardziej wytykał Sigmie jej bierność, każdorazowo rzucając pod jej adresem tyle inwektyw, ile tylko był w stanie. Ostatecznie, zmęczony tym, że jego słowa nie przyniosły oraz nigdy nie przyniosą żadnego skutku, pełen rozgoryczenia wracał do Akademii.
Ale nie tym razem. Nie teraz, kiedy na szali znalazło się życie Averyn. Varren był bowiem gotów schować całą swą dumę do kieszeni, byleby tylko Pani Wszechrzeczy zechciała go wysłuchać i ulitować się nad niewinną dziewczyną. Ale im gorliwiej się modlił, tym bardziej czuł niemal fizyczny ból, zdając sobie sprawę, że kolejny raz rzucał grochem o ścianę.
W końcu Averyn niczemu nie zawiniła. Owszem, na początku, zaślepiony własną głupotą oraz chorą nienawiścią do całego świata, obwiniał ją o cały syf, w jaki się wpakował, jednocześnie przysięgając sobie, że zrobi wszystko, by uratować jedyną bliską mu osobę. Dopiero później, kiedy przeszła złość, zrozumiał, że winę powinien przypisać sobie. Ewentualnie Rii.

***

Wyrzucił niedopałek papierosa i wdeptał go w chłodną ziemię. Resztki dymu opuściły płuca, mieszając się z parą na mroźnym, zimowym powietrzu. Jeszcze na kilka chwil zamknął oczy, kolejny raz analizując całą sytuację. Nadal męczył go paskudny kac po wczorajszym zdecydowanie za bardzo zakrapianym wieczorze – przez to nie potrafił skupić się na czymkolwiek dłużej i obawiał się, że w tym przypadku mógł zbyt pochopnie ocenić to, co ostatnio się wydarzyło. Ale potrzebował rady. Do kogo innego, jak nie przyjaciółki, powinien się zwrócić? Sam już nie wiedział, co miał ze sobą zrobić. Jeszcze dwa dni temu szczęście wypełniało go całego. Wczoraj stał się wrakiem człowieka.
Pieprzony rogacz, pomyślał o sobie, krzywiąc się przy tym.
Zdawszy sobie sprawę z tego, że przez swe rozważania zdążył się zatrzymać, ruszył czym prędzej, chcąc jak najszybciej przemierzyć tak dobrze znaną mu okolicę. Przychodził w to miejsce dwa razy w tygodniu, zawsze o tej samej godzinie, i po dwóch następnych wracał do swojego mieszkania. I tak od pół roku. Tym razem zaskoczył go jednak zimowy krajobraz, sprawiając, że z trudem poznawał miejsca, które już wcześniej przecież odwiedzał.
Miejscami puch gęsto pokrywał trawę, gdzieniegdzie przeplatając się z lodowatym szronem. Ulice, choć wcześniej perfekcyjnie odśnieżone, zaczynały ukrywać się pod warstwą opadających na nie śnieżynek. Z każdą chwilą na zewnątrz robiło się coraz ciemniej i Varren niemal z utęsknieniem czekał na włączenie miejskich latarni, z radością spoglądając na reflektory mijających go samochodów.
Dopiero, gdy znalazł się przy domu oznaczonym odpowiednim numerem, zatrzymał się na chwilę. W tym momencie zwyczajnie zwątpił. Czy aby na pewno powinien niepokoić ją własnymi kłopotami? Zmarszczył brwi i westchnął ciężko, starając się zwalczyć chęć sięgnięcia po kolejnego papierosa. W końcu Averyn, tuż przed egzaminami końcowymi, miała dość zmartwień.
Ostatecznie zaklął pod nosem. Szukał wymówki na to, by zwiać i zapomnieć o sprawie. A przecież nie mógł zamieść pod dywan czegoś… takiego kalibru.
W końcu sięgnął do kieszeni po telefon. Czym prędzej, żeby się przypadkiem nie rozmyślić, wybrał odpowiedni numer oraz przyłożył aparat do ucha. Usłyszał kilka sygnałów, po czym włączyła się poczta głosowa. Jeszcze miał szansę na to, by się wycofać. W końcu Averyn najpewniej wyciszyła telefon, chcąc uczyć się w spokoju.
Nie. Nie teraz. Nie, kiedy zaszedł tak daleko.
Varren nagimi dłońmi zgarnął trochę śniegu, ulepił krzywą kulę, a potem wycelował w szybę na piętrze, bezbłędnie trafiając w sam środek. Po chwili niebieska zasłona poruszyła się nieznacznie i za szybą pojawiła się twarz zdziwionej Averyn. Dziewczyna zmierzyła go uważnym spojrzeniem, a potem otworzyła okno, krzywiąc się, kiedy zimne powietrze owiało nieosłoniętą skórę.
— Nie umiesz skorzystać z dzwonka do drzwi? — fuknęła.
— Dzwoniłem — odparł natychmiast, wskazując na telefon.
— Wejdziesz? — zapytała, wywróciwszy oczami, ale zaraz uśmiechnęła się lekko.
— Miałem nadzieję na to, że to ty wyjdziesz — powiedział powoli, opuszczając wzrok. — Chciałem porozmawiać.
Averyn milczała przez chwilę, analizując sytuację.
— Po tonie wnoszę, że to ważne — stwierdziła, oglądając się przez ramię, jakby zastanawiała się, czy powinna wrócić do ciepłego pokoju.
— Można tak powiedzieć — mruknął, niechętnie podnosząc spojrzenie. — Wiem, że masz dużo nauki, ale odstawię cię za dwie godziny. Obiecuję.
— Zaraz przyjdę.
Nie minęło pięć minut, a Averyn wyszła głównymi drzwiami, niemal natychmiast potykając się o długi szal, którego nie zdążyła zawiązać. Zaśmiała się krótko, kiedy udało się jej złapać równowagę, odetchnęła spokojniej, obdarzając Varrena ciepłym uśmiechem.
— W czym mogę pomóc? — zapytała, pochmurniejąc nieco, gdy jej przyjaciel pozostał niewzruszony.
— To nie takie łatwe, Averyn — odparł cicho, wskazując dłonią kierunek, w który chciał się udać.
— Rozumiem, mamy czas — zapewniła go spokojnie, chcąc dodać choć trochę otuchy, ale w odpowiedzi Varren jedynie prychnął.
Dziewczyna na moment zdjęła z głowy czapkę i otrzepała ze śniegu, który na nią spadł, kiedy futerkowy pompon zahaczył o odstającą ośnieżoną gałąź. Na długich, brązowych włosach natychmiast osiadło mnóstwo płatków. Przez moment Varren przyglądał się jej, jednak odwrócił wzrok zaraz po tym, gdy niebieskie oczy odnalazły jego twarz.
— Chodzi mi o Rię — wyznał wreszcie, czując, jak wszystkie siły, które zbierał do tej rozmowy, ulatują z niego jak powietrze.
Averyn zatrzymała się nagle, mrugając szybko. Varren miał wrażenie, że będzie żałował tej decyzji, ale nie było już odwrotu.
— Coś się stało? — zmartwiła się. — Przecież przyjęła oświadczyny.
Przechyliła głowę, wpatrując się w przyjaciela uważnie. Jego twarz nie drgnęła jednak, nie zdradzając jakichkolwiek emocji. Dopiero gdy przeczesał dłonią włosy, zdała sobie sprawę, że najprawdopodobniej był bardzo zakłopotany tym, co chciał jej powiedzieć.
— Ona… — Przez moment gestykulował, ale zaraz pokręcił głową, nie potrafiąc znaleźć odpowiednich słów.
Averyn czekała cierpliwie, choć bicie jej serca znacznie przyspieszyło i nie potrafiła opanować oddechu. Varren nigdy nie miał problemu ze zwierzeniem się jej z czegokolwiek, więc sprawa musiała być poważna. Właściwie trochę bała się tego, co mogła zaraz usłyszeć.
— Kocham ją, ale… — urwał nagle, zamykając oczy.
— Ale? — podjęła, wiedząc już, że trzeba to z niego wycisnąć, choć zwykle po „ale” nie pojawiało się już nic dobrego.
— Ona chyba mnie zdradza.
Averyn zamarła, tępo wpatrując się w przestrzeń.
— Słucham? — wyrzuciła, otwierając szeroko oczy, bo może to wszystko było jednym dziwnym oraz niedorzecznym snem.
— Ria chyba mnie zdradza.
— Chyba? — powtórzyła po nim, wkładając w to słowo nieco więcej urazy, niżby tego chciała.
— Na pewno — poprawił się trochę pewniejszym tonem, a potem odważył się na nią spojrzeć.
Averyn nabrała powietrza, ale zaraz je wypuściła.
— Wiesz, to akurat kiepski temat do żartów. Mów, o co chodzi.
— Wyglądam na takiego, co jest w humorze do żartów? — odparł natychmiast. — Ria przyprawiła mi rogi. To się stało!
W odpowiedzi zacisnęła usta, intensywnie wpatrując się w przyjaciela. Nie chciała w to uwierzyć. Po prostu nie. Takie rzeczy nie mogły dziać się naprawdę. Nie w przypadku tej dwójki.
— To moja przyjaciółka — wyszeptała po chwili męczącego milczenia.
— Wiem — przytaknął tylko, kiwając głową. — Ale…
— Nie wierzę. Nie wierzę, Varren — przerwała mu, patrząc na niego z rosnącą wściekłością.
Westchnął. Nie wiedział, czy ta rozmowa mogła w ogóle do czegoś prowadzić. Liczył na zrozumienie, jednak go nie otrzymał. O pomocy nie miał nawet co marzyć.
— Averyn, nie śmiałbym cię okłamywać… — Mimo wszystko podjął kolejną próbę, jednak dziewczyna uciszyła go, podnosząc dłoń.
— Jeśli myślisz, że w to uwierzę, to zwyczajnie jesteś głupi — fuknęła. — Znam moją przyjaciółkę. Najwyraźniej lepiej niż ty swoją narzeczoną.
Zabolało. Na tyle mocno, że przez moment zapomniał języka w ustach. Bez słowa przypatrywał się Averyn szukającej słuchawek, które zaraz przypięła do telefonu i zawiesiła na szyi.
— Widać niedostatecznie — wyszeptał w końcu, wiedząc, że w tej chwili musiał pożegnać się nie tylko z kobietą, którą kochał, ale również przyjaciółką.
— Pieprz się! — warknęła na odchodne, kolejne jego słowa zagłuszyły dźwięki muzyki. — I nie myśl sobie, że jej tego nie powiem! — krzyknęła, wchodząc na jezdnię; czuła, że musiała mu to wszystko wykrzyczeć. Jak mógł tak po prostu kłamać jej prosto w oczy? Ria nigdy by tego nie zrobiła! Nigdy! — Wszystkiego się dowie!
Varren spojrzał w stronę nadjeżdżającego samochodu, a potem na idącą tyłem Averyn.
— Averyn! — krzyknął do niej, ale w złości nie zwracała na niego uwagi. — Złaź z ulicy!
— Wszystkiego! — powtórzyła przez palące łzy, chcąc odwrócić się do niego plecami.
— Averyn!
Ruszył w jej kierunku, ale zaraz się poślizgnął, i, chociaż nie upadł, zachwianie równowagi odebrało mu kilka cennych sekund. Kiedy podniósł głowę, Averyn spojrzała w stronę samochodu, którego kierowca raz po raz wciskał klakson. Dziewczyna zamarła wpół kroku, wiedząc, że nie zdąży zejść z jezdni.
— Averyn! — ryknął ostatni raz.
Coś ścisnęło wszystkie jego wnętrzności, kiedy usłyszał huk. Kierowca jadącego samochodu, który jechał prosto na dziewczynę, zaczął hamować, jednak przez śliski asfalt wpadł w poślizg. Nie mógł nawet jej ominąć.
Varren miał wrażenie, że mróz sparaliżował go całkowicie, bo nie potrafił się ruszyć nawet wtedy, gdy pojazd zatrzymał się wreszcie, a potem jego właściciel wysiadł, chcąc sprawdzić, czy tak właściwie było co ratować. Przyglądał się więc, jak mężczyzna pochylał się nad nieruchomą Averyn przez kilka chwil, by zaraz wrócić do samochodu niemal biegiem. Dopiero gdy silnik zaryczał wściekle, Varren poczuł, jak adrenalina zaczęła krążyć w jego ciele.
Nie mógł nic zrobić, widząc, jak sprawca wypadku uciekał z miejsca zdarzenia. Był tak zszokowany, że nie myślał nawet o tym, by spojrzeć na tablice rejestracyjne. Drżąc na całym ciele, dopadł do leżącej na ziemi Averyn, której krew zabarwiła już część brudnego, leżącego na ulicy śniegu.
Dotknął szyi dziewczyny. Nie wyczuł pulsu.
Pierwsze dwa oddechy ratownicze wykonał niemal nieświadomie. Dopiero gdy zaczął uciskać klatkę piersiową, wzywać również pomocy. Jak z oddali słyszał kogoś, kto wzywał karetkę, ktoś inny krzyczał, a ktoś jeszcze szarpał go za ramię, próbując odciągnąć od Averyn.

Kiedy siedział już na szpitalnym korytarzu z zakrwawionym łukiem brwiowym i sinym policzkiem, czuł do siebie obrzydzenie. Należało mu się. Nawet nie próbował się bronić, gdy ojciec Averyn próbował własnoręcznie wymierzyć sprawiedliwość.
Może nie powinien w ogóle z nią rozmawiać? Wtedy nic by się nie stało. Mógł załatwić sprawę sam, jak mężczyzna. Mógł rozmówić się z Rią, powiedzieć jej, że wszystkiego się dowiedział. Mógł po prostu się z nią rozstać. Mógł wyjechać.
Mógł tyle rzeczy.
Wybrał najgorszą.
Skurczył się na krześle, chcąc ukryć się przed wzrokiem lekarzy, pielęgniarek, pacjentów, a najlepiej zapaść się pod ziemię. Miał wrażenie, że wszyscy wpatrywali się w jego umorusaną krwią twarz, jakby wiedzieli, że to przez niego właśnie toczyła się walka o życie niewinnej dziewczyny.
— Ej, ty. — Ktoś zwrócił się do niego obojętnym głosem.
Powoli podniósł wzrok i uniósł lekko brwi, widząc obok siebie faceta w białym płaszczu. Mężczyzna o jasnych, roztrzepanych włosach i błękitnych, bystrych oczach w ogóle nie przypominał mu lekarza, ale pewnie tym zawodem się zajmował, skoro na białym materiale nadrukowano duży, czerwony krzyż. Zaraz… słyszał kiedyś o tych magikach z Akademii. Może był jednym z nich?
— Chcesz jej pomóc? — zapytał nieznajomy, podbródkiem wskazując w stronę sali operacyjnej.
Nie czuł się na siłach, by cokolwiek z siebie wydusić, dlatego tylko kiwnął głową. Po co w ogóle o to pytał? Oczywiście, że chciał jej pomóc.
— Jak wiele jesteś w stanie dla niej poświęcić? — zapytał jeszcze.
Varren zdał sobie sprawę, że medyk zacisnął mocniej dłonie na czyjejś kartotece. Dopiero po chwili zorientował się, iż napis na wierzchu głosił, że należała do Averyn Ilyrany. Coś przewróciło mu się w żołądku. Kim był ten facet? Czy faktycznie mógł jej pomóc?
Zastanawiał się nad swoim położeniem. Zdradziła go ukochana. Przyjaciółka walczyła o życie. Z momentem śmierci Averyn zniszczyłyby go wyrzuty sumienia. Co to za różnica, czy zapije się na śmierć, czy trafił właśnie na jakiegoś świra, który chciał przerobić go na organy? Właściwie nie obchodziło go już to, w jaki sposób miał pożegnać się z życiem.
— Wszystko — wychrypiał w końcu, ocierając krew cieknącą po skroni.
— Wszystko? — upewnił się, uśmiechając się nieco krzywo. — Mam dla ciebie propozycję — mruknął, zabębniwszy palcami w trzymane kartki. — Słyszałeś pewnie o Akademii. Chluba tego miasta — zaśmiał się. — Zaciągniesz się.
— Brzmi zbyt prosto — mruknął, prostując się na krześle. — Zaciągnę się. Co dalej?
Uśmiech zniknął z twarzy medyka, sprawiając, że wzdłuż pleców Varrena przebiegł nieprzyjemny dreszcz. Zdecydowanie nie podobało mu się to, w jaki sposób ten facet na niego patrzył.
— Pomoc medyków z Akademii nie jest refundowana — powiedział powoli tamten. — Nie jest też tania. Ciebie z pewnością na nią nie stać — mruknął, przechylając głowę i uśmiechając się z kpiną.
— Jak niby mam wam zapłacić? — fuknął, zaciskając dłonie.
— Nie im, mnie. Nie ty, ona — poprawił go, unosząc brwi i uśmiechając się szerzej. — Właściwie oboje.
— Nie mieszaj jej w to — warknął, teraz już wściekły.
— Mogę wytargować jej kilka lat życia lub pozwolić umrzeć — zauważył chłodno; tak naprawdę w ogóle nie dawał mu wyboru. — Decyzja należy do ciebie.
— Zgoda — wydusił, wiedząc, że nie mógł postąpić inaczej.
— Wiedziałem, że się zgodzisz — powiedział mężczyzna i lekko skłonił głowę. — Kiedy wrócę, podpiszesz coś w kilku miejscach.
— Jaką mam pewność, że pomożesz Averyn?
— Żadną. Masz moje słowo. Lepsze to niż pewność, że zginie, co nie?
Medyk zaśmiał się cicho, kręcąc głową, kiedy odchodził w stronę bloku operacyjnego.

***

Zimny, nocny wiatr targał materiałem płaszcza, kiedy Livia zakryła twarz chustą. Skrzywiła się, gdy fetor nadpalonych ciał dotarł do jej nozdrzy. Rozejrzała się, ale w ciemności nie potrafiła dostrzec zbyt wiele. Nadal trwała godzina zero, dlatego walki ustały, a na polu bitwy dało się słyszeć jedynie szmer chłodnego powiewu i zawodzenie konających.
Miała odejść, gdy lekki błysk zwrócił jej uwagę. Latarka. Ktoś oświetlał sobie drogę. Poprawiła wiązanie chusty, a potem niespiesznie ruszyła w stronę miejsca, w którym dostrzegła światło. Przez moment rozważała możliwość zawrócenia, myśląc, że może zmęczenie sprawiło, że wzrok ją zawiódł, ale usłyszała przytłumioną rozmowę.
Uśmiechnęła się drapieżnie i pochyliła, teraz już skradając się w stronę dwóch osób. Doniesienia o węszących cywilach mogły okazać się prawdziwe. Chociaż nie zdziwiłaby się, gdyby trafiła na usiłujących zbiec dezerterów.
Przeszła jeszcze kilka kroków, aż zatrzymała się, nasłuchując wymiany zdań dwóch mężczyzn.
— Masz materiał? — zapytał właściciel niskiego, pełnego zmęczenia głosu.
— Mhm — mruknął tylko jego rozmówca, zanim splunął tuż obok Livii i poklepał trzymaną kamerę. — Dostaniemy awans jak nic. Warto było.
— Warto, ale przyznaj, że miałeś pełne gacie — powiedział tamten, oddychając ciężko. — Nie powinniśmy podchodzić tak blisko.
— Nie powinniśmy — zgodził się drugi. — Ale teren nie pozwalał na użycie odpowiednich obiektywów do filmowania z daleka. Że też wybrali sobie tę pieprzoną przełęcz między…
Słowa zostały przerwane przez charkot jego towarzysza, który dławił się własną krwią. Ucichł, wpatrując się tępo w ostrze wystające z piersi. Jęknął prawie bezgłośnie, a dźwięk wysuwanego z ciała sztyletu sprawił, że drugi mężczyzna ledwie zdążył się wzdrygnąć. Sprzęt upadł z cichym stukotem na trawę, a obok niego chwilę później runął postawny mężczyzna. Drugi przyglądał się temu ledwie przez moment, by chwilę później krzyknąć z przerażenia i rzucić się do rozpaczliwej ucieczki. Nie zdążył przebiec jednak nawet kilku kroków, bo Livia sięgnęła po swoją moc. Zacisnęła mocno palce, skupiając się na zbiegu, a ten zastygł w bezruchu. Z jego ust uleciało trochę pary, zanim stęknął głucho i zwalił się na piach.
Kobieta podeszła do niego powoli, wpatrując się w pełne strachu oczy. Gdyby nie to, że zamrażające zaklęcie zdołało prawie całkowicie go skrępować, z pewnością miotałby się, wrzeszcząc wniebogłosy. Livia poprawiła uścisk na rękojeści i chwyciła za włosy nieszczęśnika, lekko unosząc jego głowę. Bez chwili zastanowienia podcięła mu gardło, do samego końca beznamiętnie mierząc go spokojnym wzrokiem.
Ostatecznie przeszła do upuszczonej przez drugiego mężczyznę kamery i posłała w jej stronę kulę ognia. Sprzęt zaczął płonąć, magiczny ogień szybko rozprzestrzenił się na pobliskie trawy, jednak Livia bez problemu go opanowała. Stwierdziła również, że najlepszym sposobem będzie spalenie zwłok obu mężczyzn. I tak nikt nie miał po nich przyjść, ale może następni, którzy próbowaliby zdobyć gorący materiał, zdołaliby nagrać zwłoki dziennikarzy.

Varren mocniej naciągnął kaptur, uważając przy tym, by nie ograniczyć sobie pola widzenia. Zacisnął i rozprostował palce, później stuknął lekko w udo, upewniając się, że długi nóż cały czas był przypięty do pasa. Zmierzchało już, a deszcz zaczął leniwie kropić z szarzejącego nieba.
Podła pogoda, pomyślał, na moment wpatrując się w przestrzeń. Zaraz się jednak otrząsnął, spostrzegłszy cel.
Średniego wzrostu kobieta o jasnych włosach splecionych w ciasny kok wyszła zza rogu uliczki, przyspieszając kroku. Otworzyła składany parasol, czując zderzające się ze skórą lodowate krople wody, ale silny wiatr, który zerwał się dosłownie znikąd, szarpnął materiałem, łamiąc stelaż i wyginając na lewą stronę. Zaklęła cicho, wciskając zniszczony przedmiot do pobliskiego śmietnika. Ponownie ruszyła szybciej, co było dla Varrena sygnałem, by za nią pójść. Odczekał jeszcze chwilę, zanim zrównał się z nią krokiem i protekcjonalnie odsunął połę płaszcza, otaczając nią moknącą kobietę.
— Dziękuję, nie musiał pan… — mruknęła zaskoczona, chcąc dodać coś jeszcze, ale jedno spojrzenie na fragment twarzy widoczny spod kaptura sprawił, że słowa uwięzły jej w gardle.
Próbowała zrzucić z siebie ramię mężczyzny, ale uścisk był tak silny, jakby na jej barku zaciskała się nie dłoń, a metalowa obręcz.
— Naharev! — syknęła ostrzegawczo.
— Gdzie są pieniądze, pani senator? — zapytał tylko, wpatrując się przed siebie.
Nadal szli równym krokiem, nie ściągając na siebie uwagi przechodniów.
— Będę krzyczeć — zagroziła, ignorując pytanie Varrena.
— Nie będziesz, jeśli zależy ci na Nadii i Dianie. Oooch, brzmi znajomo?
Uśmiechnął się z niezdrową radością, kiedy kątem oka spostrzegł, że senator Hetiel pobladła znacznie, a potem wciągnęła szybko powietrze.
— Jak śmiesz… — syknęła jedynie. — Za rogiem są moi ochroniarze — zagroziła.
— Dlatego teraz pójdziemy prosto — mruknął, ciągnąc ją w przechodzącą po pasach grupę ludzi, w których zaraz się wmieszali. — Pieniądze — podjął ponownie, kiedy znaleźli się po przeciwnej stronie jezdni. — Ostatnia szansa.
— Powiedz Ilvanowi, że zrywam umowę. — Raz jeszcze próbowała się oswobodzić.
— Zrywasz umowę, nie płacąc? — zapytał, by zaraz cicho się zaśmiać. — Nie sądzę.
— Nantio usunął mnie z rządu, straciłam senatorską dietę. Nie mam pieniędzy.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej. Zaczynała panikować. Świetnie.
— To niedobrze — wyszeptał, nieznacznie się ku niej pochylając. — Bardzo niedobrze — podkreślił jeszcze niższym głosem.
— Potrzebuję czasu — odparła równie cicho, nadal pozwalając się prowadzić. — Zbiorę…
— Indari dał ci dość czasu — przerwał jej szorstko. — Zalegasz ze spłatą miesiąc.
— Zapłacę. Zlituj się.
— Szczerze wątpię — zakpił. — Wykonuję tylko polecenia.
— Jak wszyscy — warknęła zrezygnowana. — Jesteście psami na smyczy Ilvana. Przyniesiesz mu w pysku życie każdego człowieka, nieważne, jak bardzo jest ci bliski. Bilal mówił, że potrzebujesz paszportu i nowej tożsamości dla, jak jej było, Averyn?
Coś boleśnie ścisnęło jego pierś. Czyżby Bilal puścił parę z ust? Oblizał nerwowo wargi. Nie mógł dać po sobie poznać, że uderzyła w bardzo czuły punkt.
— Nie potrzebuję ani ciebie, ani Bilala, żeby dostać to, czego chcę — mruknął. — Pieniądze — powtórzył ostatni raz.
— I tak mnie zabijesz. Ilvan ci kazał — syknęła. — Brat Bilala zapłacił, a rankiem i tak znaleziono go martwego i leżącego we własnym gównie. Dobrze wiem, jak to działa. Bilal sam dał mu pieniądze. Jego zastraszyliście, mnie nie nabierzecie. Możesz mnie zabić, ale wtedy Ilvan… — urwała, czując, jak opuszki Varrena boleśnie wbiły się w jej bark.
— Ilvan, co? — zapytał niskim, wściekłym głosem. — Narobiłaś sobie wielu wrogów, głupia dziwko. Teraz za to zapłacisz.
— To się jeszcze okaże… Nie masz przy sobie miecza, nie ryzykowałabym.
— Nie potrzebuję go. Mogę skręcić ci kark. Nawet teraz.
Na potwierdzenie tych słów przesunął dłoń wyżej, zaciskając palce częściowo na szyi i karku.
— Nie chcesz świadków — zauważyła. — Poza tym jeśli myślisz, że moi ludzie mnie nie szukają i nie mają przy sobie broni…
Pchnął ją w najbliższą uliczkę. Wiedziała, co miało zaraz się stać, dlatego w rozpaczliwym akcie szarpnęła się, gryząc Varrena w przegub. Mężczyzna, bardziej z zaskoczenia niż z bólu, puścił ją. Warknął, gdy zdążyła sięgnąć do torebki, liczył tylko na to, że nie zdołała chwycić tego, czego w niej szukała.
Sięgnął po przygotowany wcześniej nóż i bez zastanowienia wbił go w brzuch kobiety po samą rękojeść, wolną dłonią zaciskając usta ofiary, chcąc uniknąć niepotrzebnych wrzasków. Wiedział, że nie będzie już w stanie krzyknąć, kiedy wypuściła z siebie tchnienie z bolesnym, stłumionym jękiem, upuszczając jednocześnie torebkę.
— Myślałaś, że tego unikniesz, Hetiel? — zapytał, skupiając się na ranie, jaką zadały jej zęby.
Rozcięcie zasklepiło się niemal natychmiast, zostawiając po sobie jedynie lekkie zaczerwienienie. Żeby zaleczyć ranę, odsunął na moment rękę od jej ust. Nie spodziewał się jednak, że znajdzie w sobie na tyle sił, by wydusić z siebie choć słowo.
— Pociągniesz ją za sobą — wycharczała, krztusząc się krwią. — Twoja mała Averyn zdechnie razem z tobą, bo…
Dwa szybkie ruchy – wyrwał nóż z jej brzucha, następnie rozpłatał szyję kobiety – sprawiły, że część adrenaliny z niego uleciała. Nie mógł tego słuchać. Przytrzymał senatorkę jeszcze przez moment, po czym puścił bezwładne ciało. Oddychał ciężko, czując na twarzy gorącą posokę, która bryznęła z rany, jaką przed momentem zadał. Ręce drżały mu jak jeszcze nigdy. Wcześniej przecież nie miał problemu z zabijaniem.
Ale gdy tylko wspomniała o Averyn…
Wsunął ręce pod kaptur, przeczesując palcami włosy, a potem zsuwając dłonie niżej, by przetrzeć twarz i trochę się otrzeźwić.
— Kurwa mać! — warknął nieco głośniej, niż zamierzał.
Wtedy właśnie spostrzegł ruch za rogiem wysokiego budynku. W wąskim przejściu stał dzieciak, który trzymał w ręku papier po lizaku, zapewne szukał więc śmietnika.
— Spierdalaj stąd — fuknął Varren, a potem przypomniał sobie o tym, co senatorka zdążyła zrobić przed śmiercią.
Sięgnął do leżącej na ziemi torebki, szybko znajdując w niej urządzenie namierzające. Zdążyła je włączyć. Otworzył szerzej oczy, czując napierający na pierś strach. W starciu jeden na jednego ze zwykłymi ochroniarzami pewnie wyszedłby z tego bez szwanku. Gorzej, jeśli było ich co najmniej trzech.
Poprawił kaptur i, nie czekając dłużej, ruszył w stronę głównej ulicy. Rozejrzał się niepewnie, a gdy zobaczył trzech mężczyzn w garniturach, kroczących w jego kierunku, dostrzegając przy tym słuchawkę w uchu jednego z nich, natychmiast rzucił się do biegu.
Usłyszał jeszcze za plecami głośne „tam!”, po czym padł pierwszy, ostrzegawczy, posłany w niebo strzał.
Odruchowo pochylił głowę, zmuszając się do sprintu. Spanikowani ludzie rozbiegli się na boki, przywierając do ścian, padając na ziemię lub kuląc się i osłaniając rękami. Nie było nikogo, za kim Varren mógłby się ukryć.
Kolejny strzał musnął jego ramię, w którym po chwili poczuł palący ból. Syknął tylko, starając się zamknąć ranę, ale nie potrafił się skupić. Najprawdopodobniej nie uszkodzili go zbyt mocno, dlatego postanowił ten postrzał zignorować. Musiał ich zgubić. Tylko jak?
Czas grał na jego niekorzyść. Z pewnością zdążyli powiadomić już policję. Będą zamykać kolejne ulice. Jak mógł być tak nieostrożny? Powinien zabrać jej tę kurewską torebkę, kiedy tylko się do niej przyczepił.
Jebać to, skarcił się w myślach, najpierw ucieczka.
Skoncentrował się na tym, by nie poślizgnąć się na mokrym chodniku, i odrobinę zwolnił, zanim wbiegł w kolejny zakręt, potrącając niczego nieświadomego przechodnia.

Nair podniósł zaniepokojone spojrzenie, kiedy ktoś nieporadnie nacisnął klamkę i wpadł do środka. Jego niespodziewany gość prawie natychmiast osunął się na kolana, a potem spadł na twarz.
— Varren — powitał go spokojnie.
Widywał go już w gorszym stanie. Podszedł do niego niespiesznie, on w milczeniu obrzucił go nienawistnym spojrzeniem.
— Znowu powinienem powiedzieć, że to cud, że żyjesz, nie? — mruknął, unosząc ramię mężczyzny, by mógł wesprzeć na nim swój ciężar.
— Pierdol się — wyszeptał na wydechu Varren.
— Ile postrzałów? — zapytał krótko, tym razem już profesjonalnym tonem.
— Siedem… osiem… nie wiem, przestałem liczyć — wychrypiał ledwie dosłyszalnie.
Medyk pokręcił tylko głową i zacisnął usta, kiedy Naharev stęknął głucho i na moment opadł z sił, ciągnąc go ze sobą ku ziemi. Nair ledwo ustał, nie spodziewając się, że Varren nagle przeniesie na niego niemal cały ciężar ciała.
Kiedy w końcu starszy Arane znalazł się na kozetce, Nair odetchnął z ulgą, sięgając po większą pęsetę, którą chciał wyciągnąć pociski.
— Averyn — wydusił tylko Varren, wpatrując się niewidzącymi oczyma w sufit.
— Lepiej — powiedział spokojnie medyk, wiedząc, o co chodziło przełożonemu.
Nair mógłby przysiąc, że słyszał stłumione „kurwa”, kiedy wyciągał pierwszy pocisk z ramienia wojownika, który zakrył twarz ręką i oddychał ciężko.
— Nie pociągnę jej za sobą — wyszeptał nie do końca świadomie.
— Skończ pierdolić, muszę się skupić — skarcił go Nair.

Varren posłusznie zamknął usta, zaciskając przy tym powieki. Nie pociągnie jej za sobą. Tyle jeszcze mógł jej… i sobie obiecać.

1 komentarz:

  1. No i znowu jakiś krótki rozdział :P. I czemu nie ma żadnych komci? :c

    Wiesz, że każdy poprzedni rozdział otwierał się nowej karcie, a ten nie? :P

    „Dopierogdy przeczesał dłonią włosy”

    „Drugi przyglądał się temu ledwie przez moment, by moment później”

    „szarpnął materiałem, łamiąc stelaż go i wyginając na lewą stronę” – stelaż go? :D

    Fajnie, że jest retra :D. Trochę się dziwię Averyn, zachowała się jak ostatnia idiotka. Cholera, jak rozumiem miała dwoje przyjaciół, to dlaczego nie uwierzyła Varrenowi? I jeszcze potraktowała go tak... No niefajnie strasznie. Nie wiem, czy potrafię ją po tym nadal lubić :D. Głupia gęś no xD.

    OdpowiedzUsuń

Nie spamuj, bo Den ugryzie. Nie chcesz tego, prawda?

Obserwatorzy