piątek, 15 stycznia 2016

Rozdział VI - Zdrajca

Zaraz sesja. I po co to komu?

______________________________

Averyn tej nocy nie spała zbyt dobrze. Właściwie z tego wieczoru pamiętała tylko, że na zmianę było jej za ciepło lub za zimno, a jeśli już zasypiała, to śniła wyjątkowo niespokojnie i to wyłącznie koszmary. Choć rankiem – tak zakładała, ponieważ naturalne światło nie docierało do pomieszczenia – kiedy się obudziła, nie pamiętała niczego z nieprzyjemnych snów, nadal czuła silny niepokój. W dodatku wzmagający się ból w klatce piersiowej znowu nie pozwalał poprawnie funkcjonować. Dziewczyna miała tylko nadzieję, że nie będzie nadrabiać zbyt wielu zaległości po tym, jak trafiła do izolatki.
Dochodził jeszcze problem Dimy. Skrzywiła się nieznacznie. Właściwie nie powinna się nim martwić. Dima mógł tamtego dnia siedzieć na dupie i udawać, że cała ta sprawa go nie dotyczyła. Nie prosiła przecież o pomoc.
Drzwi do pomieszczenia otworzyły się nagle i Averyn gwałtownie podniosła się do siadu. Aż stęknęła głucho, poczuwszy, jak krew zaszumiała jej w uszach, a w głowie zakręciło się na moment. Niespodziewane uczucie gorąca uderzyło w klatkę piersiową, kiedy dziewczyna zobaczyła stojącego w przejściu Varrena. Starszy Arane opierał się o framugę, przyglądając się podopiecznej z nieodgadnioną miną oraz ramionami skrzyżowanymi na piersi.
— Za piętnaście minut zaczynają się zajęcia — poinformował oschle, patrząc z góry. — W tym czasie masz się umyć i najeść — nakazał, odsuwając się od wyjścia. — A spróbuj się spóźnić — zagroził jeszcze, marszcząc brwi — to trafisz tu na tydzień o chlebie i wodzie.
W odpowiedzi kiwnęła tylko głową, nie czując się na siłach, by wypowiedzieć coś, co nie brzmiałoby jak seria niezrozumiałych jęków. Varrena najwyraźniej to usatysfakcjonowało, bo zaraz odszedł, informując jeszcze, że jej pokój był już zdatny do użytku.
Na te słowa poczuła dziwny ucisk w żołądku oraz zimną gulę zsuwającą się wzdłuż przełyku. Oczywiście nie liczyła na żadne luksusy związane z faktem zabicia Derena, ale nie była pewna, czy po tym wszystkim potrafiła tak po prostu wejść do tego pomieszczenia i, cóż, mieszkać w nim.
Odetchnęła głęboko, zwiesiła głowę, a potem potrząsnęła nią mocno, starając się rozbudzić. Nie powinna się teraz rozklejać, ale dziwne uczucie osłabienia dopadało ją za każdym razem, gdy targała nią silniejsza emocja. W tym wypadku bała się wrócić do swoich kwater i natychmiast poczuła, jak koniuszki jej kończyn stały się dziwnie chłodne oraz osłabione. Zamknęła więc na moment oczy, objęła ramiona i mocno je potarła, przywracając ciału odrobinę ciepła. Paradoksalnie po wcześniejszym uderzeniu gorąca nie było już nawet śladu. Wstała i, chcąc zmierzyć się ze swoim lękiem, wyszła na korytarz, ale zaraz się zatrzymała, w duchu przeklinając Varrena.
Musiał mieć niezły ubaw, zdając sobie sprawę z tego, że Averyn w tej części Akademii znajdowała się pierwszy raz. Wspaniałomyślnie kazał jej coś zjeść oraz doprowadzić się do porządku, wiedząc, że zanim znajdzie drogę do kwater adeptów, minie przynajmniej połowa wyznaczonego czasu.

Kairn podniósł wzrok, kiedy usłyszał odgłos naciskanej klamki. Po chwili do sali wpadła zdyszana Averyn, rozglądając się nieco zagubionym spojrzeniem po wnętrzu pomieszczenia. Na jej czole perlił się pot, oddychała ciężko, a w drżących ze zdenerwowania dłoniach ściskała kilka pajd suchego chleba oraz zabutelkowaną wodę. Zdziwienie dziewczyny było tym większe, że zdążyła stawić się przed wszystkimi adeptami. Widząc wzrok młodszego Arane zawieszony na jedzeniu, zawstydziła się nieco, chcąc już schować prowiant za plecami.
— Zjedz, byle szybko, zanim ktoś przyjdzie — mruknął jednak tamten, wracając wzrokiem do kartki, na której wcześniej coś notował.
— Nikogo jeszcze nie ma? — zapytała cicho, zamykając za sobą drzwi.
— Zajęcia zaczynają się za pół godziny — poinformował ją, nie odrywając spojrzenia od biurka.
Averyn nie odpowiedziała nic, przeszła jedynie w stronę miejsca, które Kairn kazał jej zająć pierwszego dnia, usiadła z cichym westchnieniem i prawie od razu wepchnęła niemal całą pajdę chleba do ust.
— Varren zabawił się twoim kosztem — bardziej to stwierdził, niż zapytał, kręcąc przy tym głową oraz uśmiechając się do własnych myśli.
Dziewczyna czym prędzej przełknęła to, co miała w ustach.
— Na to wygląda — skwitowała tylko.
— Nie ty pierwsza, pewnie nie ostatnia — powiedział, podnosząc na nią wzrok.
Ledwie skończyła jeść i popiła wszystko solidnym łykiem wody, a do środka wszedł Dima. Omiótł salę nerwowym spojrzeniem, które niedługo później zatrzymał na Averyn. Kairnowi skinął krótko głową, by zaraz zająć miejsce obok partnerki. Adeptka zauważyła, że z tego starcia wyszedł zdecydowanie gorzej niż ona. Skórę wokół prawego oka miał sinozieloną, na ustach widać było ślad po rozcięciu, a nos wyglądał na złamany i zdecydowanie kiepsko nastawiony.
— Cześć — przywitała się niepewnie, zmuszając się do uśmiechu.
Coś znowu ścisnęło jej żołądek, tym razem z taką siłą, że o mało nie zemdlała.
— Cześć — odpowiedział szorstko, ale zaraz westchnął ciężko. — Nie łajaj się, to nie twoja wina, gdybym wtedy nie wstał… — urwał, przewracając oczami.
— Ale dlaczego? — zapytała zbita z tropu.
— Nie wiem. — Wzruszył ramionami, patrząc na Kairna.
Zastanawiał się, czy młodszy Arane ich podsłuchiwał. Właściwie rozmawiali dość cicho, ale Dima nie miał pojęcia, jak z tej strony działała akustyka. Może jakiś strzępek rozmów miał szansę do niego dotrzeć?
— Jeśli chciałeś przypodobać się Varrenowi, to daruj sobie — mruknęła Averyn, drapiąc wybrudzony brzeg ławki. — Szczerze mnie nienawidzi, wątpię, żeby pomoc mi przysporzyła ci jego sympatii.
Dima spojrzał na nią ostro; przez moment nie odpowiadał.
— Nie potrzeba mi jego sympatii — burknął w końcu.
— Jasne — skwitowała niemal szeptem, ale chłopak i tak ją usłyszał.
Wkrótce sala zapełniła się adeptami – Averyn zauważyła, że było ich prawie o połowę mniej niż ostatnio – i Kairn zamknął drzwi, rozpoczynając zajęcia. Adeptka z uwagą przyglądała się, jak przyzwał niewielką kulę ognia, która zatrzymała się na jego dłoni, w ogóle nie parząc skóry.
Każde przywołane przez młodszego Arane zaklęcie sprawiało, że dziewczyna czuła, jak zgromadzona wokół postaci Kairna moc biegnie wzdłuż tułowia, kumulując się na czubkach palców. Niemal widziała, jak energia przepływa z najdalszych zakątków jego ciała, by ostatecznie zebrać się tam, gdzie sobie tego życzył. Averyn nie miała pojęcia, czy reszta adeptów zauważyła to samo, ale myślała, że fakt odnotowania takiej rzeczy dobrze świadczył o jej własnej mocy oraz umiejętności spostrzegania.
Zaczęła jednak czuć się dziwnie, kiedy zdała sobie sprawę z tego, że słyszała coś jakby niezrozumiałe szepty krążące najpierw wokół ich wykładowcy, a później pełznące ku niej. Były coraz bliżej i bliżej, z każdą chwilą stając się głośniejsze, by ostatecznie wlewać się do głowy niemal szaleńczym krzykiem. Averyn ostatkiem sił zmusiła się do tego, by wyrównać oddech, siedzieć w niemal zupełnym bezruchu i wpatrywać się w jeden punkt. Nie umknęło to uwadze Dimy, który przyglądał się jej od czasu do czasu, ale dziewczyna to zignorowała, nie słuchając już nawet Kairna, kiedy starała się nie ściągnąć na siebie uwagi reszty sali.
Odetchnęła z ulgą, czując sperlony na czole pot, kiedy młodszy Arane odwołał ostatnie zaklęcie. Zupełnie jakby jego magia wyrządzała jej krzywdę. Ból w klatce piersiowej pulsował tępo, co jakiś czas nasilając się i sprawiając, że Averyn niemal dusiła się, próbując zaczerpnąć trochę tchu.
— Co się z tobą dzieje, co? — zapytał podenerowany Dima, gdy Kairn opuścił miejsce za biurkiem.
Dziewczyna odetchnęła głęboko, ale nie spojrzała na kompana.
— Nie czuję się najlepiej — mruknęła, odprowadzając wykładowcę wzrokiem, nie chcąc jednocześnie wyjawiać koledze zbyt wielu szczegółów. — Nie spałam za dobrze — wyjaśniła, mając nadzieję, że dzięki temu Dima się odczepi; tak się jednak nie stało.
— Może powinnaś to zgłosić i iść odpocząć? — zasugerował niewinnie.
Averyn w jednej chwili odwróciła się ku niemu, gromiąc go spojrzeniem.
— Chyba żartujesz — syknęła krótko. — Po takim czymś równie dobrze mogłabym nie wracać.
Wraz ze złością na Dimę przyszło jeszcze więcej bólu oraz dziwne szarpnięcie mocy. Jakby chciała się wydostać na zewnątrz albo rozerwać dziewczynę od środka. Kilku adeptów najprawdopodobniej wyczuło to niecodzienne wahnięcie energii, bo odwrócili głowy, chcąc znaleźć jego źródło. Przypominając sobie lekcję Kairna, Averyn skupiła się na wewnętrznej sile. Zacisnęła mocno powieki, kolejny raz wyobrażając sobie skumulowane źródło magicznej siły, które zaraz ścisnęła rękoma w wyobraźni. Moc wymykała się jednak z jej dłoni, przepływając między palcami i uciekając z zasięgu.
Adeptka wciągnęła powietrze ze świstem i nagle uniosła się z miejsca. Najpierw zachwiała się niebezpiecznie, a potem zaczęła iść w stronę wyjścia z sali, zwracając tym samym na siebie uwagę wszystkich zebranych w pomieszczeniu adeptów. Nie przejmowała się tym. Czuła, że jeśli czegoś nie zrobi, wewnętrzny, palący ją od środka ogień wydostanie się na zewnątrz, niszcząc wszystko na swojej drodze.
— Averyn! — Dima warknął ku niej karcąco. — Popierdoliło cię?!
Zignorowała partnera, drżącymi krokami zmierzając do drzwi.
Na korytarzu dopadła do najbliższego okna, otwierając je na oścież, by odetchnąć głęboko, ale i to nie pomogło. Dziękowała tylko wszystkim znanym jej bogom za to, że  w holu akurat nikogo nie było. Choć z drugiej strony żałowała, że nie zdążyła wyjść za Kairnem, a potem zatrzymać go na korytarzu lub wpaść na Naira. Może oni umieliby jej pomóc.
Albo skrócić cierpienia — pomyślała z bólem.
Stęknęła głucho, chcąc udać się do swojego pokoju, podczas gdy jej ciało zaczęła trawić wysoka gorączka. Mogła jeszcze odwiedzić Varrena, ale tego się bała. Chociaż kwatery oficerów znajdowały się na najniższym piętrze, zdecydowanie wolała spróbować wejść na samą górę części mieszkalnej. Może zimny prysznic jakoś by jej pomógł?
Tymczasem Eremtair zmarszczył brwi, przyglądając się słaniającej Averyn, kiedy ta, wspierając niemal cały ciężar ciała na poręczy przy schodach, mozolnie wspinała się na górę. Nie sądził, że pierwszy donos będzie mógł złożyć Najwyższemu tak szybko.

Kairnowi bardzo nie podobało się to, że do czasu oficjalnego awansowania Eremtaira kazano mu przejąć obowiązki Derena. Zdecydowanie wolałby święty spokój. Nie dość, że musiał od czasu do czasu niańczyć Averyn, to miał jeszcze dość własnych spraw spędzających mu sen z powiek. A teraz jeszcze sprawa Livii… Przeczesał ręką włosy, widząc gromadzących się na placu adeptów. Wzrokiem próbował odszukać podopieczną Varrena, ale wyglądało na to, że nie miała zamiaru stawić się na dzisiejsze zajęcia z walki mieczem. Zerknął na swojego kompana, który najwidoczniej również czekał na pojawienie się Averyn.
Kairn zacisnął mocniej usta. Przecież pojawiła się na porannych zajęciach, które prowadził. Faktycznie wyglądała jak siedem nieszczęść. Może źle się poczuła? Ale chyba miała na tyle rozumu, by wiedzieć, że lepiej było przynajmniej pokazać się na zajęciach… tym bardziej tych prowadzonych przez Varrena.
Starszy Arane udawał jednak, że w ogóle go to nie obeszło. Spojrzał bowiem na umieszczony na ręce zegarek i spokojnie przemówił do zebranych adeptów:
— Zaczynamy zajęcia. Macie podejść do stołu i wybrać sobie taki miecz, który nie będzie wam ciążył i jednocześnie nie będzie przeszkadzał w walce — wyjaśnił, wskazując ręką w stronę blatu, na którym ułożono różnej wielkości ostrza. Uczniowie nie wyglądali na specjalnie przekonanych. — W skrócie — podjął zażenowany, że znowu musiał przemawiać do bandy idiotów — macie wybrać sobie taki miecz, który będziecie w stanie podnieść, a zarówno taki, którym nie będziecie zahaczać o ziemię podczas wymachów.
Averyn nie spóźniła się na te zajęcia – nie pojawiła się na nich w ogóle. Varren wydawał się starannie ignorować ten fakt, ale Kairn wiedział, że musiał być naprawdę wściekły.
Najświętsza Sigmo, ona naprawdę szuka guza, jęknął w duchu, a potem ukrył twarz w dłoniach, widząc, jak jeden z adeptów zabijał się w tej chwili własnym mieczem.
Za ciężkie ostrze wyśliznęło się z dłoni dzieciaka, kiedy natrafiło na broń przeciwnika i odbiło się od niej z głuchym szczęknięciem. Niestety gówniarz trzymał broń uniesioną dość wysoko nad głową, więc kiedy spadło na niego, niemal natychmiast rozpłatało mu szyję. Adept runął na ziemię, wydając z siebie jedynie głuchy jęk.
Kairn momentami przestawał się dziwić temu, że Varren tak sceptycznie podchodził do młodych uczniów przyjmowanych ostatnimi czasy do Akademii. Wyraźnie dało się zauważyć silną tendencję spadkową, jeśli chodziło zarówno o siłę, jak i wytrzymałość oraz inteligencję gówniarzy, którym wszczepiano kamień pod skórę. Zupełnie, jakby Ilvan zbierał wszystkich, jak leciało… Młodszy Arane miał jednak wrażenie, że takie działanie wcale nie miało okazać się bezcelowe. Może i tego rodzaju adepci nie sprawdziliby się w regularnej bitwie lub nie byliby dobrym towarem na sprzedaż, za to do roli mięsa armatniego nadawali się idealnie.
Westchnął ciężko i wstał, by po chwili wyjść z cienia, widząc, że Varrenowi wcale się do tego nie spieszyło. Adepci przestali nagle mierzyć ciosy i natychmiast ustawili się w dwuszeregu. Kairn bez słowa sięgnął po miecz konającego właśnie dzieciaka krztuszącego się własną krwią. Ostrze najprawdopodobniej zniszczyło mu krtań, bo gówniarz rzęził wniebogłosy. Młodszy Arane przewrócił tylko oczami, zamachnąwszy mieczem w powietrzu tak, by cała krew znajdująca się na sztychu zleciała na ziemię. Później koniuszkiem palca dotknął brzegu ostrza i uśmiechnął się ponuro, czując, jak zimny metal natychmiast wgryzł się w skórę.
— Naprawdę ostre — mruknął tylko i spojrzał na rząd przerażonych adeptów. Rana na palcu młodszego Arane zasklepiła się tak szybko, jak powstała. — To bardzo dobra broń. Szkoda, że wybrał ją tak słaby adept.
Tymczasem dzieciak leżący na ziemi wydał z siebie ostatnie, rozpaczliwe charknięcie.
Kairn wiele mógłby powiedzieć o procesie kształcenia młodych adeptów w Akademii. Problem tkwił w tym, że nikt nie pytał go o zdanie. W każdym razie wiedział, że przesiew, jaki zarządził Ilvan, nie był dobry. Taki sposób odrzucania słabszych jednostek sprawiał, że często potencjalni magowie lub medycy ginęli pod ciężarem własnego ostrza, nie mając wcześniej możliwości rozwinięcia talentów. Może nawet dzieciak, który zabił się chwilę temu, mógł okazać się w przyszłości naprawdę zdolnym medykiem i uratować na froncie nawet kilkudziesięciu kompanów?
Sprawa miała się tak, że, po przyjęciu w szeregi Akademii, adepci dostawali kilka dni na ogólną aklimatyzację, chociaż już na tym etapie zajęcia z władania mieczem oraz podstawy medycyny wybijały pierwsze jednostki. Mimo to i tak były to ostatnie chwile wytchnienia przed trudnym egzaminem, jaki szykowali dla nich oficerowie. Część dzieciaków zabijała się sama w zaciszu własnego pokoju, inni ginęli zabici przez rówieśników i oficerów, a kolejni zdychali, nie potrafiąc zapanować nad swoją mocą, która trawiła ich od środka. Dla słabych zarówno fizycznie jak i psychicznie nie było tu miejsca. Przeżywała więc ledwie garstka.
Można by więc z całą pewnością stwierdzić, że Kairn miał nieco więcej szczęścia i przydzielono mu „nauczanie indywidualne” u Varrena. Chęć pokazania temu skurwysynowi, że wcale nie był bezużyteczny, sprawiała, że nawet przez moment nie pomyślał o samobójstwie. A teraz, kiedy dotarł już na stanowisko oficera, zastanawiało go to, co tak naprawdę trzymało Averyn przy życiu i dlaczego, skoro dostała od losu taką szansę, zdecydowała się na pogrywanie z nim?

Nie miał pojęcia, co strzeliło jej do łba, by tak po prostu nie przyjść na te pieprzone zajęcia. Kiedy tylko nadszedł ich koniec, zupełnie zignorował Kairna i przeszedł przez plac treningowy, a potem zatrzasnął za sobą drzwi prowadzące do wnętrza głównego budynku Akademii. Niedługo później Varren ruszył schodami, przeskakując po dwa stopnie, wyprzedzając przy tym kilku zmieszanych adeptów, aż dotarł na ostatnie piętro. Bez wahania skręcił w odpowiedni korytarz i już po chwili nacisnął klamkę do pokoju Averyn, nie kłopocząc się pukaniem.
Na moment zapomniał o całej złości, nie zastawszy jej w pokoju. Dopiero po chwili do jego uszu dotarł szum wody lecącej z prysznica. Starszy Arane zamknął więc za sobą drzwi, czując dziwne uczucie niepokoju ściskające jego gardło.
— Averyn? — zapytał tonem bardziej niepewnym, niżby sobie tego życzył.
Natychmiast przeklął się w myślach, ale odpowiedziała mu cisza. Odetchnął głęboko, obawiając się najgorszego. Chyba powiesiłby się, gdyby zastał ją tam z podciętymi nadgarstkami, zakrwawioną i martwą.
Bał się. Po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu czuł rosnące w piersi przerażenie. Nie był w tak opłakanym stanie nawet wtedy, gdy wyciągał ją ze szponów Ilvana. Nie rozumiał, dlaczego nie czuł trwogi przed przełożonym, ale przerastało go to, co mógł zastać za drzwiami. Wiedział, że musiał postąpić jak z plastrem – zerwać go jak najszybciej, by jak najmniej bolało – ale jednocześnie nie potrafił się ruszyć. W końcu chwycił klamkę i naparł na drzwi, wpadając do środka. Niemal natychmiast odwrócił wzrok, układając w geście rozpaczy ręce na głowie.
— Kurwa! Kurwa mać! — wrzasnął, nie wierząc w to, co dane mu było oglądać.
Zaraz jednak uderzył się otwartą dłonią w twarz, próbując doprowadzić się do porządku. Czym prędzej zakręcił wodę i kucnął przy dziewczynie. Nadgarstki miała całe, ale krew plamiąca jej koszulkę na klatce piersiowej nie wróżyła niczego dobrego. Złapał Averyn za ramiona i potrząsnął nią mocno, ale nie dało to żadnego efektu. Pulsu nie sprawdzał, bo widział, że oddychała, dlatego zaraz krótko zdzielił ją po twarzy, przez moment czując pod palcami rozgrzaną skórę.
Dziewczyna otworzyła oczy i przez moment błądziła nieobecnym spojrzeniem po pomieszczeniu. Za chwilę jęknęła głucho oraz charknęła, wypluwając trochę krwi. Varren wpatrywał się w twarz podopiecznej tak intensywnie, jakby miało to w jakikolwiek sposób pomóc w tej ciężkiej sytuacji.
— Averyn, słyszysz mnie? — zapytał zdenerwowany.
W odpowiedzi nie do końca świadomy wcześniej wzrok zatrzymał się na jego twarzy. W oczach Averyn jeszcze nigdy, nawet tamtego dnia, nie widział takiego oskarżenia. Wolałby chyba, żeby coś powiedziała, żeby krzyczała, żeby zbeształa go jak psa. Ale nie to. Tylko tego nie potrafił znieść. Tylko to potrafiło wywołać w nim jakiekolwiek emocje poza uczuciem złości i nienawiści.
Varren odsunął się nieznacznie, widząc, jak Averyn drżącą dłonią sięgała do dekoltu i odsuwała go, oddychając przy tym szybciej. Kiedy odsłoniła miejsce nieco powyżej piersi, starszy Arane aż zaklął, zamykając na moment oczy. Fragment pękniętego kamienia wystawał ponad skórę. Właściwie cudem było to, że Averyn jeszcze dychała, chociaż i to mogło szybko stać się nieprawdą.
Nie wiedział, co powinien zrobić. Adepci i tak widzieli, jak wszedł do jej pokoju. Miałby tak po prostu wynieść ją na rękach na oczach wszystkich? Nie dbał o to, że ktoś mógłby pomyśleć sobie, że przez tę głupią dziewuchę zmiękł i właśnie starał się ją uratować, ale gdyby taka informacja dotarła teraz do Ilvana…
Opuścił Averyn, pozwalając jej osunąć się tak, by z powrotem opierała się o ściankę prysznica, a sam przycisnął palce do skroni, czując, jak ćmiący ból zaczął rozsadzać mu czaszkę.
— Musisz wstać — powiedział zrezygnowany. — Musisz przejść ze mną dwa piętra niżej — wyjaśnił i podniósł wzrok.
Averyn ledwie uniosła brwi i charknęła prawie bezgłośnie, jakby chciała się zaśmiać, ale w efekcie wypluła tylko więcej krwi, która ściekała teraz po jej brodzie. Łzy spłynęły po twarzy dziewczyny, która zaraz zamknęła oczy, zaciskając mocno powieki. Varren nawet nie chciał wiedzieć, jak ogromny musiała czuć w tym momencie ból. Widział, że z trudem łapała powietrze. Nie mieli dużo czasu. Ale jak mógł wyprowadzić ją niezauważoną?

Eremtair zabębnił palcami o blat stołu. To nie jego sprawa. Mógł po prostu donieść Ilvanowi o tym, że z dziewczyną coś było nie tak. Po cholerę za nią poszedł? Co pokusiło go, by śledzić ją aż do jej pokoju? Nie powinien tego zobaczyć. To naprawdę nie jego sprawa.
Nie jego pieprzona sprawa.
Zawsze unurzał się po uszy w gównie. Zawsze.
Westchnął ciężko, zerknął na rozpiskę zajęć wszystkich oficerów i sięgnął po telefon, wybierając odpowiedni numer oraz ostatecznie podejmując decyzję, która miała zaważyć o losach zarówno jego, Varrena oraz dziewczyny. Zdziwił się tym, jak szybko jego rozmówca odebrał.
— Varren? — upewnił się. — Słuchaj, Averyn jest…
— Już wiem — odpowiedział mu głos w słuchawce. — Wiem, gdzie jest. Jestem u niej.
Eremtair zamilkł. Nigdy nie słyszał, żeby starszy Arane wypowiadał się w taki sposób. Brzmiał, jakby był… zawiedziony? Zrezygnowany? Nie… Varren był zrozpaczony. Przyparty do muru, spod którego sam nie mógłby uciec. Eremtair miał tylko wrażenie, że w tym wszystkim wcale nie chodziło o to, że starszy Arane chciał ratować swoją skórę. Mimo wszystko wolał tego nie roztrząsać. A przynajmniej nie teraz.
— Domyślam się, że na stole spierdoliłeś robotę — powiedział cicho, ale Varren nie odpowiedział, co uznał za potwierdzenie przypuszczeń.
Zacisnął palce na nasadzie nosa i zamknął oczy, rzucając w myślach wszystkimi możliwymi inwektywami w swojego rozmówcę.
— Będziesz miał… — urwał na moment, kalkulując czas, jakiego sam potrzebował na załatwienie niektórych spraw — dwie minuty — poinformował spokojnie. — W tym czasie Kairn załatwi nowy towar, a Nair zorganizuje salę operacyjną. Ja zajmę się gówniarzami. Później się rozliczymy.
— Erem…
— Nie — przerwał mu twardo. — Nie chcę wiedzieć więcej.

Varren miał wrażenie, że minęła cała wieczność, nim usłyszał krzyk Eremtaira rozchodzący się po korytarzu, choć od ich rozmowy nie upłynęło więcej niż półtorej minuty.
— Dodatkowe ćwiczenia! — usłyszał z holu. — Niestawienie się będzie surowo karane! Zbiórka na placu treningowym za trzydzieści sekund!
Eremtair nie skończył mówić, a część gówniarzy już zaczęła się zbierać, w popłochu wybiegając na zewnątrz. Varren słyszał jeszcze kilka podniesionych głosów, trzaskanie drzwiami, nawet szczękanie niezapiętego pasa od spodni. Kiedy wszystko ucichło, policzył w myślach do trzydziestu, poprawił omdlałą Averyn lejącą się przez jego ręce i naparł na drzwi, otwierając je łokciem.
W panice rozejrzał się po korytarzu, nikogo jednak nie dostrzegł. Dziewczyna jęknęła coś niezrozumiale, majacząc w nieświadomości. Varren spojrzał na nią ukradkiem.
— Na litość, choć raz zawrzyj ten niewyparzony ryj… — mruknął, szykując się do biegu.
Wiedział, że wykładzina w holu stłumi jego kroki, ale na schodach musiał narobić hałasu. W dodatku okazało się, że bezwładne ciało Averyn raz po raz wymykało mu się z objęć, więc ostatecznie musiał przerzucić ją przez oba ramiona, niosąc ją na karku jak worek ziemniaków.
Kopniakiem otworzył drzwi do gabinetu Naira, który zaraz zerwał się z miejsca, by zerknąć, czy nikt za nimi nie podążał. Dopiero potem spojrzał na dziewczynę, a Varren z krótkim sapnięciem odłożył ją na kozetkę.
— Masz salę? — zapytał zdyszany.
— Mam, ale musisz mi powiedzieć…
— Spierdoliłem robotę. Pęknięty kamień wyłazi jej przez skórę — wyjaśnił krótko, posyłając Nairowi znaczące spojrzenie.
Medyk założył ręce na piersi, a jego twarz wykrzywił nieprzyjemny grymas.
— Nie chcesz chyba wszczepić jej nowego kamienia — wyszeptał wściekle.
— Owszem, chcę — odparł tonem nieznoszącym sprzeciwu.
— Nie ma takiej opcji — wycedził Nair, zaciskając dłonie na skrzyżowanych ramionach. — Nikt nie wie, co się stanie, jeśli żyjącego pozbawi się kamienia, a co dopiero…
— Mam inny wybór, do cholery?! — ryknął, uderzywszy pięścią w blat biurka z taką siłą, że drewno pękło, a medyk beznamiętnym wzrokiem podążył za dłonią Varrena. — Masz mnie za idiotę?! Dokładnie wszystko przemyślałem. To jedyne wyjście.
Nair już chciał coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi do jego gabinetu otworzyły się z rozmachem, wpuszczając do środka zmęczonego Kairna.
— Nie spóźniłem się? — zapytał, oddychając przy tym szybko. — Wisisz mi wagon wódki, Varren, wagon — wysapał jeszcze, akcentując, pochyliwszy się oraz oparłszy dłonie o kolana. — Musiałem zabić strażnika w magazynie. Będę musiał się przez to napocić. Poza tym Ilvan przyjebał się o dwa zaginione pistolety. Jestem pewny, że coś o tym wiesz.
Naharev chciał się odezwać, ale medyk był pierwszy:
— Pokurwiło cię do reszty — mruknął do Varrena, ale zaraz spojrzał na Averyn, nadal się krzywiąc.
— Nair. — Starszy Arane opuścił głowę, oddychając ciężko. — To rozkaz.
Medyk zacisnął na moment usta, zmełł w ustach kilka inwektyw, a potem przeniósł spojrzenie na Kairna.
— Bierz ją na salę, bo zaraz wyskoczy nam tu z butów i będzie po zabawie — warknął, wyciągając z kieszeni klucz, by otworzyć drzwi prowadzące do pomieszczenia za jego gabinetem.

Gdy tylko otworzyła oczy, zobaczyła smugę białego światła lejącego się gdzieś, jak się jej wydawało, z sufitu. Niesamowita jasność oślepiła Averyn niemal natychmiast, jednocześnie sprawiając, że zakręciło się jej w głowie. Miała nadzieję, że obraz wreszcie się wyostrzy i będzie mogła ujrzeć wyraźne kształty, ale tak się nie stało. Zamiast tego w uszach słyszała pisk tak irytujący, jakby gdzieś niedaleko przed momentem nastąpił potężny wybuch ogłuszający każde żywe stworzenie znajdujące się w jego zasięgu.
Wydawało się jej, że coś ciężkiego spoczywało na klatce piersiowej, uniemożliwiając nabranie głębszego oddechu. Chciała to z siebie strącić, ale nie miała pojęcia, gdzie znajdowały się jej ręce. Zupełnie jakby bytowała gdzieś w przestrzeni, słysząc ledwie denerwujący pisk i widząc otaczające ją zewsząd światło. Cień ukazywał się momentami z dala od epicentrum jasności, ale nadal nie była w stanie zobaczyć czegokolwiek na tyle wyraźnie, by mogła chociaż zgadywać, przez co ów cień został rzucony.
Wreszcie łzy, wywołane zbyt długim wpatrywaniem się w promień jasności, spłynęły po twarzy, by po chwili zniknąć gdzieś we włosach. Mimo to nie była w stanie zmusić się do ponownego zamknięcia oczu, żeby ulżyć sobie choć na chwilę. Zupełnie, jakby ciało, w którym się znajdowała, nigdy nie było jej, jakby stała się wyłącznie biernym obserwatorem nieswojego życia.
To życie nie należało w tym momencie do niej, chociaż bardzo tego chciała. W tej chwili gotowa była oddać wszystko za jakikolwiek znak, który uświadomiłby, że nie znajdowała się w piekle. Wolała srogie baty wymierzane przez Varrena niż to, co działo się wtedy w jej głowie. Wolała żyć, będąc gnębioną i krzywdzoną, niż nie żyć w ogóle. Ból, jaki wcześniej czuła, sprawiał, że każdym kawałkiem skóry odczuwała istnienie. Każdy moment cierpienia uświadamiał, że to jeszcze nie koniec.
Dopóki czuła cokolwiek, wiedziała, że jeszcze nie przegrała.
Ciężar zniknął szybciej, niż zdążył się pojawić – czy też raczej tak niespodziewanie, jak Averyn zdążyła sobie zdać sprawę z jego obecności, równie szybko spostrzegła, że przestała go odczuwać. Wiedząc, że nie zdoła przeżyć bez tlenu, nabrała wdechu tak głębokiego, jak tylko mogła. Brudne, ciężkie powietrze dostało się do płuc naprawdę szybko. Zdecydowanie powinna zastanowić się, zanim zaczęła działać. Miała bowiem wrażenie, że, wciągając je, dotkliwie raniła się od wewnątrz, jakby sam tlen najeżony był setkami igieł. Zdecydowała się więc na jak najszybszy wydech, ale ból nie ustąpił. Nasilał się z każdym kolejnym rozpaczliwym oddechem, nasilał się nawet wtedy, gdy nie oddychała wcale.
Moment zajęło jej, zanim spostrzegła, że to nie płuca okazały się źródłem cierpienia, lecz całe jej ciało. Nadal nie widziała niczego poza jaskrawym światłem, jednak do uszu zaczęły docierać coraz to nowe dźwięki. Umysł chłonął je zachłannie, starając się rozpoznać cokolwiek z wszechobecnej kakofonii szumów, stukotów i głosów. Próbowała nadać nazwy temu, co słyszała, ale miała wrażenie, że to było dla niej zbyt wiele.
Minęło kilka nieznośnie długich chwil, gdy zorientowała się, że jeden dźwięk był zdecydowanie wyraźniejszy na tle innych. Słyszała czyjś głos! Ktoś coś mówił! Nie została sama!
Świadomość powracała do niej ciągłym strumieniem, dlatego przeżyła ogromny szok, kiedy nagle poczuła obolałe ramiona, słabe dłonie i drżące palce nie będące nawet w stanie zacisnąć się w coś, co mogłoby choć przez moment przypominać pięść. Uda, dość szczupłe, wydawały się w tym momencie ciężkie oraz zupełnie bezwładne. Nie potrafiła zmusić stawów w kolanach do tego, by zgięły się odrobinę, a stopy zdawały się tak lodowate, jakby cała krew w tej chwili postanowiła z nich odpłynąć. Mimo całej tej świadomości reszta ciała pozostała bólem stającym się odrębnym bytem gdzieś wewnątrz niej, bytem, nad którym nie mogła zapanować, a który wyniszczał ją od środka.
Ale przecież żyła! Przecież jeszcze nie przegrała!
Wszystkimi siłami spróbowała się podnieść. Ledwie uniosła głowę i słabe, niepewne ręce, a coś przycisnęło ją z powrotem do powierzchni, na której leżała. Averyn nie była w stanie mierzyć się z tak wielką siłą. A może nie tak znowu wielką? Może to obecny stan sprawiał, że w starciu nawet z niedużą mocą nie miała żadnych szans?
Coś nagle przysłoniło światło. Zamrugała, chcąc zobaczyć cokolwiek poza białymi plamami przesłaniającymi widok. I wtedy to poczuła. Jakby ktoś wyrwał cząstkę jej serca z klatki piersiowej. Za chwilę kolejną i kolejną. Jedne kawałki były większe, inne wydawały się mniejsze. Czy to jedna z zagrywek Varrena?
Zacisnęła oczy, ignorując fakt, że w końcu była w stanie tego dokonać, a łzy bólu natychmiast wydostały się spod powiek. Coś szarpnęło naprawdę dużą cząstkę, próbując wydostać ją z ciała, ale ta nie chciała odpuścić. Miała wrażenie, jakby ktoś starał się wyrwać życie z jej piersi. Nieposłuszne woli ciało wygięło się ku górze, głowa bezwładnie opadła na bok. Coś najpierw ścisnęło gardło, a potem wyrwało z niego nieludzki wrzask. Czuła się jak ranione zwierzę, które nie było w stanie się bronić.
Choć przed momentem tak bardzo pragnęła życia, w tej chwili potrafiła myśleć jedynie o śmierci.
Coś zakryło jej usta, uniemożliwiając dalszy krzyk. Averyn ponownie otworzyła załzawione oczy. Słone krople skutecznie ograniczały pole widzenia, ale tym razem mogła rozpoznać to, co ją otaczało. Wraz ze wzrokiem wyostrzył się też słuch, lecz wszelkie rozmowy, które wcześniej wydawały się tak głośne, teraz ucichły zupełnie.
Para szarych oczu wpatrywała się w nią uważnie. To Varren! Trzymał jedną z jej rąk, a wolną dłonią zakrywał usta. Bolesna świadomość wróciła na stałe. Mimo wcześniejszego otępienia, chyba jednak wolała, gdy otaczało ją jedynie światło oraz pisk.
Starszy Arane pochylił się ku niej, ściskając mocniej słabą rękę. Jego słowa docierały do uszu Averyn jakby z daleka.
— Na znieczulenie zabrakło funduszy.
Minęło kilka chwil, zanim udało się jej przetworzyć tę wiadomość. Kiedy jednak umysł zaczął rozumieć każde słowo i dotarł do niej sens tego komunikatu, uśmiechnęła się ponuro. Bo co innego jej pozostało?
Dziwnym, nie do końca świadomym ruchem omiotła dłonią najbliższe otoczenie na tyle, na ile pozwalała jej blokada stworzona z ramion któregoś z oficerów. Niespodziewanie natrafiła na czyjeś przedramię i chwyciła je w nadgarstku, ponownie zaciskając oczy. Chociaż nie obchodziło jej to, do kogo ta ręka należała, umysł powoli skojarzył fakty – Nair operował, Kairn ją trzymał, Varren przed momentem ściągnął dłoń z jej ust. Jego skóra była przyjemnie ciepła w porównaniu z własnymi chłodnymi palcami. Wydawała się jedynym stałym, a zarazem pewnym punktem we wszystkim, co ją otaczało.
Starszy Arane zamrugał szybko, widząc, jak Averyn kurczowo trzymała jego nadgarstek. Spojrzał na nią zdziwiony, potem przeniósł spojrzenie na Naira, który rozcinał właśnie opakowanie z nowym kamieniem. Medyk kiwnął tylko krótko głową, dlatego Varren spojrzał na Kairna, który chciał odtrącić dłoń Averyn od starszego Arane.
— Zostaw — nakazał mu jednak.
Kairn posłał mu pytające, pełne niezrozumienia spojrzenie.
— Przynajmniej się nie rzuca — wyjaśnił krótko.
Nie mógł przecież powiedzieć, że wolał, by tak zostało, skoro przynosiło jej to choć odrobinę ukojenia.
Nair umieścił płaski kamień pod skórą dziewczyny i zastygł w bezruchu, czekając w napięciu. Naczynia krwionośne, przed momentem jeszcze rozcięte, a miejscami wręcz rozerwane, w jednej chwili zaczęły się regenerować, oplatając nowego pasożyta. Medyk podniósł wzrok na dwóch pozostałych wojowników. Varren przyglądał się kamieniowi z równą niepewnością, co przed momentem on sam.
— Udało się — zawyrokował ostatecznie medyk, odwracając się, by sięgnąć po zestaw do zaszycia rany.
— Słyszysz? Udało się! — Tymczasem Kairn szturchnął mocno Varrena, do którego najprawdopodobniej nie dotarła jeszcze ta jakże oczekiwana nowina.

Ale on przyglądał się Averyn, jej powieki drgnęły krótko, a spojrzenie w jednej chwili stało się całkowicie puste.

12 komentarzy:

  1. Posłusznie melduję iż we fragmencie "Próbował nadać nazwy temu, co słyszał, ale Averyn miała wrażenie, że to było dla niej zbyt wiele." Av dwa razy zmieniła płeć.
    A tak w ogóle to Łzy zaczęły być znacznie gęstsze opisowo. Miło.
    :c ten komentarz nawet nie jest spamem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. *retard mocno* Nerka sprawdza, ja poprawiam, a potem i tak dupa z tego jest, bo coś poprawię, zmienię formę, a dalej zostaje jakaś kaszana.

      I cieszę się, że opisowo trochę się poprawiło! :D Yay!

      Usuń
  2. Ja mam sesję właściwie już teraz! Właśnie dlatego uznałam, że najlepszym pomysłem jest nadrobienie zaległości na Łzach. W grudniu jeszcze miałam za mało roboty, żeby się zajmować czymś innym niż uczelnią, prawda?
    Ale mimo wszystko jestem mocno nieprzytomna, jakiś... tydzień temu? otworzyłam Łzy w zakładce, żeby sobie potem przeczytać, dzisiaj w pociągu się wreszcie dobrałam, zapisałam coś o rozdziale, żeby wrzucić w komentarzu jak już zdobędę dostęp do internetu i kiedy teraz odświeżyłam stronę główną, starałam się przez ctrl+f z uporem maniaka przez jakieś pięć minut doszukać czegoś, co jest w poprzednim rozdziale i nie dotarło do mnie, że na głównej wisi już nowy. Więc nie spodziewaj się po mnie niczego szczególnie konstruktywnego.

    Zostawiam tutaj dwie małe usterki, które wyłapałam w poprzednim rozdziale, tak żeby się nie zgubiły:

    Pod sufitem kołysała się żarówka dająca ledwie nikłe światło. - Tu mi coś zgrzytnęło, ale do końca przez chwilę sama nie wiedziałam co, więc może się okazać, że wcale nie trzeba się tym przejmować. Dopiero po głębszym namyśle doszłam do wniosku, że mi tu nie pasuje "ledwie nikłe światło". Chodziło o to, że ona z ledwością to nikłe światło dawała (ta żarówka), czy to światło było takie biedne, że nie po prostu "nikłe", ale aż "ledwie nikłe"? Jeśli chodziło o to pierwsze, to niechcący przez układ zdania inny związek wyrazowy powstał, jeśli o to drugie, to na moje oko jedno określenie wystarczy.

    Zresztą i tak ograniczał to do absolutnego minimum, wiedząc, że Indari poczułby urażony, a stąd droga do szybkiej śmierci była naprawdę krótka. - A tutaj się się się zgubiło.
    Wait, się się... Się nie ma, o.

    I idę czytać drugi rozdział, tylko dokończę jeden tekst na zaliczenie, żeby się nie czuć aż tak okropnie z samą sobą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To teraz odnośnie aktualnego rozdziału. Zacznę od czepianda:

      Zaczęła jednak czuć się dziwnie, kiedy zdała sobie sprawę z tego, słyszała coś jakby niezrozumiałe szepty krążące najpierw wokół ich wykładowcy, a później pełznące ku niej. - Czy tu przypadkiem nie zaginęło "że"?

      Może i tego „rodzaju” adepci nie sprawdziliby się w regularnej bitwie lub nie byliby dobrym towarem na sprzedaż, za to do roli mięsa armatniego nadawali się idealnie. - A ten cudzysłów tu skąd? Bo trochę nie czaję, czy spełnia w ogóle jakąś funkcję. Chyba że to ironia, której nie zczaiłam, to wtedy spoko.

      Sprawa miała się tak, że, po przyjęciu w szeregu Akademii, adepci dostawali kilka dni na ogólną aklimatyzację, chociaż już na tym etapie zajęcia z władania mieczem oraz podstawy medycyny wybijały pierwsze jednostki. - "W szeregi" miało być, no nie? A przy okazji, jak już się czepiam tego zdania, to czy dookreślenie "ogólna aklimatyzacja" jest konieczne? Bo aklimatyzacja to aklimatyzacja, wiadomo, nie wiem, czy "ogólna aklimatyzacja" od "aklimatyzacji" czymś się różni, a uczulili mnie na studiach bardzo na wywalanie zbędnych wyrazów.

      Część dzieciaków zabijała się sama w „zaciszu” własnego pokoju, inni ginęli zabici przez rówieśników i oficerów, a kolejni zdychali, nie potrafiąc zapanować nad swoją mocą, która trawiła ich od środka. - Ten cudzysłów to już na sto procent nie powinien tutaj być.

      Próbowała nadać nazwy temu, co słyszał, ale Averyn miała wrażenie, że to było dla niej zbyt wiele. - To zdanie już przeszło korektę po komentarzu powyżej? Bo jeśli tak, to nadal się małe gender ostało.

      Z czepianda to tyle. Przypominam jeszcze, że nadal jestem półprzytomna, więc nie bierz tego co tam jest na słowo.

      Jeśli natomiast chodzi o odczucia, odnoszę wrażenie, że z rozdziału na rozdział styl się bardzo waha. W poprzednim miałam poczucie pewnej sztywności, w tym rozdziale już tego nie ma. Przypomniał mi, jak zarwałam noc przed jakimś ważnym dla mojej edukacyjnej kariery sprawdzianem, kiedy czytałam Łzy za pierwszym razem. Teraz jest mi jednocześnie bardzo smutno, że dalszej części nie ma i się bardzo cieszę, bo już i tak za mało sypiam.
      Bardzo podobał mi się ostatni fragment. I bardzo podobał mi się Varren, ale on zawsze mi się podoba, zwłaszcza to, że jakiś przebłysk innych emocji niż nienawiść i irytacja nie równa się temu, że odkrywa w sobie romantyka.
      (Sorry, dzisiaj jestem już u kresu sił i więcej z siebie nie wycisnę, ale następnym razem może pójdzie mi lepiej!)

      Usuń
    2. U mnie sesja zaczyna się 2 lutego. :P Hahaha, przepraszam, że tak z zaskoczenia wyskoczyłam z nowym postem. :D
      Wszystkie błędy na dniach poprawię (po ostatnich emocjach serio teraz mi się nie chce, jestem leniem, wiem), ogromnie dziękuję za ich wytknięcie.

      I tak, styl może się wahać, bo rozdziały pisałam w różnych odstępach czasu, wielokrotnie mijał miesiąc, nawet dwa między jedną a drugą częścią. Postaram się popracować nad poprzednim rozdziałem, może coś sensownego spłodzę.
      No gdzieżby Varren miał nagle zostać romantykiem. :D Cieszę się, że go lubisz, mocno staram się go nie popsuć. :)

      Dziękuję za komentarz, wcale nie musi iść lepiej. Doceniam każde najkrótsze słowo. :)

      Usuń
  3. Ahoj, kapitanie! Melduję się na stanowisku (może nie dostanę szlabanu za spóźnienie? xD).
    „Averyn skupiła się na wewnętrzne sile” – literówka.
    Widzę, że blogspot wywija ci taki sam numer jak mi – po opublikowaniu wstawia enter przy ostatnim akapicie :P.
    Wiesz, teraz zdecydowanie bardziej podoba mi się Eremtair. Wcześniej robił bardziej za jakiegoś ducha i w sumie mało go było, a teraz może i znów czai się gdzieś na obrzeżach, ale mimo to zapada w pamięć. Naprawdę podoba mi się jego rozdarcie między Ilvanem i Varrenem. W sumie przy okazji Eremtair naprawdę dobrze oddaje Akademię i wartości, jakie tam się ceni. Nieco mnie bawi fakt, że w tak ekstremalnych warunkach ludzie wybierają lojalność ponad posłuszeństwo i strach, bo w sumie to bardzo dobrze świadczy o osobie.
    Jak wcześniej Kairn nieco działał mi na nerwy przez to był taki dobry, tak teraz to jego rozdarcie i wahania odbieram bardzo pozytywnie. Ale kiedy ten dzieciak leżał, konając, myślałam, że Kairn go dobije albo coś zrobi, a on tylko rzucił tak standardowym tekstem… ech, chyba wolałabym, gdyby nic nie mówił. (Tłumaczenie Varrena, jaki miecz wybrać, jakoś do mnie nie trafiło… chyba też jestem idiotką. Bo przecież z dużą dozą prawdopodobieństwa ciężki miecz będzie również długi, a o chwycie nic nie mówił, a też chyba ma znaczenie, nie? A może nie, nie wiem sumie :P).
    W ogóle istnieje jakiś powód nagłego pogorszenia się stanu Averyn? Znaczy, czy to, że kamień wylazł na wierzch, jest raczej efektem treningu, sytuacji z Derenem, oddziaływania mocy Kairna czy tak po prostu się stało? Tak pytam, bo mnie to ciekawi.
    W ogóle Dima tak pięknie się wyłożył przed Averyn! Kurka, przecież chyba oczywiste, że warto mieć Varrena po swojej stronie, więc to zaprzeczenie w pewnym stopniu mnie rozczuliło (lubię patrzeć, jak cwaniacy wpadają xD).
    A ta końcówka i współpraca jest miodna. Varren, Kairn i Nair razem w akcji to cudeńko, a przyprawieni Eremtairem to już w ogóle! Tak, wiem, słodzę, mam nadzieję, że nie zeszłaś od nadmiaru cukru :P. Ale ten ich bromans po prostu mnie kupuje po całości – jasne, wiem, że chłopaki to skurczybyki, ale no jak ich nie lubić, kiedy okazują takie pozytywne uczucia.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A no niestety, blogspot chyba wszystkim robi żarty takie. W ogóle nie widzi mi akapitów z Worda już. ._.
      No generalnie starałam się trochę wszystkim postaciom pogłębić profil psychologiczny, żeby ogólnie były ciekawsze i, no, bardziej autentyczne.
      Długi miecz niekoniecznie musi być cięższy od krótszego. Bo krótszy może przecież być szerszy. :P Chwyt ma znaczenie tylko przy podziale na jednoręczne, dwuręczne i półtoraręczne. Poza tym są raczej takie same.
      Wiem, że to tak buracko brzmi, ale musicie mi uwierzyć na słowo, że sporo się wyjaśni, jak Ilvan zostawi Varrena samego w tej piaskownicy i, powiedzmy, że ten zacznie trochę węszyć, bo poczuje więcej... hm, luzu? Nie chcę bardziej spoilerować. No ale generalnie trochę więcej sensu będzie miało to całe opko. Nie będzie aż takim imperatywowym opkoizmem z krainy opkoizmów. :D (I hope so). I będzie wytłumaczone, dlaczego pęknięty, rozdrobniony kamień jest niebezpieczny.
      Dima nie jest tak jednoznaczny, jak się teraz wydaje... mam nadzieję. :D
      A końcówka jest mocno podobna do tego, co było w poprzedniej części, trochę to podrasowałam, ale większość jest copy pastą ;p (akurat ten fragment mi się podobał).

      Pozdrawiam i dzięki za komentarz :)

      Usuń
  4. Deneve kiedy pojawi sie następny rozdział ? Czekam i czekam i nie mogę się doczekać :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem leniwo buło i zapomniałam ;_; wstawię dziś po zajęciach jakoś, pod wieczór. Może nie zapomnę. :c

    OdpowiedzUsuń
  6. „Drzwi do pomieszczenia otworzyły się nagle i Averyn gwałtownie podniosła się do siadu. Aż stęknęła głucho, poczuwszy, jak krew zaszumiała jej w uszach, a w głowie zakręciło się na moment, gdy za szybko się uniosła.” – imo „gdy za szybko się uniosła” jest zbędne (choć może się czepiam :P)
    „Averyn skupiła się na wewnętrzne sile”
    „Czuła, że jeśli czegoś nie zrobi, wewnętrzny, palący ją od środka ogień wydostanie się na zewnątrz" – czy po „środka” nie powinno być przecinka?
    „a potem zatrzasnął za sobą drzwi prowadzące do wnętrza głównego budynku Akademii. Zaraz potem

    No dobra, u Eremtaira górę wziął jednak dług u Varrena. Mam nadzieję, że Ilvan się o tym nie dowie (albo Livia), bo będzie dupa :P.

    „że minęła cała wieczność, nim usłyszał krzyk Eremtaira rozchodzący się po korytarzu, choć od ich rozmowy nie minęło

    Ej, a jak Varren tak przerzucał Averyn kiedy ją niósł to ten kamień, nie wiem, nie zaczął bardziej wypadać czy coś?

    „Ciężar zniknął tak nagle, jak zdążył się pojawić – czy też raczej tak niespodziewanie, jak Averyn zdążyła sobie zdać sprawę z jego obecności, tak szybko spostrzegła, że przestała go odczuwać. Wiedząc, że nie zdoła przeżyć bez tlenu, nabrała wdechu tak głębokiego, jak tylko mogła.”
    „Coś szarpnęło naprawdę dużą cząstkę, próbując wydostać ją z ciała, ale ta nie chciała odpuścić Miała wrażenie” – kropkę między zdaniami urwało :P
    „Choć przed chwilą tak bardzo pragnęła życia, w tej chwili
    „na ile pozwalała jej blokada stworzona z ramion, któregoś z oficerów” – a ten przecinek tu po co? :P

    Cholera, za krótkie te rozdziały, za szybko się czyta :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No jednak blokowała go skóra. To znaczy tak myślę, że nie wyśliznąłby się jak, no nie wiem, mydło. Był pęknięty w kilku miejscach, wychodził poza skórę, ale się w niej trzymał jeszcze.
      (błędy ofc popoprawiam, to nie tak, że udaję, że ich nie ma, tylko średnio u mnie z czasem w tej chwili)

      Usuń
    2. Tak sobie tylko pomyślałam, bo Varren ją nieźle przerzucał xD.

      Usuń

Nie spamuj, bo Den ugryzie. Nie chcesz tego, prawda?

Obserwatorzy