wtorek, 15 grudnia 2015

Rozdział V - Lojalność

Borze szumiący, jak ja bardzo nie mam życia.




______________________________
Averyn powoli podniosła się do siadu, czując męczącą suchość w ustach. Nie miała pojęcia, jak długo leżała na betonowej posadzce, ale obolałe kości pozwalały sądzić, że mogła spędzić w takiej pozycji co najmniej kilka godzin.
Znajdowała się w niewielkim pomieszczeniu, w którym umieszczono przy jednej ze ścian wyglądające na zarwane łóżko, a po drugiej stronie mały zlew i toaletę. Pod sufitem kołysała się żarówka dająca nikłe światło.
Dziewczyna podniosła się bardziej, by zobaczyć jedyne drzwi prowadzące na zewnątrz.
Zamknęła oczy i zakryła twarz dłońmi. Bez cienia wątpliwości trafiła do izolatki. Nie wiedziała, czy znalazła się tu za sprawą Varrena, czy zaprowadzili ją tu strażnicy starający się uspokoić napiętą sytuację na stołówce.
Jeszcze nie widziała swojego przełożonego, ale już zaczynała żałować tak pochopnie podjętej decyzji. Wiedziała, że nie będzie miał dla niej litości. Westchnęła ciężko. Gdyby tylko umiała zapanować nad złością, jaka ogarnęła ją w tamtym momencie, gdyby tylko potrafiła zacisnąć zęby i pozwolić się upokorzyć, sprawiając tym samym, że przeciwnicy daliby jej spokój.
Pamiętała, że Dima rzucił się jej na pomoc. Czy jego też zamknięto w izolatce? Czy przez jej impulsywność on również miał problemy? Tak właściwie mógł tam siedzieć, udając, że go to nie obchodziło. A jednak zdecydował się pójść za nią.
Cóż. Pocieszał przynajmniej fakt, że nie tkwiła w tym syfie sama.

Papieros wypadł mu z ust, szczęśliwie wpadając do popielniczki, gdy w słuchawce biurowego telefonu słyszał słowa Eremtaira.
— Żartujesz? — zapytał jeszcze dla pewności, ale czuł, jakby ktoś doprowadził jego krew do temperatury wrzenia.
— Nie — odpowiedział mu poważnie młodszy oficer i, nie czekając na reakcję, kontynuował: — Kazałem zamknąć wszystkich w izolatkach, żeby ochłonęli.
Varren zakrył twarz wolną dłonią, starając się nie trzasnąć słuchawką o ścianę. Zostawił adeptkę samą ledwie na kilka chwil, a ona już zdążyła wszcząć bójkę na stołówce. Kto wie, co by się stało, gdyby Eremtair natychmiast nie wezwał ochrony, która spacyfikowała całą piątkę. Już raz zdarzyło się tak, że na stołówce nie było żadnego oficera i zanim zareagowali operatorzy kamer, niewielka bijatyka przerodziła się w regularną bitwę. Pamiętał, że wtedy również oficerowie zostali wezwani do pomocy przy uspokajaniu gówniarzy. Na oczach wszystkich tam obecnych sam zabił dwóch dla przykładu – reszta natychmiast spokorniała, ale i tak zabrakło im izolatek dla uczestników bójki.
Za tę samowolkę dostał od Ilvana niezłe cięgi, ale i pochwałę. Życie w Akademii do najprzyjemniejszych nie należało, więc ciągle balansowali na krawędzi regularnego powstania. Ruchy oporów, mniejsze lub większe, zawsze się pojawiały, nieważne jak bardzo starali się je zwalczać. Dlatego w tamtym momencie musiał im pokazać, gdzie ich miejsce oraz co ich czeka, jeśli będą się sprzeciwiać.
Tak, życie zdecydowanie było za murami najcenniejszym towarem.
— Varren? — głos młodszego oficera sprowadził go na ziemię. — Jesteś tam? Słuchaj, nie wybuchaj mi tu nagle, wiem, że zasób słownictwa na takie okazje masz pokaźny, ale weź pod uwagę to, że każdy adept ma problemy z agresją — powiedział na jednym tchu. — Oczywiście nie żebym starał się ją chronić, czy coś, nie podważam też twojego zdania, po prostu ci o tym przypominam — dodał asekuracyjnie.
— Jasne — wycedził tylko, opanowując wzbierającą w nim złość. — Dzięki za informację — mruknął, wzdychając ciężko. — I za szybką reakcję.
Drżącą ręką odłożył słuchawkę, a potem zaklął siarczyście.
Nieważne, jak bardzo wkurwiła go w tym momencie dziewczyna, Eremtair miał rację i musiał mu to przyznać. Każdego dzieciaka, w którego żyłach zaczynała płynąć moc kamienia, trzeba czym prędzej utemperować. Nie każdego udawało się naprostować, to jasne. Niektórzy mieli po prostu umysły zbyt podatne na wpływ działania energii płynącej z klejnotu.
Zdecydował jednak, że nie pójdzie do Averyn, wiedząc, że gdyby tylko zaczęła mu pyskować, a na pewno tak by się stało, bo język miała za długi, znowu doszłoby do rękoczynów. To nie tak, że spuszczenie jej, bezbronnej – w stosunku do niego oczywiście – dziewczynie, wpierdolu sprawiało mu sadystyczną radość. Właściwie nigdy nie lubił przemocy. Ale tutaj… musiał to w końcu przyznać: zmienił się. Akademia go złamała, zniszczyła oraz zbudowała na nowo. Wypluła z siebie bezdusznego skurwysyna, niemal nieczułego na własne rany jak i cudze cierpienie. Już na początku nauczył się, że lepsze oraz szybsze efekty osiągnie przez zadawanie innym bólu i zastraszanie. Tak działał system, a on nie czuł potrzeby, by go zmieniać, skoro samemu niemal udało mu się z niego wyłamać – „niemal”, bo nadal miał nad sobą Ilvana. Ale Najwyższy był już ostatnią stojącą nad nim osobą.
Chcąc się czymś zająć, sięgnął po klucze znajdujące się na blacie, a potem wsunął jeden do zamka w szufladzie. Jednak kiedy spróbował przekręcić klucz, zorientował się, że została już przez kogoś otwarta. Na moment zastygł w bezruchu. Był stuprocentowo pewny, iż ostatnio ją zamykał. Przez wcześniejsze zdenerwowanie nawet nie rozejrzał się, jak miał w zwyczaju, po swoim biurze.
Papiery leżące na biurku i tak rozrzucono w kompletnym nieładzie, więc nie kłopotał się, by sprawdzić, czy zostały ułożone tak samo jak wcześniej, bo po prostu nie potrafił. Odruchowo zerknął pod ścianę, gdzie, pod ułożonymi zawsze w pedantyczny sposób przedmiotami, trzymał najważniejsze dokumenty. Przyrządy do pisania ustawiał bowiem alfabetycznie: od lewej znajdował się długopis, ołówek, a na końcu pióro. Tym razem pióro leżało jednak w rządku jako pierwsze.
Ktoś grzebał w tych papierach podczas jego nieobecności. Zastanowił się raz jeszcze, czy powinien otworzyć szufladę, a potem przemyślał, czy miał na wierzchu coś, co mogłoby go pogrążyć.
Zamarł, kiedy zdał sobie sprawę, że przy ścianie miał część dokumentów dotyczących Averyn. Same w sobie te papiery były niegroźne, do czasu, gdy ktoś nie zagłębi się w szczegółowe dane dotyczące jej pochodzenia oraz powiązań, łatwo mogących naprowadzić na niego. A te informacje były na kartkach, które tam schował.
Niemal wyszarpnął szufladę z biurka. Wszystko było na swoim miejscu, jednak doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wystarczyło zrobić zdjęcia. Miał przecież spalić te pieprzone dokumenty, ale akurat musiał wejść Kairn i poinformować go o samobójczej próbie jakiegoś dzieciaka. A później? Później o wszystkim zapomniał. Pieprzona ludzka ułomność.
Pewne było jedno: ktoś próbował go upierdolić. Musiał działać szybko, inaczej sam mógł zostać niedługo pozbawiony głowy. Kairn widział, jak przeglądał te dokumenty. Widział, jak odkładał je do szafki. Był więc pierwszym podejrzanym. Na upartego łatwo było też o motyw – pozbyłby się Varrena, a sam znalazłby się na jego miejscu. Jeśli faktycznie planował tak działać, okazałby się naprawdę niewdzięcznym skurwysynem.
Wstał, raz jeszcze zamykając szufladę na klucz. Ponownie rozejrzał się po pomieszczeniu, ale nie wyglądało na to, by coś jeszcze zostało przestawione; nawet jeśli – nie potrafił tego stwierdzić.

Dima wrzasnął wściekle, wiedząc, że i tak nikt go nie usłyszy. Dlaczego wpakował się razem z nią po uszy w całe to gówno? Jakim cudem zdecydował się na to, by pójść za nią w tę bijatykę, po co w ogóle wstawał? Gdyby pacyfikatorzy, bo tak ich nazywali, przybiegli i zastali go siedzącego niewzruszonego przy stole, nic by mu się nie stało.
Jakby tego było mało, opowiadając się za Averyn, dał wszystkim powód do tego, żeby również jego gnoili na korytarzach oraz w stołówce. A jednak… Nadal wierzył, że w jakiś popieprzony sposób dzięki niej będzie mógł dostać się bliżej Varrena, pokazać, że okaże się przydatny, silny… że był zdecydowanie lepszą opcją od dziewczyny, w której na pewno nie znajdowało się zbyt wiele mocy.
Teraz, na tym etapie, była mu potrzebna. Później musiał się jej pozbyć. Wiedział, że ci, którzy najlepiej zaprezentują się na szkoleniu podstawowym, mieli szansę stać się przybocznymi oficerów. Miał za duże umiejętności, żeby tak po prostu go zabili, siłę w sobie czuł, leczyć potrafił, więc ujawnienie się magii pozostawało kwestią czasu. To już ustawiało go w szeregu najlepszych. Nie bał się zabijać, nie bał się walczyć, to z kolei stawiało go przed większością. Później pozostawało tylko wykończyć garstkę najlepszych.
Zimny pot wystąpił mu na czoło. Na razie było zbyt wcześnie, by mówić o kimś w kategorii umiejętności. Niczego nie zdążyli przećwiczyć, nie mógł więc nikogo obserwować. Widział jedynie kilku nieudaczników, którzy nie mieli w sobie mocy, oraz nieszczęśników zabijających się własną magią.
Averyn… cóż, tak, nadal uznawał ją za słabą. Zacisnął pięści. Ale jeśli tak… to jak zabiła oficera? Czy prawdą było to, że miała po prostu szczęście, czy chciała go oszukać? Tutaj każdy pilnował swoich sekretów. Ona też mogła coś przed nim ukrywać. Z jednej strony to normalne, z drugiej musiał dowiedzieć się na jej temat wszystkiego. Nieczęsto zdarzało się, by świeżo przyjęty adept tak po prostu zabijał oficera.
Jeszcze rzadziej, by po takiej akcji ktokolwiek odważył się do niej w ogóle podejść. A jednak znalazły się osoby usilnie starające się ustawić ją w szeregu. Zazdrościli jej indywidualnego treningu z Varrenem czy bali się, że zrobi z niej swoją młodszą kopię? W końcu po śmierci Derena mieli wakat… ale nie istniała możliwość, by tak po prostu awansowali ją na jego miejsce. Nie teraz.
To podniosłoby bunt, a na to Ilvan nie mógł sobie pozwolić.
A jeśli mieli wobec niej inne plany? Ale w takim razie jakie?
Zamknął oczy, przewracając się na twardej pryczy na plecy, a potem przyłożył pięść do ust, zagryzając dwa palce. Nie podobało mu się to. Averyn z każdą chwilą stawiała przed nim więcej pytań niż odpowiedzi, a to nigdy nie wróżyło niczego dobrego.

Przekręcił klucz w drzwiach prowadzących do swojego gabinetu i nacisnął klamkę, ale zatrzymał się, zauważając, że Varren właśnie wychodził na korytarz.
— Nie wiesz, gdzie jest Averyn? — zagadnął go, marszcząc brwi. — Mam teraz czas, mógłbym ją przeszkolić, ale nigdzie nie…
— Kairn — przerwał mu natychmiast starszy oficer. — Mamy do pogadania.
Młodszy Arane odetchnął głęboko, wbijając w Varrena pytające spojrzenie. Po tonie jego głosu mógł sądzić, że albo dziewczyna wpadła w kolejne kłopoty, albo problem leżał w zupełnie czymś innym. W każdym razie na pewno coś poważnego było na rzeczy.
— Wejdź — mruknął, popychając drzwi i wchodząc do środka.
Varren zamknął swój gabinet, a potem przeszedł do pomieszczenia obok i zatrzasnął za sobą drzwi. Kairn odkładał akurat teczkę z dokumentami na półkę, kiedy poczuł, jak dłoń przełożonego zacisnęła się na jego karku. Już po chwili przyparł go do regału, blokując mu również prawą rękę. Z kolei lewą, nawet gdyby bardzo się starał, nie mógł sięgnąć do miecza zawieszonego przy pasie – starszy Arane zauważyłby ruch, gotów zaatakować w każdej chwili.
— Popierdoliło cię? — zapytał, tracąc dech.
Skurwysyn. Chwyt miał mocny.
— Akta numer pięćset czterdzieści dwa, mówi ci to coś? — Usłyszał przy uchu jego szept.
— Nie, nie uczę się tego na pamięć — warknął. — Puść mnie, do cholery jasnej. Nie możemy chociaż raz porozmawiać jak normalni ludzie? — Szarpnął się, ale w odpowiedzi Varren pchnął jego kark tak, że twarz Kairna wcisnęła się w ustawione na półce segregatory. — Ja pierdolę… — wysapał jeszcze, dając za wygraną. — Nie wiem, o co ci chodzi.
— Ile wiesz o Averyn? — Varren zadał kolejne pytanie.
— Tyle, ile mi powiedziałeś — odparł, siląc się na spokój.
Gdyby nie był jego przełożonym, już dawno wyrwałby się i zaatakował. Ale skoro Varren zachowywał się w taki sposób, to musiało znaczyć, że fakt wzięcia pod opiekę Averyn okazał się bardzo nieprzypadkowy. Wolał jednak tego nie komentować.
— Gdzie byłeś, kiedy jeden z nowych adeptów targnął się na życie? — Padło kolejne pytanie.
— Miałem obchód po dziedzińcu. Możesz sprawdzić.
Uścisk zelżał, a po kilku chwilach zanikł całkowicie. Kairn potarł twarz, starając się nie wyrzucić z siebie kwiecistych inwektyw pod adresem Varrena.
— Stało się coś? — zapytał ostrożnie, rozmasowując wykręcone wcześniej ramię.
Przełożony odetchnął głęboko, a potem przeczesał ciemne włosy.
— Jeszcze nie — burknął, szykując się do wyjścia.
— Chyba nie sądzisz, że tak po prostu zostawisz mnie teraz bez wyjaśnień? — warknął Kairn, zaciskając palce na jego przedramieniu, zatrzymując go niemal w samych drzwiach.
— Nie wiem, czy mogę ci ufać — odpowiedział twardo.
— Obrażasz mnie. Myślałem… — urwał nagle. — Nieważne.
— Polecą głowy, Kairn. Ktoś zbiera na mnie haki — wytłumaczył zwięźle, wyrywając rękę z uścisku młodszego Arane.
Kairn przeszedł do teczek, przy których znajdowała się wcześniej jego twarz. Zmrużył oczy, jakby zastanawiał się, do której powinien zajrzeć, a potem oparł brodę na zgiętej w łokciu ręce, zamyślając się na moment.
— Wspomniałeś o nocy, kiedy ten dzieciak rzucił się przez okno? — zapytał cicho. — Chyba nie zdążyłem złożyć ci raportów od wszystkich — mruknął, tym razem przesuwając palcem po grzbietach teczek. — Jest — powiedział jeszcze do siebie, po czym sięgnął po zielony segregator, a następnie zaczął przewracać wsunięte w folię kartki. W końcu się zatrzymał, przeglądając pobieżnie zawartość konkretnego dokumentu. — O kurwa — wyszeptał.
— Co masz? — zaciekawił się Varren, podchodząc bliżej.
— Właściwie… To jeszcze nie dowód, ale… Sam spójrz — powiedział, przekazując mu teczkę. — Eremtair był wtedy z tobą, ja miałem obchód po dziedzińcu i miała mnie zmienić Livia — wytłumaczył. — Ale spóźniła się piętnaście minut — dodał, unosząc brwi.
Po chwili napotkał spojrzenie przełożonego.
— Wystarczająco, by przetrzepać komuś gabinet — mruknął.
— Właśnie — odparł z cierpkim uśmiechem tamten.
— Gdzie jest teraz ta suka?
Kairn w odpowiedzi wzruszył ramionami.
— Ilvan gdzieś ją wysłał. Z takich spraw ani mnie, ani nie tobie się spowiada. Ale to ciekawe, że zniknęła akurat teraz. Nie sądzisz?

Klucz w drzwiach przekręcił się z głuchym szczęknięciem i po chwili ktoś nacisnął klamkę. Averyn wpatrywała się w przejście w napięciu, spodziewając się ujrzeć lada moment Varrena. Jej mięśnie spięły się boleśnie, bo wiedziała, że nie będzie mogła zaliczyć tego spotkania do łatwych.
Niemal jęknęła z ulgą, gdy zobaczyła rozczochrane włosy Kairna trzymającego w zębach jabłko. Sądząc po wypchanych kieszeniach, mógł ich mieć jeszcze kilka. Ugryzł kawałek owocu i, oblizując wargi, spojrzał na nią z dezaprobatą. Nie powiedział jednak nic, rozglądając się po malutkim pomieszczeniu, aż w końcu westchnął, przełykając to, co miał w ustach.
— Aż się łezka w oku kręci, nic się nie zmieniło — mruknął niemal sentymentalnie, a potem rzucił Averyn nieodgadnione spojrzenie. — Suń dupę, widzisz, że nie mam gdzie usiąść — dodał, i gdyby nie refleks dziewczyny, pewnie usiadłby na jej nogach, które podkuliła, natychmiast podnosząc się do siadu na swojej pryczy. — Ogarnij się trochę, udawaj przed starszymi, że dobrze cię wychowano, chyba że chcesz skończyć, wyglądając jak napruta panda — oznajmił. — Co? Zaskoczona, że nie Varren?
Zacisnęła na moment usta. Tak. Zaskoczyło ją to.
— Sam nie chciał wymierzyć kary? — zapytała zmęczonym głosem, pocierając lekko skronie.
— Kary? — Kairn prychnął przeciągle. — Twoją karą jest odsiadka tutaj. Nie myśl, że Varren ma aż tak nudne życie, by prać cię na kwaśne jabłko zawsze, kiedy coś przeskrobiesz — zaśmiał się krótko, ukazując szereg równych zębów. — A właśnie, chcesz jedno? — zaproponował, sięgając do kieszeni.
Wyciągnął z niej owoc, wytarł go o spodnie i wystawił rękę w stronę dziewczyny. Wpatrywała się w jabłko podejrzliwie, zastanawiając się, czy to nie kolejny test, ale Kairn szturchnął ją nim w ramię, a potem podrzucił lekko tak, by spadło jej na kolana. Złapała je więc w locie, zaciskając palce na gładkiej skórce.
— Dzięki.
Młodszy Arane wsunął jeszcze dłoń do kieszeni, wyjmując z niej trzy różnej wielkości kamienie. Rzucił je na podłogę, kolejny raz wgryzając się w jabłko.
— Nie myśl, że jesteś tu na wakacjach — zastrzegł, uśmiechając się krzywo. — Spróbuj ustawić je w rządku od najmniejszego do największego — polecił, ale widząc, jak schyla się ku nim, zaraz dodał: — Nie ręką, Averyn. Litości… nie kazałbym ci… patrz — mruknął, widząc jej pełną konsternacji minę i westchnął ciężko.
Wpatrywał się w najmniejszy kamień przez chwilę, a ten drgnął najpierw, by po chwili przeturlać się kawałek dalej. Kairn odetchnął, rozluźniając się i rzucił adeptce zachęcające spojrzenie.
— Teraz ty.
Averyn spojrzała na kamyki, ale żaden z nich nie zmienił pozycji. Z trudem powstrzymała westchnienie frustracji, nie chcąc dać młodszemu Arane satysfakcji. Była niemal pewna, że prędzej potrafiłaby podpalić te nieszczęsne kamienie, niż przesunąć je choćby o centymetr. Zresztą Kairn wydawał się zmęczony po tym, jak ledwie ruszył najmniejszym. A może tylko się z niej naigrywał?
Skupiła się raz jeszcze, zaciskając palce nieco powyżej kolan. Była tak sfrustrowana kolejną nieudaną próbą, że aż poczuła ból, kiedy opuszki wbiły się w skórę. Rozluźniła dłonie, prostując przy tym palce, wzdłuż których przeszło dziwne mrowienie.
— Słuchaj, zrób tak — zaczął mężczyzna, obracając jabłko, gdy przymierzał się do kolejnego ugryzienia. — Pomyśl o czymś, co cię wkurza. Tak, żebyś czuła silne emocje. Cała nasza magia wiąże się z emocjami. Zapanujesz nad nimi – zapanujesz nad magią. Łapiesz?
Nie odrywając wzroku od kamieni, skinęła głową. Przyglądała się im w napięciu, ale czuła jedynie ogarniającą powoli frustrację. Nic się nie działo. Nie potrafiła tego zrobić, nieważne, jak bardzo by chciała.
— Wiesz, możesz po prostu tego nie umieć — oznajmił nagle, jakby odczytując jej myśli. — Niektórzy wypruwają się po prostu na władaniu żywiołami. To i tak nieźle — skomentował i poruszył się tak, jakby chciał sięgnąć po kamyki, ale nagle zrezygnował. — Chociaż Varren powiedziałby raczej, że jesteś beztalenciem — mruknął zdecydowanie ciszej i posłał Averyn oceniające spojrzenie, uśmiechając się pobłażliwie. — Pewnie ma w tym sporo racji. To, że dostałaś dary złączone w jedno, nie znaczy, że będą tak silne jak u innych.
— Myślisz, że się o to prosiłam? — fuknęła poirytowana, nadal uparcie wpatrując się w kamienie.
— Myślisz, że ja się prosiłem? — odpowiedział pytaniem na pytanie, a potem szturchnął zdenerwowaną już dziewczynę.
W jednej chwili wybiła jego rękę ku górze. Palce Averyn zacisnęły się na przegubie zaskoczonego Kairna i jego dłoń zderzyła się ze ścianą, kiedy dziewczyna przeciągnęła ją tak, by nie dać się sięgnąć. Już chciał coś powiedzieć, skarcić adeptkę, ale w tej chwili ledwie zauważył ciemną smugę sunącą ku jego głowie, a zaraz poczuł tępy ból nieco powyżej skroni.
Zachwiał się na pryczy, gdy pociemniało mu przed oczami. Krew spłynęła w dół jego twarzy, świat zawirował i, gdyby nie to, że Averyn ciągle trzymała go za nadgarstek, pewnie runąłby na posadzkę.
Tymczasem kamień upadł z cichym stukotem na podłogę, turlając się w stronę drzwi razem z jabłkiem, które wysunęło się z dłoni mężczyzny.
Adeptka wpatrywała się w Kairna z przerażeniem, ciągle zaciskając palce na jego nadgarstku. Pociągnęła go ku sobie, ale zaraz wstała, pozwalając mu opaść na pryczę, a sama zakryła usta dłonią, cofając się pod ścianę.
— O kurwa — jęknął mężczyzna, potrząsając głową i mrugając zaciekle, gdy starał się złapać kontakt z rzeczywistością.
Kiedy spojrzał na dziewczynę, ta zadrżała, bojąc się kolejnej kary. Nawet nie zrobiła tego umyślnie! Nie panowała nad tym, co w niej siedziało! Nie nadawała się. Na pewno to wiedzieli. Nawet jeśli Varren miał jakiś powód, by trzymać ją przy życiu, w końcu musieli dotrzeć do granicy, po przekroczeniu której pozbawiliby Averyn życia. A czuła, że zdecydowanie za bardzo się do niej zbliżała.
— Przepraszam — wydusiła tylko, wiedząc, że jeśli Kairn miał zamiar ją ukarać, to i tak nic by go przed tym nie powstrzymało.
Ale ten otarł tylko krew, zasklepiając ranę na skroni, i zaśmiał się cicho, rozmasowując obolałe miejsce.
— Varren wyzwala w tobie aż tak skrajne emocje? — zapytał, przechyliwszy głowę.
Averyn nie odpowiedziała, opuszczając wzrok. Tak. Sama myśl o starszym Arane sprawiała, że budziło się w niej to, co najgorsze. Tak bardzo bolała ją ponowna utrata bliskiego niegdyś przyjaciela. Raz już musiała się przecież pogodzić z jego śmiercią. A teraz musiała pochować go swoim sercu ze świadomością, że nie był już tym facetem, którego znała dawniej. Nawet jeśli bardzo chciała wierzyć, że wcale tak nie było.
— Mogłem się spodziewać — mruknął i podniósł się do siadu. — Mam za swoje — zaśmiał się jeszcze. — Jest w tobie dużo mocy — przyznał w końcu, wpatrując się tym razem, dla odmiany, w ścianę. — Ale targają tobą tak silne emocje, że trudno ci nad tym zapanować — wyjaśnił, powracając do niej wzrokiem. — Znaliście się przedtem? To znaczy… — poprawił się natychmiast. — Jasne, że się znaliście. Chodzi mi o, no wiesz — zakończył, przewracając oczami.
— Nie — powiedziała twardo, dziwiąc się przez moment tym, ile było w jej głosie determinacji. — Był moim przyjacielem — wyjaśniła już ciszej, sama nie wiedząc, dlaczego tak właściwie zwierzała się Kairnowi.
Mimo że teraz był dla niej miły, nie mogła zapominać, że pracował dla Varrena. Ale tak bardzo potrzebowała z kimś porozmawiać. Łaknęła zrozumienia, dobrego słowa. A on nawet na nią nie nawrzeszczał ani nie uderzył. Wydawał się taki ludzki w świecie pozbawionym uczuć.
Młodszy Arane sięgnął po leżący na podłodze owoc i wrzucił go do śmietnika stojącego w rogu pomieszczenia. Milczał, zaciskając nieco mocniej usta.
— Dziwna sprawa, ale nie mnie się w to mieszać — powiedział bez przekonania. — Raczej nie mam zamiaru roztrząsać waszej przeszłości — poinformował ją jeszcze. — Spróbuj przesunąć ten cholerny kamień, tylko postaraj się nie wybić mi wszystkich zębów — nakazał. — Ale najpierw może się uspokój — polecił, posyłając jej lekki uśmiech.
Averyn niechętnie przysiadła na pryczy i zapatrzyła się w kamień. Odetchnęła głęboko, czując do Kairna wdzięczność. Z jednej strony wcale jej nie pomógł, ale wydawał się nie osądzać ich znajomości. Po prostu zapytał, a gdy otrzymał odpowiedź, wyglądało na to, że faktycznie uwierzył.
Najmniejszy kamień przeturlał się nieznacznie, zbliżając się w stronę średniego. Averyn zdała sobie sprawę, że miała pewne trudności z wymanewrowaniem przesuwanym przedmiotem tak, by obrał inny kierunek niż ten, który narzuciła mu na początku. W końcu, odbiwszy się kilkukrotnie od środkowego kamyka, przeturlał się na odpowiednie miejsce.
Uśmiechnęła się triumfalnie, świętując swój mały sukces, kiedy Kairn pochwalił ją krótko, układając na moment dłoń na ramieniu dziewczyny i ściskając je lekko, gdy posyłał jej uśmiech.

Varren wezwał Eremtaira, chcąc jak najszybciej załatwić sprawę ciała Derena. Pewnie zajęliby się nim techniczni, ale wolał dopilnować, by ktoś nie przesiadywał tam zbyt długo. Arne, widząc go, skinął mu tylko głową, otwierając drzwi prowadzące do pokoju Averyn. Varren jednak spojrzał ostro na adepta, który wyjrzał ze swojego pomieszczenia, chcąc zajrzeć Eremtairowi przez ramię. Dzieciak, spostrzegłszy samego starszego Arane, schował się natychmiast u siebie, niemal przytrzaskując sobie palce, kiedy zamykał drzwi.
Starszy Arane wszedł do pokoju Averyn i zmarszczył brwi, patrząc na leżącego na podłodze Derena. Widział go wcześniej, ale nadal nie oswoił się z widokiem martwego oficera – w dodatku w pokoju jednego z adeptów. I to nie tak, że żywił do Derena jakiekolwiek silniejsze uczucia. Śmierć oficera w starciu z jakimś gówniarzem zawsze była zaskoczeniem. W końcu jak mogło dojść do tego, by wyszkolony żołnierz przegrał z nadal słabym i obitym adeptem?
Eremtair zagwizdał cicho, oglądając ściany zbryzgane krwią, a potem zawiesił wzrok na wykrzywionej w dziwnym wyrazie twarzy Derena. Odrzut musiał być naprawdę silny, bo dziura w głowie oficera niemal dorównywała wielkością piłeczce do golfa. A to znaczyło, że Averyn najpewniej strzelała z bliska, co z kolei wskazywało na bezpośrednie starcie. Deren bezapelacyjnie musiał zmusić ją do pociągnięcia za spust.
— Ale pistolet? — zdziwił się Eremtair, rozmasowując kark, kiedy zerknął w stronę biurka.
— To pomysł Kairna — mruknął Varren.
Miał już pewną teorię co do tego, co spowodowało rozłam kamienia w jej piersi. Averyn brakowało siły, chociaż nadrabiała mocą. Młodszy Arane musiał sprawdzić ją pod kątem celowania. Skoro brakowało jej siły – odpadało rzucanie nożami. A poza tym była niesamowicie szybka, choć ten aspekt trzeba jeszcze doszlifować.
I nie mógł zapomnieć o dość niespotykanej umiejętności unikania ciosów – czy też raczej ich przewidywania. Właściwie, jakby się zastanowić, każdy czuł przepływ mocy atakującego przeciwnika. Tylko u Averyn najwidoczniej ta cecha była bardziej rozwinięta od pozostałych.
Aż uśmiechnął się na samą myśl o tym, że to właśnie mogło pomóc jej przeżyć. Musiał tylko dobrze ją przeszkolić i…
— Varren? — odezwał się Eremtair.
Starszy oficer zamrugał zdezorientowany, zdając sobie sprawę z tego, że mężczyzna pochylał się już nad denatem, trzymając w zakrwawionej dłoni ociekający szkarłatem kamień.
— Orientuj się — mruknął jeszcze, rzucając mu przedmiot.
Varren złapał go w locie, krzywiąc się przy tym nieznacznie. Potem wytarł kamień o spodnie Derena i przyjął od Eremtaira foliowy woreczek.
Później przeszedł nad zwłokami kompana i sięgnął po leżący na podłodze pistolet, który przerażona, spanikowana Averyn musiała wyrzucić, zanim skuliła się na łóżku. Wyciągnął magazynek, podszedł do biurka, by zrobić to samo z drugim pistoletem, a następnie otworzył okno i wyrzucił wszystko to, co trzymał w rękach.
Eremtair przyglądał się temu w milczeniu ledwie przez chwilę. Zaraz potem odwrócił wzrok, krzywiąc się nieznacznie, i wrócił do swojej pracy.
— Zginął od strzału w głowę — mruknął prawie niedosłyszalnie.
— Powiedz mi coś, czego nie wiem — warknął Varren, na powrót zamykając okno.
Arne w odpowiedzi przewrócił tylko oczami, wracając przy tym myślami do wydarzeń sprzed niecałej godziny.

Powoli wszedł do biura Ilvana, starając się odpędzić nieprzyjemne uczucie niepewności i zignorować dziwny ucisk żołądka. Nawet jeśli nie musiał z niczego przesadnie się tłumaczyć, wyrobił normę oraz właściwie powinien się pochwalić dokonaniami, czuł się nieswojo. Tak po prostu. Indari nie był kimś, do kogo szło się z radością.
— Eremtairze, dawno cię nie było — powitał go, ledwie tamten zdążył pojawić się w polu jego widzenia. — Co cię sprowadza?
— Raporty, Indari — odparł natychmiast, skłaniając się lekko, gdy tylko podszedł bliżej.
Eremtair zebrał wszystkie dokumenty, zerknął na nie ostatni raz, a potem przekazał je w ręce Ilvana, starając się przy tym unikać jakiegokolwiek fizycznego kontaktu. Gdyby mógł, pewnie nie patrzyłby mu nawet w oczy. Zresztą i tak ograniczał to do absolutnego minimum, wiedząc, że Indari poczułby się urażony, a stąd droga do szybkiej śmierci była naprawdę krótka.
Arne chciał już puścić plik kartek, ale Ilvan zatrzymał dłoń na moment przed złapaniem podawanych mu właśnie dokumentów. Eremtair odruchowo podniósł więc wzrok, ze strachem wpatrując się w przełożonego.
— Masz ją pilnować — nakazał niemal szeptem. — Ją i jej partnera — doprecyzował.
W odpowiedzi młodszy mężczyzna był w stanie kiwnąć tylko głową.
— Pilnować — powtórzył jedynie mało inteligentnie, chcąc jak najszybciej się oddalić.
— Masz dbać o to, by chłopak dożył ostatniego egzaminu i donosić mi, czy Varren będzie tak samo chronił Averyn — powiedział, nim odebrał papiery.
Eremtair zastygł w bezruchu, choć jeszcze przed momentem chciał odejść. Niewypowiedziane pytanie zawisło w powietrzu, sprawiając, że Arne miał wrażenie, iż czas nagle zwolnił.
— Szukać haków na Varrena? — zdziwił się.
Przecież wcześniej dowiedział się, że starszy Arane miał być awansowany! Miał zostać prawą ręką samego Indari. Ten jednak uśmiechnął się, odłożywszy plik dokumentów, potem złączył przed sobą palce, opierając ręce na podłokietnikach, i zmrużył oczy, wpatrując się w Eremtaira drapieżnie.
— Livia ci w tym pomoże. Jeszcze jakieś pytania?
— Nie, Indari — odpowiedział prawie bezgłośnie.
Skłonił się i odszedł.
Dopiero gdy opuścił pomieszczenie, pozwolił sobie na spokojniejsze odetchnięcie.
Ilvan właśnie dawał mu największą szansę w życiu, ale… Varren, mimo że na co dzień był parszywym skurwysynem, kiedy nikt nie patrzył – tak wmawiał sobie Eremtair – może i wzdychał ciężko, wyrażając przy tym pogardę, ale pomagał. Arne wiedział przecież, że tamten pomógł wcześniej Kairnowi wygrzebać się z niezłego gówna. W dodatku wyniósł go do rangi oficera. Już za to powinien całować go po stopach. I oczywiście, nie mógł przecież o tym zapomnieć, Varren pomógł również jemu, podkładając świnię przeciwnikowi, z którym walczył. Sam tłumaczył mu później, że po prostu wolał w składzie oficerskim jego zamiast gościa, przeciwko któremu wystąpił o stanowisko, i wcale nie pomógł mu z czystej sympatii.
Ale i tak Eremtair nadal był mu coś winien.

A to stawiało go w naprawdę trudnej sytuacji.

4 komentarze:

  1. Kurka, aż wierzyć mi się nie chce, że nie było mnie tu tyle czasu. A jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że są aż dwa rozdziały. Wybacz spóźnienie ;).
    W poprzednim rozdziale zaciekawiło mnie dobieranie w pary. Nie pamiętam tego z poprzedniej części, a w sumie zainteresował mnie bardziej powód próby nauczenia adeptów pracy w grupie. Bo, do tej pory, miałam wrażenie, że w Akademii raczej każdy sobie i wszyscy pasożytują na długach, jakie się u nich zaciąga. I właśnie raczej zdziwiła mnie uwaga tym, że przynajmniej w kadrze oficerskiej ludzie raczej sobie ufają (szczególnie w kontekście całego rozdziału, kiedy praktycznie każdy kierował się swoimi korzyściami, a tak naprawdę łączył ich, o ironio, Varren, wobec którego większość miała jakieś zobowiązania).
    Varren, książę ciemności, mnie zabił :D. Eremtair ma niezłe pomysły, ciekawe, co zrobi Varren, kiedy pozna swoją najnowszą ksywkę ^^.
    No, a tak w ogóle widzę, że pojawienie się Dimy sporo zmieniło. W sumie chłopaczyna mnie ciekawi – ma ambicje, chce zostać kimś w Akademii, a przy tym zgłosił się sam, wiedząc, czego może się spodziewać. To dość… zaskakujące rozwiązanie.
    Tym razem krótka lekcja magii była miodna. No, ogólnie te dwa rozdziały czytało się świetnie, więc równie dobrze mogłabym się tylko ponapawać zajebistością :D.
    O, tylko to znalazłam:
    nieczułego na własny rany
    ale żaden z nich nie mienił pozycji.
    A, miałam jeszcze zapytać: w Akademii nie prowadzą jakiegoś rejestru broni? Bo coś mi się niejasno tli, że Kairn musiał gdzieś odnotować zabranie dla Averyn spluw, a Varren tak sobie je wyrzucił.
    Pozdrawiam i życzę dużo weny i jeszcze więcej czasu w nowym roku ;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ojej, jakie paskudne literówki, dzięki :c
      Co do pistoletów - nie zapomniałam o nich, spokojnie. ;) Ktoś się jeszcze będzie musiał z tego tlumaczyć ;P

      Usuń
  2. No i masz, znowu zamiast pracować, czytam Łzy :P.
    Meh, ciekawe, co zrobi Eremtair. W sumie trochę nie ma wyjścia, nawet jeśli gryzie go sumienie… Tylko, damn, jaki motyw ma Ilvan i co łączy go z Dimą? Pytania, pytania, pisz szybko dalej :D.

    „niewielka bijatyka przerodziła się w regularna bitwę.” – regularną
    „Na upartego łatwo było też motyw” – o motyw?
    „dał wszystkim powód do tego, żeby również jego gnoili na korytarzach oraz stołówce” – w stołówce?
    „Zimny pot wstąpił mu na czoło.” – a nie „wystąpił”?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Omg, nie wyrabiam z odpisywaniem! :P

      Usuń

Nie spamuj, bo Den ugryzie. Nie chcesz tego, prawda?

Obserwatorzy