wtorek, 17 listopada 2015

Rozdział IV - Wakat


Coś się psuje z formatowaniem tekstu. Za nadprogramowe entery i złe wcięcia akapitowe nie odpowiadam, ale postaram się naprawić...

______________________________

Kairn usiadł ciężko na krześle i oparł głowę na dłoniach, uprzednio ustawiając łokcie na blacie stołu. Na moment zapatrzył się w leżące przed nim kartki. Papierkowa robota goniła go absolutnie wszędzie i ostatecznie zawsze lądował z nią na stołówce. Po przerwie obiadowej zwykle nie było tam prawie nikogo, a w swoim gabinecie miałby urwanie głowy z gówniarzami zawracającymi mu dupę. Varren zawsze powtarzał, że był dla nich zbyt miękki.
Wreszcie zabrał się za wypełnianie protokołu, jednak zatrzymał się w połowie, nie wiedząc, co wpisać w kolejnej rubryczce. Potrzebował kilku chwil na przetworzenie informacji dotyczących rekruta.
— Zabiłeś go dwa dni temu. — Usłyszał nad głową i natychmiast podniósł wzrok.
Mało kto potrafił zajść go bez zwracania na siebie uwagi. Jedną z takich osób był właśnie Eremtair.
— Znowu będziesz żarł? — mruknął w odpowiedzi i skreślił pole za nazwiskiem adepta, a potem dopisał obok datę zgonu. — Że też jeszcze się nie spasłeś… — skwitował, składając podpis na zakończonym raporcie.
— Szybko trawię, odwal się — rzucił tylko i przysiadł się, wkładając przy tym niemal całą kanapkę do ust.
— Mógłbyś nie wpierdalać tego tak, jakby wypuścili cię z izolatki? Ujebałeś mi protokół! — warknął wściekle, ale Eremtair w odpowiedzi jedynie parsknął śmiechem, a kolejne okruszki chleba wylądowały na kartkach. — Wypieprzaj do swojego chlewu, jak chcesz żreć jak świnia! — ryknął i wstał.
Eremtair czym prędzej przełknął to, co właśnie przeżuwał, uniósł ręce w poddańczym geście i odchylił się na krześle, wiedząc, że cios mógł nadejść w każdej chwili.
— Stary, ogarnij się, to stołówka. Tu się je, nie wypełnia ważne dokumenty — powiedział cicho.
Młodszy Arane odetchnął głęboko, przetarł twarz dłońmi i usiadł na swoim miejscu, by po chwili z obrzydzeniem zrzucić okruszki z papieru. Zacisnął zęby, nie wypowiadając kilku kąśliwych uwag pod adresem kolegi.
— Varren chce mnie przeszkolić i wcisnąć na miejsce Derena — dodał  Eremtair.
Kairn przerwał nagle porządkowanie papierów i gwałtownie podniósł głowę, patrząc na Eremtaira. Właściwie przyzwyczaił się już do głupkowatego uśmiechu na stałe przyklejonego do jego parszywej mordy. Był chyba jedynym wiecznie szczęśliwym idiotą w całym tym piekle. Ale… Deren?
— Patrzysz na mnie, jakbyś o niczym nie wiedział — kontynuował Eremtair. — Mamy wakat, Kairn.
— Wakat? — powtórzył bezmyślnie, krzywiąc się przy tym. Powrócił na moment do układania dokumentów, chcąc przyswoić wiadomości. Nagle otworzył szeroko usta, nie wierząc w to, co usłyszał. — Kto go sprzątnął?
Eremtair uśmiechnął się tajemniczo.
— Zgadnij — zachęcił go.
Młodszy Arane myślał przez kilka chwil, analizując cały skład oficerski, ale szybko odrzucił tę możliwość. Za dobrze się znali, ufali sobie. To musiał być ktoś z zewnątrz. Tylko kto…
— Nie mam pojęcia — przyznał wreszcie.
— Nowo zwerbowana adeptka, pupilka naszego księcia ciemności — wyjaśnił jego rozmówca.
Kairn zakrztusił się śliną. I wcale nie przez to, jak Eremtair nazwał Varrena.
— Co…? — wydusił tylko.
Nie sądził, by Averyn była aż tak głupia, żeby podnosić rękę na oficera, co prawda niższego stopniem, ale jednak. Właściwie mógł podejrzewać o to wszystkich, tylko nie ją. Nie tak słabego dzieciaka, który nie potrafił poradzić sobie z presją Akademii. Albo Deren musiał ją do tego sprowokować, albo dziewczyna doprowadziła do nieszczęśliwego wypadku. O ile mógł to w tym przypadku tak nazwać.
Natychmiast pomyślał o pistoletach, które jej dał, i zrobiło mu się słabo. W tym momencie na szali znalazło się również jego życie, bo przecież to on wyposażył ją w broń dystansową.
— Jak do tego doszło? — zapytał cicho.
Nie mógł zdradzić się przed swoim rozmówcą. Nawet jeśli na co dzień się kolegowali, to Eremtair nadal był ledwie na poziomie Arne. Sprzątnięcie kogoś wyższego tytułem mogłoby być mu na rękę.
W tej chwili miał ochotę cofnąć zdanie o wzajemnym zaufaniu w kadrze.
Tamten wzruszył ramionami, przestając się uśmiechać.
— Oficjalna wersja jest taka, że to wypadek przy ćwiczeniach — wytłumaczył. — Przynajmniej tak słyszałem od Varrena. Ale z tego, co wiem, to sam Varren miał ją uczyć walki mieczem, ty magii, a Nair medycyny. Skąd wziąłby się tam Deren?
Eremtair miał rację. Sytuacja była naprawdę dziwna. Nie istniała możliwość, żeby stało się to podczas jakiegoś treningu.
— Co ciekawsze — kontynuował niezrażony Arne — Ilvan ją ułaskawił.
Kairn poczuł, jak krew odpływa mu z twarzy.
Były dwie możliwości.
Albo Varren dokonał cudu, albo mieli zamiar pociągnąć do odpowiedzialności kogoś innego. A w tym wypadku jedyną osobą, na którą mogliby zrzucić cały ten syf… był on sam.
Zaklął siarczyście i złapał się za głowę, czując, jak ból zaczyna rozsadzać ją od środka.
Spojrzał jeszcze na Eremtaira, a potem wolną ręką złapał za plik kartek, które wcześniej ze sobą przyniósł, i wstał od stołu.
— Muszę iść — rzucił tylko oraz odwrócił się na pięcie, chcąc jak najszybciej dostać się do Varrena.
Na wszelki wypadek zakrył jeszcze nos dłonią, czując, jak spływa z niego gęsta ciecz. Nie chciał przecież, żeby Eremtair wiedział o jego słabości.

Varren złapał jej nadgarstki, gdy tylko próbowała wymierzyć cios. Słabe ręce nie stanowiły dla niego żadnego zagrożenia, dlatego zaśmiał się, widząc, jak Averyn rozpaczliwie szukała możliwości ataku lub ucieczki. Jednak starszy Arane bez problemu chwycił w jedną dłoń przeguby dziewczyny, drugą szykując do ataku.
Adeptka, wiedząc, co się święci, zamknęła oczy. W jednej chwili poczuła tępy ból rozchodzący się od nosa i promieniujący po całej twarzy. Następnie przyszły mdłości oraz zawroty głowy, a gdy uchyliła powieki, nadal widziała ciemność ustępującą na moment wielobarwnym światełkom.
Zatoczyła się z głuchym jękiem, wpadła na drzwi i, zsuwając się po nich, nacisnęła klamkę, otwierając je, następnie wypadła za próg pomieszczenia.
Stojący na korytarzu Kairn odchrząknął znacząco, a potem, czysto formalnie, zapukał dwukrotnie w futrynę. Varren spojrzał na niego zupełnie beznamiętnie, podczas gdy sam młodszy Arane przyglądał się kulącej się na podłodze Averyn.
— Zaraz się porzyga — zauważył rzeczowo i na wszelki wypadek przeszedł nad jej ciałem, by ostatecznie zatrzymać się w bezpiecznej odległości poza polem rażenia.
Przez chwilę oboje milczeli, dopóki oczy Varrena na powrót nie przybrały szarego koloru. Właściwie Kairn nie dziwił się temu, że jego przełożony mógł się wkurzyć. Chociaż nie był pewny, czy to odpowiednie słowo, biorąc pod uwagę fakt, że Derena uważano za jego kompana do picia, a poza tym, no właśnie – mianowano go oficerem.
— Jak to się stało? — zapytał wreszcie, mając nadzieję, że starszy Arane zdążył się opanować.
— Już wiesz? — odpowiedział pytaniem na pytanie.
Kairn wzruszył ramionami.
— Takie informacje szybko się rozchodzą. Eremtair mi powiedział — dodał jeszcze.
— Wciągnij ją do środka, nie będziemy rozmawiać przy otwartych drzwiach — nakazał w końcu.

Eremtair dokończył posiłek w samotności. Nie rozumiał zachowania Kairna. Nie wiedział, dlaczego tak nagle opuścił stołówkę. Ostatnimi czasy zachowywał się naprawdę dziwnie. W ogóle był zagadkowym człowiekiem. Jego awans z En’ro od razu na młodszego Arane komentowano naprawdę długo i nikt do końca nie wiedział, dlaczego tak właściwie Ilvan się na to zgodził.
Widocznie Varren miał rękę do wyjątkowych… uczniów. Oczywiście Eremtair szczerze wątpił w to, by Averyn została awansowana po morderstwie jednego z oficerów, ale zdecydowanie problem tych osobliwości musiał leżeć w samym przełożonym.
Pewne było jedno – dziewczyna już miała przechlapane ze względu na to, kto zdecydował się nią opiekować. Rozmawiał z nią chyba tylko jeden chłopak, Dima, o ile się nie mylił. W dodatku to dzieciak, którego przydzielono jej do pary, więc tak czy siak zostali na siebie skazani. A teraz… cóż. Prędzej lub później wszyscy mieli się dowiedzieć i zamienić jej życie w piekło. Oczywiście już teraz kolorowe nie było, ale każdy, kto wychodził przed szereg, zostawał do niego czym prędzej cofnięty.
Zabębnił palcami po blacie, przypominając sobie o dokumentach, które wypełniał Kairn, a potem westchnął ciężko. Raporty, właśnie. Miał oddać swój tygodniowy raport Ilvanowi.
Wizyty u Najwyższego nie należały do najprzyjemniejszych, mimo że Indari zawsze zachowywał się nadzwyczaj… uprzejmie, o ile Eremtair mógł użyć w tym wypadku takiego słowa.
Zacisnął dłoń w pięść.
Nie. Ktoś, kto doprowadził do powstania tego obozu szkolącego coraz to nowe maszyny do zabijania, nie mógł być tak po prostu miły. Ilvan miał na swoich rękach tyle krwi, że chyba żaden inny zbrodniarz nie posunął się tak daleko. W dodatku chronił go rząd – Indari robił przecież wszystko zupełnie legalnie! A to w zamian za obietnicę ochrony państwa, na terenie którego działał. Parlament Irashan wiedział, co robił. Małe państewko z dnia na dzień urosło do rozmiarów potęgi militarnej mimo niewielkiego terytorium, jakie zajmowało. Eremtair doskonale zdawał sobie sprawę, że armia miała teraz jedynie chronić kraj przed najazdami ludności z Revartu – Irashan oddzielało od niego wąskie pasmo gór. Nieprzyjazny teren, na którym praktycznie nie dało się bytować, a który z jakichś powodów stał się źródłem konfliktu.
Prawda była taka, że Ilvan wysyłał tam najsłabszych żołnierzy, zwykle nie dało się zrobić z nich żadnego innego użytku. Szli tam po to, żeby zginąć. Martwych i rannych z pola bitwy obie strony zbierały w trakcie tak zwanej godziny zero. Dokładnie o północy każdego dnia medycy mieli czas, by sprzątnąć wszystkich nieszczęśników. Fenomen niespotykany dotąd na żadnym polu bitwy.
Dla Akademii w Dairen czas ten był o tyle istotny, że mogli nie tylko zebrać trupy i dobić konających, ale też wypruć z nich raz już użyte kamienie, by później przewieźć je z powrotem do magazynów, gdzie miały oczekiwać na kolejnego nosiciela.
Bawiono się w ten idiotyczny recykling tylko dlatego, że złoża kamienia były na wyczerpaniu. Ludzi zawsze można zebrać z łapanki.
Rozluźnił palce, czując, jak krew przestaje do nich dopływać.
No właśnie… ludzie. Mniejsza już o to, ilu nieszczęśników przekonanych o szansie na szybki awans posyłał na pewną śmierć. Eremtair nie chciał nawet myśleć, jak wiele dzieciaków poświęciło swoje życia dla większego dobra, dla Ilvana i jego świty nieumiejętnie wszczepiającej kamienie pierwszym ludzkim chomikom doświadczalnym.
A pośrodku tego całego syfu znalazł się on – Eremtair. Człowiek, który wcale nie chciał nikogo ratować. Ktoś, kto do Akademii przyszedł z własnej woli, by móc potem załatwić kilka niezamkniętych spraw. Oczywiście za choćby tknięcie cywila wymierzano surowe kary ze śmiercią na czele, ale Eremtair zabił wielu ludzi. A nie dotarł przecież nawet do połowy swojej listy. Po prostu nikt nie musiał wiedzieć, prawda?

Livia wpatrywała się za okno pociągu mijający krajobraz najpierw opuszczanego Dairen, później pól uprawnych i lasów. Martwiła ją sytuacja w Akademii. Averyn mogła okazać się niezłym wrzodem na dupie, jeśli prawdą było to, że znała się kiedyś z Varrenem. Jeżeli nadal chociaż w niewielkim stopniu zależało mu na ich przyjaźni, mógł łatwo dać się manipulować dziewczynie. Skrzywiła się. Zresztą jak inaczej wytłumaczyć to, że zdecydował się niemal natychmiast ubiegać o opiekę nad nią?
Może gdyby udało się jej doprowadzić do przeszukania jego apartamentu? Może tam znalazłaby coś, co pomogłoby w pozbyciu się go? Potrzebowała awansu. Potrzebowała pieniędzy, które szły za wyższym stanowiskiem. To, do czego dotarła sama, mogło okazać się niewystarczające. Nie chciała przecież testować cierpliwości Najwyższego. Łatwo nie wybaczał, a Livia nie chciała popaść w niełaskę.
Bardzo to naiwne, ale na początku wydawało się jej, że Varren był prostakiem na tyle, by kariera przez łóżko była faktycznie możliwa. Niestety. Zeszmaciła się zupełnie niepotrzebnie. Nie wiedziała, czy powinna nienawidzić za to bardziej siebie czy jego. Z jednej strony cel uświęcał środki – z drugiej nie wyglądało na to, by dzięki starszemu Arane cokolwiek miało się w jej życiu zmienić.
Musiała się go pozbyć jeszcze przed planowanym przez Ilvana awansem – wtedy mógłby stać się nie do ruszenia, a tego bardzo nie chciała. Wiedział za dużo. Zdecydowanie za bardzo się przed nim odsłoniła. Póki co nie miał zamiaru tego wykorzystywać, ale może kiedyś – kto wie?

Podniosła się na drżących rękach. Świat nadal wirował, a nos przypomniał o sobie, pulsując silnym bólem. Wierzchem dłoni otarła krew i podniosła wzrok. W pomieszczeniu, poza samym właścicielem apartamentu, był jeszcze Kairn. Obaj wpatrywali się w nią, Varren z nieodgadnioną miną, ten drugi z wyraźnym rozbawieniem malującym się na twarzy.
— Ale narobiłaś syfu — skwitował.
Nie odpowiedziała. Miał rację.
Poczuła, jak bezradność powoli odbiera jej resztki sił. Przez chwilę naiwnie wierzyła, że miała jakiekolwiek szanse w starciu z dużo wyższym od niej stażem wojownikiem. Tak naprawdę zakpił z niej, pokazując tym samym, jaka stała się słaba. Zabiła człowieka – co z tego, skoro, jak powiedział przełożony, będzie musiała zabijać nadal? Nie nie została w tym celu stworzona, nie potrafiła tak po prostu pogodzić się z tym, że raz po raz każą odbierać komuś życie. A bez tego nie miała szans przetrwać.
Opuściła spojrzenie, czując, jak ból rozsadzał całe ciało. Brakowało sił, by walczyć. Ręce zadygotały niebezpiecznie ostatni raz, a potem opadła na szarą wykładzinę. Nie przeszkadzało jej to, że widzieli, jak bardzo była słaba. Pewnie i bez tego wiedzieli.
Varren odwrócił wzrok, nie chcąc patrzeć na tak żałosny widok. Nie skomentował tego jednak, jakby czekał, aż sprawa sama się rozwiąże.
— Ej, no! Wstawaj — zachęcił ją Kairn, ale dziewczyna ani drgnęła.
Podszedł do niej, chcąc zebrać ją przynajmniej do siadu, ale starszy Arane go powstrzymał:
— Zostaw. Albo się nauczy, albo zdechnie, jej wybór.
Przez chwilę Kairn wahał się, rozważając, czy może powinien tym razem zignorować Varrena, ale ostatecznie nie pomógł Averyn wstać.
Podjęła jeszcze jedną rozpaczliwą próbę podniesienia się do siadu. Łzy ciekły po jej policzkach. Z bólu? Żalu? Nie wiedziała i, szczerze mówiąc, nie dbała już o to.
— Deren mówił… nigdy… nigdy nie będę taka… — Odetchnęła głęboko, chcąc zaznać ulgi, ale to tylko spotęgowało cierpienie w klatce piersiowej. Zacisnęła na moment zęby, starając się nie jęknąć z bólu. Dość żałośnie wyglądała. — Nie powinnam nawet przeżyć — powiedziała już silniejszym głosem. — I ty to wiesz. Nigdy nie dorównam innym, więc dlaczego? Po co się męczysz?
Musiała powiedzieć to teraz. Musiała mieć świadków. Żywiła tylko nadzieję, że młodszy Arane nie przyjaźnił się z Varrenem na tyle, by chronić go nawet po czymś takim. Ze słów Derena mogła wywnioskować, że to, co zrobił ich przełożony, było tematem tabu. Mogła w ten sposób pomóc Kairnowi. Sobie też.
Bo do stracenia nie miała już nic.
Młodszy Arane zacisnął usta w wąską linię, przenosząc strapione spojrzenie na mężczyznę nadal wpatrującego się w okno. Oczy Varrena pociemniały znacznie, jak zawsze, gdy za moment miał wybuchnąć. Kairn już miał zapytać, czy może powinien odejść, ale przełożony zdecydował się odezwać:
— Spłacam dług. To tyle — odparł spokojnie, choć w jego głosie mogli wyczuć trzymany na wodzy gniew.
Młodszy Arane założył ręce na piersi. Byłoby zdecydowanie rozsądniej, gdyby się zamknęła. Wystarczyło jedno słowo i Varren mógł ukazać swe najgorsze oblicze.
Averyn zacisnęła oczy. Tak, dług. Właściwie brzmiało to nawet sensownie. W końcu cała historia nabrała sensu. Tamtego dnia zniknął, a ona, kiedy wreszcie otworzyła oczy, dowiedziała się, że umarł. Tylko jak, do cholery, skoro to nie on był poszkodowanym? Zresztą w ten czy inny sposób ratując jej życie, spłacił dług. Nie wierzyła w to, by zgodził się na niańczenie jej jeszcze za murami Akademii. Rodzice dość zarobili na tym, że zgodzili się ją sprzedać. Zresztą nie mieli wyboru.
Ale jeśli nie dług, to co powstrzymywało go od skrócenia jej cierpień? Przecież nie dawna przyjaźń, skoro tak bardzo się zmienił. Nie rozstali się w zbyt ciepłych relacjach. A pęknięty kamień… Averyn nie chciała wierzyć w to, że coś takiego było dla niego przeszkodą. Nawet jeśli chodziło o jego awans. Dlatego musiał wiedzieć ktoś, kto nie pozwoliłby mu zatuszować prawdy. Ale Kairn zachowywał się tak, jakby to wszystko wcale mu nie przeszkadzało.
— Łżesz. Nie masz nawet dość jaj, by powiedzieć mi prawdę…
— Kairn, wyjdź — nakazał tylko, powstrzymując drżenie rąk.
Młodszy oficer bez słowa sprzeciwu wykonał jego polecenie i opuścił pomieszczenie, zamykając za sobą drzwi. Najważniejsze, że ostatecznie starszy Arane jednak dokonał cudu, przekonując Ilvana o konieczności utrzymania dziewczyny przy życiu oraz nieszczęśliwym wypadku, jaki miał miejsce w związku z Derenem.
Był bezpieczny. Nie mógł przecież chcieć więcej.
Wzdrygnął się jednak, gdy z apartamentu Varrena dotarł do niego nieludzki ryk wyrwany z gardła Averyn.
Powinien zająć się własnymi sprawami. Miał przecież kilka raportów do oddania.

Łzy bólu kolejny raz potoczyły się po jej twarzy. Ucichła dopiero, gdy zabrakło jej powietrza na krzyk i rozpaczliwie łapała oddech, starając się nie zemdleć. Varren z niewzruszonym wyrazem twarzy zaciskał palce na nadal świeżej ranie nieco powyżej jej piersi.
— Może to cię oduczy zadawania głupich pytań — warknął. — Nie po to wypruwałem tu z siebie flaki, żebyś teraz tak po prostu zdechła. I chyba mieliby mnie za ostatniego kretyna, gdybym tak po prostu oddał cię Ilvanowi bez walki.
Dłoń odsunęła się od jej ciała, ale to wcale nie przyniosło ulgi.
— Osiągnąłeś swoje. Spłaciłeś dług — wycedziła. — Nie masz powodu, by…
Odwrócił się ku niej, a potem chwycił za brzeg splamionej krwią koszulki, podnosząc ją ponad podłogę.
— Już dwukrotnie uratowałem ci życie — powiedział, ledwie panując nad głosem. — Jesteś aż tak głupia, żeby ciągle pchać się w stronę śmierci? A może życie ci niemiłe, że na siłę szukasz guza?
Zamilkł, widząc oskarżycielskie spojrzenie oczu, w których powoli zbierały się kolejne łzy, mimo że twarz dziewczyny pozostawała bez wyrazu.
— Teraz… — zaczęła słabym, drżącym głosem. — Mógłbyś mnie tu zabić. Nie zrobiłoby mi to różnicy.
W jednej chwili puścił ją, z trudem powstrzymując się od wymierzenia kolejnego ciosu, który w najlepszym wypadku posłałby ją na kilka dni pod całodobową opiekę Naira. Odetchnął głęboko, starając się uspokoić, nie dbając nawet o to, że Averyn opadła na ziemię jak szmaciana lalka.
— Wynoś się — powiedział, czując, że długo nie wytrzyma. — Nie chcę cię widzieć, po prostu zejdź mi z oczu! No już! — krzyknął, widząc, jak powoli zbierała się z podłogi.
Posłała mu przez ramię jeszcze jedno spojrzenie, które przeważyło szalę.
— Won! Wypierdalaj! — ryknął tylko i otworzył znajdujące się przed nią drzwi, a potem zwyczajnie wypchnął ją z pomieszczenia z taką siłą, że, niesiona pędem, zatrzymała się dopiero na przeciwległej ścianie.
Pozbieranie się zajęło jej dłuższą chwilę.
Co miała zrobić? Gdzie powinna pójść? Nie mogła nawet wrócić do swojego pokoju, w którym najprawdopodobniej nadal leżało truchło Derena. Minęło zdecydowanie za mało czasu, by technicy zdążyli to ogarnąć.
Westchnęła, spoglądając na drzwi, za którymi znajdował się jej były przyjaciel.

Dima nie mógł uwierzyć w to, co usłyszał. Jak mogła tak po prostu zabić oficera? To znaczy… oczywiście istniała taka szansa, ale… Averyn? Plotka rozniosła się w mgnieniu oka i nikt nie wiedział, jak dokładnie dziewczyna pozbawiła Arne życia. Widział go ledwie raz na zajęciach i wcześniej na stołówce. Nie wiedział o nim zbyt wiele, ale skoro dołączył do składu oficerskiego, musiał coś umieć. Za piękny uśmiech raczej tam nie trafił.
A ona… przecież niczego nie zdążyli ich nauczyć. Nie potrafili nawet dobrze się obronić czy władać mieczem. A leczenie? O tym też powiedziano niezbyt wiele.
Przygryzł wargę.
Co ukrywała ta dziewczyna? Czego o niej nie wiedział?
Usłyszał pukanie do drzwi. Nie był pewny, czy w ogóle powinien się odezwać, ale założył, że oficer już dawno sam nacisnąłby klamkę, więc w końcu powiedział:
— Wejść!
W progu stanęła sama Averyn. Bledsza chyba jeszcze bardziej niż zwykle, z poczochranymi, odstającymi na wszystkie strony włosami, zakrwawioną połową twarzy oraz zaschniętymi łzami na policzkach.
— Cześć, Dima — powiedziała cicho zachrypniętym głosem. — Wiem, że prawie się nie znamy, ale jesteśmy… — szukała odpowiedniego słowa — drużyną, a ja nie mam gdzie pójść i pomyślałam… Mogę tu trochę posiedzieć?
Przez chwilę nie wiedział, co odpowiedzieć, ale ostatecznie kiwnął głową. Może teraz była szansa na to, że wyciągnie z niej trochę informacji?
— Jakim cudem żyjesz? — zapytał nieco ostrzej, niż zamierzał, kiedy usiadła na krześle.
Wzruszyła ramionami.
— Z jakiegoś powodu Varrenowi zależy na utrzymaniu mnie przy życiu — wyjaśniła krótko.
Nadal nie czuła potrzeby opowiadania mu o ich wcześniejszej znajomości ani o rozszczepionym kamieniu. A już zdecydowanie nie powinna mówić mu o łasce Najwyższego. To mogłoby sprowadzić na nią więcej nieszczęścia, niżby sobie życzyła.
Właściwie jeszcze przed chwilą była gotowa umrzeć, a teraz? Teraz starała się ważyć słowa przy swoim kompanie, martwiąc się o przyszłość. O to, że mógłby ją wydać, widząc w tym jakieś korzyści. Nie rozumiała, dlaczego odczuwała tak silne wahania nastrojów.
— Nic dziwnego, skoro wcześniej tak bardzo starał się o opiekę nad nowicjuszem, to teraz głupio byłoby pozwolić ci tak po prostu umrzeć — dopowiedział.
Averyn kiwnęła tylko głową. Nie miała siły na żadne dłuższe dyskusje na ten temat.
Przez chwilę milczeli.
— Już kiedy Varren zdecydował się na przygarnięcie cię, miałaś przesrane. Teraz będziemy mieć przesrane oboje — mruknął ze zmęczeniem w głosie.
Spojrzała na niego nieco bezrozumnie. Faktycznie. Wcześniej o tym nie pomyślała. Dima, czy tego chciał czy nie, został zmuszony do spędzania z nią większości czasu na zajęciach, a także poza nimi – choćby na stołówce podczas posiłków. Mieli nauczyć się działać zespołowo, odpowiadać za siebie i po prostu być najlepsi w tym, w co ich wciągnięto.
— Przepraszam — wydusiła, nie wiedząc za bardzo, co powinna w takiej sytuacji powiedzieć.
Chłopak pokręcił głową.
— Nie przyszedłem tu szukać kolegów. Nie zrozum mnie źle – na siebie jesteśmy skazani, ale resztę mam głęboko w dupie — wyjaśnił. — Ciebie też bym miał, gdyby nie chcieli bawić się w jakieś śmieszne pary.
Rozumiała to. W końcu sam zdecydował się na zaciągnięcie się do Akademii. Tacy wiedzieli, jak przetrwać w tej dziczy, często nie potrzebując nikogo do pomocy. Właściwie Averyn mogła być dla niego w tym momencie kulą u nogi.
— Jasne — rzuciła tylko.
— Bardziej zastanawia mnie to… — Założył ręce na piersi. — Dlaczego i jak?
Pytanie zawisło w powietrzu. Co miała powiedzieć? Że miała szczęście? Deren był mimo wszystko oficerem. Nie miała z nim żadnych szans w bezpośrednim starciu. Właściwie to pomysł Kairna przyczynił się do tego, że nadal chodziła po świecie żywych.
— Miałam farta — przyznała wreszcie, chcąc uciąć dyskusję.
Dima kiwnął ze zrozumieniem głową, chociaż ta odpowiedź nie do końca go satysfakcjonowała. A poza tym pozostawała jeszcze jedna sprawa.
— Nie odpowiedziałaś na pierwsze pytanie.
Palce chłopaka zacisnęły się mocniej na ramionach.
Prawdę mówiąc, liczyła na to, że da jej spokój. Przewróciła oczami, zanim zdecydowała się odezwać:
— Przyszedł do mnie i… no wiesz. — Wskazała na zabrudzoną pożyczoną koszulkę Varrena, która i tak była w lepszym stanie niż jej własna.
— No tak — powiedział tylko, natychmiast rozumiejąc jej słowa. — Tutaj gwałty są na porządku dziennym.
Nie tylko na kobietach, pomyślał zniesmaczony. Na każdym, kto tylko pokaże, że jest słabszy. Chociaż wcześniej zdecydowanie najczęściej zdarzały się wśród adeptów, kiedy to starsi gnoili młodszych…
— To dobrze, że postanowiłaś mu się postawić. Nie każdy miałby tyle odwagi.
Skrzywiła się.
Odwagi? Czy mogła to tak nazwać? W tamtej chwili napędzał ją instynkt, który kazał jej przetrwać. Obawiała się, że na zaspokojeniu go nie miało się skończyć. Skoro tkwił w niej pęknięty kamień… łatwo byłoby upozorować śmierć z tego powodu. Ale czy w takim razie, gdyby nie groziła jej utrata życia, po prostu czekałaby biernie na to, co miało się stać? Wzdrygnęła się. Nie chciała nawet o tym myśleć.
— Ogarnij się i chodź, pójdziemy na stołówkę. Musisz coś zjeść, bo zaraz padniesz na pysk.

Rozmowy nielicznych już o tej porze obecnych na korytarzach osób cichły, kiedy przechodziła z Dimą w stronę jadłodajni. Niektórzy chowali się nawet w swoich pokojach, widząc, jak się zbliżali. Zaledwie niektórzy odważali się prychnąć z pogardą lub rzucić w jej stronę naprawdę kąśliwy komentarz. Oczywiście udawała, że nie słyszała. Co innego mogła zrobić? Nie chciała ściągać na siebie dodatkowych kłopotów. Wystarczyło, że teraz wpakowała się w niezłe bagno.
W stołówce zajęli miejsce przy jednym z wolnych stolików. Taca Dimy opadła na blat z cichym plaśnięciem. Bez słowa zabrał się do jedzenia. Nie miał ochoty na dłuższą konwersację z Averyn, choćby przez wzgląd na to, że niemal wszyscy w mniej lub bardziej dyskretny sposób przyglądali się im oraz podsłuchiwali.
Dziewczyna dźgała czubkiem widelca kawałek pomidora, wpatrując się przy tym w niewiadomego pochodzenia breję umieszczoną w głębokim talerzu. Mimo że pachniała słodko, nie miała zamiaru nawet jej próbować, bo swoim wyglądem odstraszała tak bardzo, jak tylko było to możliwe.
Nagle Averyn poczuła, jak czyjaś ciężka dłoń opada na jej głowę. Zesztywniała w ułamku chwili, przeczuwając nadchodące zagrożenie, ale nie ruszyła się nawet o centymetr. Z kolei Dima podniósł wzrok, przyglądając się trzem osobom, które podeszły do ich stolika. Od razu poznał w nich Ren – pełnoprawnych wojowników po ukończeniu podstawowego szkolenia i kilkoma udanymi zadaniami na koncie.
— No, Averyn — zaczął ten, który trzymał rękę na włosach dziewczyny. — Pierwsze dni w Akademii i już pretendujesz do miana zabijaki? Może jednak Varren wiedział, co robił?
Dima rozpaczliwie spojrzał w stronę stolika oficerów. Siedział tam jedynie Eremtair i, choć uważnie się im przyglądał, nie wyglądało na to, by miał zamiar w jakikolwiek sposób interweniować. Może czekał na to, jak sytuacja się rozwinie? Nie mógł oczywiście słyszeć tego, co mówili napastnicy, znajdował się za daleko.
Chłopak, będący najwyraźniej przywódcą grupy, kontynuował niezrażony:
— A może wcale nie? Nie od dziś wiadomo, że tylko chlanie i cipy mu w głowie.
Czuła, jak zaczyna się rumienić. Nie był to jednak róż, jaki wykwitał na policzkach, kiedy się wstydziła. Wzbierała w niej wściekłość. Nie widziała twarzy chłopaka trzymającego ją za włosy, ale po samym rozmiarze jego dłoni mogła stwierdzić, że był od niej zdecydowanie bardziej postawny oraz silniejszy.
Spojrzała pytająco na siedzącego naprzeciw niej kompana. Dima powoli, patrząc jej w oczy, pokręcił głową, dając tym samym sygnał, że nie powinna pozwolić się sprowokować. Miał rację.
— Dajcie mi spokój — powiedziała krótko, starając się, by głos nie zadrżał od ukrywanego gniewu.
— Wychodzisz przed szereg, Averyn — mruknął, pochylając się nad nią. — Czas do niego wrócić.
Zauważyła ciemne, zdecydowanie dłuższe włosy. Musiał być całkiem wysoko postawiony w społeczności mieszkańców Akademii, skoro uniknął ścięcia na krótko. Nie każdy mógł pozwolić sobie na wymarzoną fryzurę.
Zacisnęła dłonie na sztućcach. Może i stołówka była strefą zdemilitaryzowaną, ale mogłaby wbić mu nóż prosto w gardło, a łyżeczką wydłubać oczy.
Zacisnęła powieki, odsuwając od siebie te myśli.
— Po prostu się broniłam — wytłumaczyła pozornie spokojnie.
Banda stojąca za nią zaśmiała się dźwięcznie.
— No pewnie, bo przecież Varren kazał ci być wierną suką, nie? Inaczej nie wziąłby pod opiekę takiego słabeusza…
— Powtórz to — warknęła.
Dima spojrzał na nią karcąco, a potem raz jeszcze zerknął w stronę stolika, przy którym siedział wcześniej Eremtair, jednak nie zobaczył tam oficera. W takim wypadku zbliżająca się bójka mogła trwać zdecydowanie za długo, bo przecież nikt nie odważyłby się wezwać straży. Liczył tylko na kamery obserwujące całą sytuację. Ale i one były czasami zawodne.
Averyn poczuła, jak ręka przeciwnika napiera na jej głowę. Już po chwili twarzą uderzyła w głęboki talerz, nosem zanurzając się w słodko pachnącej brei.
— Dziwka. — Usłyszała jeszcze nad sobą.
W jednej chwili wstała, nie myśląc już o tym, że straciła nad sobą panowanie. Zacisnęła palce na nożu i, szykując się do obrotu, zignorowała również podnoszącego się ze swojego miejsca Dimę.
— Averyn, nie! — krzyknął jeszcze, nim zdecydowała się zadać cios.
Na próżno.
Przeciwnik próbował wymierzyć uderzenie, ale prawy sierpowy nie sięgnął celu, bo Averyn wolną ręką uderzyła w łokieć napastnika, wybijając jego rękę ku górze. Później, nie dając mu czasu na reakcję, natarła na niego swoją prowizoryczną bronią. Stal nierdzewna wbiła się w jego skórę, raniąc niegroźnie, aczkolwiek dotkliwie. Kompan lidera grupy wybiegł do przodu, a w jego dłoni zmaterializowała się niewielka kula ognia.
Dziewczyna zaklęła w duchu. Nie pomyślała o tym, że taki obrót spraw postawi ją na przegranej pozycji. Jednak, ku jej zaskoczeniu, do walki włączył się również Dima. Wdrapał się na stół, by rzucić się na przeciwnika posługującego się magią i, nim tamten zdążył wycelować, powalił go na posadzkę. Ognisty pocisk poleciał wewnątrz pomieszczenia, siejąc popłoch przy sąsiednich stolikach. Ostatecznie zniknął, po prostu rozpływając się w powietrzu i nie raniąc nikogo.
Tymczasem trzecia napastniczka, średniego wzrostu dziewczyna, zamachnęła się na Averyn zupełnie nieskładnie. Atak był tak bardzo spontaniczny, że nie potrafiła uchronić się przed nim w żaden sposób. Pięść przeciwniczki sięgnęła twarzy adeptki. Cios nie okazał się jednak nawet w połowie tak silny jak Varrena, więc zamroczyło ją ledwie na moment oraz zdołała utrzymać się na nogach. Niestety główny napastnik zdążył wyleczyć w tym czasie swoją ranę i pójść w ślady Dimy, rzucając się na przeciwnika, by powalić Averyn na ziemię.
Tępy ból rozszedł się po jej czaszce, gdy, upadając, uderzyła całym ciałem najpierw w kant ławki, a potem o zimne kafle. Silny kopniak w brzuch wyparł powietrze z płuc i stęknęła głucho, kuląc się na ziemi.
— Rozejść się natychmiast! — Usłyszała jeszcze, nim but chłopaka trafił w głowę.
Kiedy ciemność przed oczami ustąpiła, zobaczyła rozmyty obraz strażników szarpiących się z Dimą i dwójkę ich przeciwników. Trzeci, przywódca, leżał na posadzce, drżąc na całym ciele i tocząc pianę z ust. Averyn zdążyła zauważyć, jak jeden z wojowników chwytał jej kompana za fraki, a drugi łapał go za ramiona. Błysnęło krótko i Dima w jednej chwili stał się całkowicie bezwładny, jęknął żałośnie, opadając na podłogę, oraz całkowicie stracił przytomność.
W końcu przyszła kolej i na nią. Jeden ze strażników pociągnął ją ku górze za włosy, a kiedy złapał ramię, poczuła, jak silny ból przeszedł przez całe ciało, zaczynając się w barku, w miejscu, które trzymał wojownik, a kończąc się w koniuszkach wszystkich palców. Jakby uderzyła w nią błyskawica, całkowicie pozbawiając czucia.
Zanim zanurzyła się w ciemność, zdążyła pomyśleć jeszcze:

Varren nie będzie zadowolony…

11 komentarzy:

  1. Łiiii <3 [tu wpisz resztę spamu]

    OdpowiedzUsuń
  2. To chyba już taka tradycja, że Łzy bardzo przeszkadzają mi w mojej edukacji. Mam jutro zaliczenie i jeszcze muszę dokończyć prezentację, ale co z tego, idę czytać! Jak już będę w miarę przytomna i dla odmiany niezajęta akurat studiami, postaram się napisać coś konstruktywnego :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli Cię to pocieszy, to mnie też Łzy przeszkadzają w edukacji... :D Miło Cię tu widzieć! :)

      Usuń
  3. OMG, a myślałam, że Kairn jest bardziej opanowany xD.

    „Był chyba jedynym wiecznie szczęśliwym idiotą z poczochraną rudawą czupryną w całym tym piekle.” – a byli inni, wiecznie szczęśliwi idioci, ale z innym kolorem włosów? :D

    „Stojący na korytarzu Karin” – literówka w imieniu ;)

    „Livia wpatrywała się za okno pociągu mijający krajobraz” – urwało „w” krajobraz ;)

    „Zabiła człowieka – co z tego, skoro, jak powiedział jej przełożony, będzie musiała zabijać nadal? Nie stworzono jej. do tego, nie potrafiła tak po prostu pogodzić się z tym, że raz po raz każą odbierać komuś życie. A bez tego nie miała szans przetrwać.”
    Jej ręce zadygotały niebezpiecznie ostatni raz, a potem opadła na szarą wykładzinę. Nie przeszkadzało jej to, że widzieli, jak bardzo była słaba.”
    „łatwo byłoby upozorować jej śmierć z tego powodu. Ale czy w takim razie, gdyby nie groziła, jej utrata życia”
    „Rozmowy nielicznych już o tej porze obecnych na korytarzach osób cichły, kiedy przechodziła z Dimą w stronę jadłodajni. Niektórzy chowali się nawet w swoich pokojach, widząc, jak się zbliżali. Zaledwie nieliczni

    „Oczywiście udawała, że nie słyszał.” – Averyn stała się mężczyzną? :D

    Wiesz, wcale tak bardzo Varren mnie nie zaskoczył w tym rozdziale :P. Nadal jest po prostu Varrenem, wrócił do siebie, po chwilowej łagodności :P. Damn, ja chcę wiedzieć o nim więcej xD.

    Averyn z każdą chwilą ma zdecydowanie coraz bardziej przerąbane. Przyciąga pecha dziewczyna, a jednocześnie głupi ma zawsze szczęście :P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "„Oczywiście udawała, że nie słyszał.” – Averyn stała się mężczyzną? :D" - O WŁAŚNIE O TEJ LITERÓWCE MÓWIŁAM! :D (a Kairna na Karin zamienia mi Word, nie mam pojęcia, dlaczego tak jest. W każdym razie musiałam dodać to imię do słownika :D). Powtórzenia już biegnę kasować.

      Z czasem się nieco o Varrenie wyjaśni. Nie bez powodu tytuł jest taki, jaki jest. HEHE. No. A tak w ogóle, odnośnie Averyn: lubię gnębić swoich bohaterów... :c

      Usuń
    2. Pisz na docsach, docsy nie zmieniają xD.

      Ja to bym chciała wiedzieć JUŻ :D. A tu dupa, jeszcze czytać trzeba xD.
      Ale czyta się fajnie, nadal uważam, że wersję książkową bym czytała xD (i poszłoby mi pewnie szybciej, bo czytać papier można wszędzie, a internetów mój tel nie ogarnia xD).

      Btw chcesz mi mejlować, jak dodajesz nowy rozdział? :P

      Usuń
    3. Powoli wszystko się wyjaśnia. Niektóre niejasności z rozdziału, dajmy na to drugiego, rozwiązują się dopiero w jedenastym, więc... :D (jedenasty akurat się pisze, right now I mean). Czasem się dziwię, że jeszcze pamiętam, jak to wszystko powiązać, bo niektóre motywy pisałam taaaak daaawno ._.
      Lejesz mi miód na serce, proszę natychmiast przestać, bo jeszcze popadnę w samouwielbienie! I co wtedy!

      Jasne, mogę mejlować, mogę pisać na gg, gdzie tylko chcesz. :P

      Usuń
    4. Zła kobieta jesteś, tyle czytania, żeby dowiedzieć się wyjaśnienia xD. No i czekam, aż wyjaśnisz w końcu szczegóły przyjaźni Averyn i Varrena :D.

      Nie przestanę, nie łudź się :D. Łzy są czytable, czy tego chcesz, czy nie xD.

      Mejla proszę, masz go jeszcze gdzieś? :P gg nie używam, chyba że ktoś mnie na gg zawoła :P

      Usuń
    5. Jak to ten na tlenie, to mam, bo przychodzi mi powiadomienie o komciach na mejla i się pokazuje. : >

      Usuń
    6. Ej, cwane, ja zawsze zapominam zaznaczyć, żeby mnie powiadamiał xD. Ale tak, to ten na tlenie ;).

      Usuń

Nie spamuj, bo Den ugryzie. Nie chcesz tego, prawda?

Obserwatorzy