poniedziałek, 7 września 2015

Rozdział II - Magia

O matko! Byłam pewna, że ustawiłam autopublikację dla tego rozdziału, ale tego nie zrobiłam... Naprawdę Was przepraszam, ale jestem tak tragicznie nieogarnięta... Za tydzień bronię pracę licencjacką, straszne mam z tym licencjatem problemy (ciągle czegoś brakuje, albo coś się gubi, albo nie mogę czegoś dopiąć na czas, albo trzeba coś dorysować...). A później składam papiery na studia drugiego stopnia. Dopiero komentarz A. uświadomił mi, że chyba czegoś nie doklikałam. Wybaczcie mi. ;-;

Wszelkie błędy na pewno poprawię, za uwagi przeogromnie dziękuję, za wszystko wezmę się w swoim czasie – teraz po prostu nie wiem, w co mam najpierw włożyć ręce. Na komentarze będę odpowiadała w wolnych chwilach. Kiedy te chwile znajdę – nie mam pojęcia.

______________________________

Averyn, leżąc pod szarym kocem, wpatrywała się w sufit. Szum morskich fal dobiegający zza uchylonego okna wprawiał ją w senny nastrój, ale nadal nie potrafiła zasnąć. Nie umiała do końca zignorować bólu, który co jakiś czas przypominał o sobie, niczym przygasający węgielek zaczynający palić się wraz z silniejszym podmuchem wiatru.
Ponadto wzrastało w niej pragnienie tak silne, że nie była w stanie go zaspokoić. Nieważne ile piła, suchość w gardle powracała po chwili. Wraz z nadejściem późnego wieczoru wróciła również gorączka pozbawiająca resztek sił. Przysparzała zawrotów głowy, przyprawiała o nudności i nie pozwalała utrzymać się na zmęczonych, obolałych nogach.
Całe jej ciało zdawało się płonąć. W końcu ze zrezygnowaniem zdecydowała się więc wejść pod prysznic, odkręcając zimną wodę. Na początku odczuwała niemal ból związany z uderzaniem lodowatych kropel o rozgrzaną skórę, ale później poczuła długo oczekiwane ukojenie.
Kiedy ból i gorączka osłabły wreszcie, zakręciła wodę oraz sięgnęła po ręcznik. Wtedy też zatrzymała się przed lustrem, by spojrzeć na moment na swoje nagie cało. Wcześniej nie zwracała na to uwagi, bardziej absorbowała ją potrzeba ugaszenia ognia szalejącego wewnątrz. Jednak to, co zobaczyła „na zewnątrz”, przeszło najśmielsze oczekiwania.
Skóra pobladła znacznie, zupełnie jakby ktoś na długie lata zamknął ją w pomieszczeniu, do którego nie docierał nawet najmniejszy promień słońca. I wcale nie zanosiło się na to, by chorobliwa bladość opuściła ją kiedykolwiek, bo, gdy tylko Averyn spojrzała w lustrzane odbicie swoich oczu, zrozumiała. Tęczówki, kiedyś ciemnoniebieskie, teraz ledwie przypominały kolor, który reprezentowały kiedyś. Podobnie stało się z włosami. Dawniej brązowe, nagle stały się jasnorude.
Jakby ktoś zanurzył ją w wybielaczu, spierając z niej wszystkie intensywne kolory.
Zimny dreszcz przeszedł wzdłuż pleców adeptki, gdy zerknęła poniżej twarzy. Długa, zaszyta rana zaczynała się nieco powyżej piersi, ciągnąc się niemal po szyję. Averyn zamknęła oczy, drżącą dłonią dotykając niedużej wypukłości.
Właśnie wtedy pierwszy raz poczuła energię, która od momentu wszczepienia miała zostać stałą częścią jej życia. Nie potrafiła tego nazwać, po prostu wiedziała, że moc tam była, znajdowała się na wyciągnięcie ręki gotowa, by w każdej chwili siać zniszczenie.
Zniszczenie, pomyślała, krzywiąc się.
Podniosła powieki. Nie umiała myśleć o tej energii w kategorii innej niż sianie spustoszenia. Coś tak strasznego nie mogło być zdolne do tworzenia… nawet jeśli była to moc medyków, którzy mieli leczyć towarzyszy niedoli.
Głośny wrzask rozdarł ciszę jej pierwszej świadomej nocy w Akademii. Zaalarmowana krzykiem nałożyła czym prędzej uniform, jaki jej przydzielono, i niedbale wycierając ociekające wodą włosy, wyszła z łazienki, udając się w stronę uchylonego okna.
Otworzyła je powoli, by niepewnie wyjrzeć na zewnątrz. Trzy pokoje dalej, kurczowo trzymając się parapetu, wisiał chłopak, może w jej wieku, może odrobinę starszy. Chciała coś powiedzieć, ruszyć mu na ratunek, ale, gdy tylko rozchyliła usta, ktoś mieszkający w pokoju obok wychylił się na zewnątrz, żeby krzyknąć:
— Chciałeś się targnąć, to teraz się puść, do kurwy nędzy! — ryknął tylko w stronę nieszczęśnika.
Jak na komendę jedna z dłoni niedoszłego samobójcy ześlizgnęła się z parapetu. Chłopak zalał się łzami, kiedy Averyn wreszcie postanowiła coś zrobić. Wróciła do środka, chcąc udać się do pokoju adepta, który lada chwila…
Usłyszała jeszcze krzyk chłopaka, a później głuchy trzask.
Nie miała po co wychodzić.
Zatrzymała się przy nadal otwartym oknie, zanim wreszcie zdecydowała się, by wyjrzeć na zewnątrz. Morskie fale rozbijały się o skalisty brzeg. Nie było już zrozpaczonego adepta, nie widziała też tego, który do niego krzyczał. Dzieciak nie miał szans przeżyć. Averyn zerknęła w dół. Było tak ciemno, że nie widziała ani krwi, ani ciała, jednak i tak dopadły ją nudności.
Z trudem powstrzymała się od wymiotów, zamykając okno oraz trzęsąc się przy tym z przerażenia, a po chwili usłyszała krzyk Varrena dobiegający z korytarza. Głos mężczyzny zdecydowanie nie brzmiał na taki, który uznać by można za zadowolony.
— Co to za wrzaski?! Wyłazić, ale już! Wszyscy adepci zbiórka w pełnym umundurowaniu na korytarzu!
Averyn wahała się tylko przez moment. Mimo paniki, która powoli ogarniała ciało, zdecydowała się wyjść. Zamknęła za sobą drzwi akurat wtedy, gdy Varren przechodził obok jej pokoju. Starszy Arane zerknął na nią jedynie kątem oka, ale natychmiast poszedł dalej, chcąc dopilnować, by wszyscy rekruci usłyszeli jego polecenie.
Już po chwili całe piętro adeptów stało przed swoimi pokojami, czekając na dalsze polecenia.
Jasnowłosy mężczyzna podszedł do stojącego przy jedynych „wolnych” drzwiach Varrena, wręczając mu kartkę. Arane przejrzał ją pobieżnie, po czym skinął głową na podwładnego.
— Sprawdzanie obecności i rewizja osobista! Numer siedemset pięćdziesiąt dwa, Averyn!
— Obecna… — wydusiła niepewnie, kojarząc cyfrę z tą, która znajdowała się na drzwiach.
Oczywiście chciała, żeby jej głos brzmiał mocniej, poważniej… ale była tak przerażona, że nie potrafiła zdobyć się na nic więcej niż wydanie z siebie żałosnego jęku. Jakby tego było mało, spojrzenia wszystkich zgromadzonych na korytarzu niemal natychmiast zatrzymały się na niej.
Stres zjadł ją tak bardzo, że wreszcie poczuła, jak nogi powoli odmawiają posłuszeństwa, zaczynając trząść się żałośnie, choć bardzo starała się nad nimi zapanować. Uratował ją podwładny starszego Arane, przechodząc obok niej, by dostać się do jej pokoju. Zaraz za nim wszedł Varren. Averyn, nie wiedząc, co powinna zrobić, ledwie odwróciła się w progu. Bez słów obserwowała, jak po jednym silnym szarpnięciu łóżko przewróciło się do góry nogami, a mała szafka z czystymi mundurami wylądowała na podłodze razem z całą zawartością.

— Resztę nocy spędzicie na korytarzu — poinformował zastępca Varrena. — Macie stać na baczność. Nie wolno wam siadać ani się odzywać.
Averyn powstrzymała ciężkie westchnienie, kiedy mężczyzna sam zajął miejsce na wcześniej przyniesionym mu krześle, rozsiadając się na nim wygodnie i z kpiącym uśmieszkiem wpatrując się w adeptów.
Zmęczenie zaczęło przypominać jej o konieczności snu akurat teraz. Mimo to dzielnie stała, wpatrując się przed siebie.
Może to i dobrze, że ostatecznie nie wyszła z pokoju, chcąc pomóc temu nieszczęśnikowi? Gdyby wpadła wtedy na Varrena, mogłoby nie skończyć się na rewizji całego piętra.
Słuszność jej działań potwierdził po chwili sam starszy Arane, składając wizytę chłopakowi, który krzyczał do samobójcy. Averyn zmrużyła oczy, nie chcąc być świadkiem tego, co zaraz miało się stać. Znajdowała się jednak na tyle blisko, że słyszała każde słowo Varrena.
— Co to miało być, żołnierzu? — zapytał szorstkim głosem.
Adept nie odpowiedział.
— Znana jest ci cisza nocna?
Ponownie brak słów.
— Co, zapomniałeś języka w gębie?
Averyn zacisnęła oczy, jednak wrzask Arane i tak wystraszył ją, sprawiając, że niemal podskoczyła w miejscu.
— Gadaj! — ryknął, a Averyn uchyliła powieki akurat by spojrzeć, jak Varren złapał rekruta za włosy i pociągnął ku podłodze jednym silnym ruchem.
Bardzo chciałaby nie słyszeć, jak raz po raz kopał leżącego na podłodze dzieciaka. Bardzo chciałaby nie słyszeć krzyków katowanego chłopaka. Bardzo chciałaby nie słyszeć trzasku łamanej kości. Miała ochotę rozpłakać się i upaść na kolana. Ręce drżały jej, kiedy paniczny, zwierzęcy strach powoli przejmował nad nią kontrolę.
W końcu na dobre otworzyła oczy. Zobaczyła przed sobą twarz innego adepta, równie przerażonego, co ona sama. Jednak chłopak powoli pokręcił głową. Zrozumiała od razu. Jeśli rozkleiłaby się w tym momencie, ona też zostałaby ukarana. A potem cała reszta… w myśl odpowiedzialności zbiorowej. Tak jak ukarano ich za samobójstwo tego chłopaka.
— Rozejść się! Macie pół godziny na przygotowanie się do zajęć!

Kiedy znalazła się w odpowiedniej sali, poruszając się przy pomocy mapki, którą dał jej Kairn, ten był już na miejscu. Przez moment myślała nawet, że może się spóźniła przez siłowanie się z przewróconym łóżkiem i szafką, ale zerknęła na zegar wiszący na ścianie, upewniając się, że była kilkanaście minut przed czasem.
Wykładowca zerknął na nią ukradkiem, kiwnął krótko głową i długopisem wskazał jej krzesło, na moment odrywając się od papierów, które przed chwilą przeglądał. Averyn posłusznie zamknęła za sobą drzwi i usiadła tam, gdzie kazał. Większość stanowisk zostało zajętych przez adeptów, dopiero po niej do środka weszło jeszcze kilka osób, również siadając przy pulpitach wskazanych im przez Kairna. W sumie w pomieszczeniu znajdowało się jakieś dwadzieścia osób. Nie wiedziała, czy musieli zajmować miejsca przez jego widzimisię, czy też był w tym jakiś głębszy sens.
Sala wyglądała całkiem podobnie do tych, jakie spotkać można w zwykłych szkołach. Różniło ją jednak to, że w tej panowała tak idealna cisza, która w swej idealności była wręcz przerażająca.
— Magia — zaczął nagle młodszy Arane, ukradkiem zerkając na zegarek. — Nie wiem, co czytaliście w książkach i co widzieliście na filmach, ale wiedzcie, że tu traci to znaczenie.
Wcisnął guzik przy swoim biurku, a zamek w drzwiach prowadzących na korytarz szczęknął cicho. Ktoś musiałby być samobójcą, chcąc spóźniać się na jakiekolwiek zajęcia.
— To, co tu zobaczycie, czego spróbuję was nauczyć, na zawsze zmieni wasze poglądy na tę dziedzinę walki. Dotychczas wkładana między bajki, teraz ma być częścią waszego życia.
Wstał i krótkim, jakby nerwowym ruchem ręki machnął w powietrzu, zakreślając coś na kształt koła. Od tego momentu za jego palcami podążała wąska strużka ognia. Tak nierealna, że wyglądała niemal na podpaloną ciecz pływającą w powietrzu. Kairn zacisnął pięść, a żar zniknął.
— Nie myślcie sobie, że jest piękna. Nie myślcie o tym, co możecie stworzyć. Myślcie, jak i co możecie niszczyć. Wiedzcie, że magia jest okrutna i odciska ogromne piętno na tym, kto kiedykolwiek jej nie doceni.
Zaśmiał się cicho, widząc, że kilku adeptów odważyło się wykrzywić usta w nieśmiałym uśmiechu.
— Możecie wyśmiewać moje górnolotne pierdolenie — powiedział już głosem zdecydowanie niższym i bardziej ostrym. — Ale ci, którzy nie zdadzą sobie sprawy z tego, z czym mają do czynienia, zostaną przez to zniszczeni. Magiczny ogień to nie zapalniczka, którą wystarczy puścić, by się wyłączyła. Musicie być silniejsi od magii. Musicie zmusić ją do posłuszeństwa. Zapanować nad nią. Jeśli nie będziecie dość mocni, by uzależnić ją od siebie… — urwał na moment, a płomienie zatańczyły na czubkach jego palców, zmieniając się w jeden większy, kiedy je złączył. — Może nie odpowiedzieć na wasze zawołanie, kiedy będzie miała uratować wam życie… — zamilkł raz jeszcze, tym razem zaciskając pięść oraz pozbywając się w ten sposób ognia. — Lub nie odejdzie, niszcząc was, gdy nie będzie już potrzebna.
Teraz zrozumiała, dlaczego kazali im czekać na naukę magii w praktyce. Nie każdy potrafił pojąć to, z jak potężną siłą mieli do czynienia. Poza tym umiała wyobrazić sobie skutki nieumiejętnych działań kilkunastu adeptów naraz. Płonąca Akademia byłaby w tym momencie chyba najmniejszym problemem, z jakim przyszłoby zmierzyć się oficerom.
Do końca zajęć Kairn pokazywał im, jak sam włada magią. Co ciekawe, posługiwał się wyłącznie płomieniami, choć Averyn sądziła, że mógł pokazać im znacznie więcej. Wszyscy i tak zdawali się być oszołomieni tym, co zobaczyli. Nie na co dzień ma się przecież możliwość oglądania magii w najczystszej postaci.
Zimny powiew powietrza wtoczył się do sali wykładowej, gdy ktoś z pomocą karty magnetycznej otworzył drzwi, wchodząc do środka. Średniego wzrostu mężczyzna w białym płaszczu z wyszytym na nim czerwonym krzyżem zatrzymał się, widząc Kairna nadal siedzącego za biurkiem.
Averyn uważnie przyglądała się medykowi, który miał prowadzić z nimi zajęcia. Jasne, krótko obcięte włosy w zestawieniu z obojętnym oraz znudzonym spojrzeniem dodawały jego twarzy jeszcze więcej chłodu.
— Zagadałem się — mruknął Kairn, spoglądając na mężczyznę w białym płaszczu i zbierając swoje dokumenty do teczki. — Poznajcie Naira, przewodniczącego sekcji medycznej.
Wspomniany nie odezwał się jednak ani słowem, zmarszczył tylko brwi, na powrót ruszając w stronę biurka, przy którym miał usiąść. Może nie lubił za bardzo młodszego Arane?
— Pięć minut przerwy — zakomunikował jeszcze oficer wychodzący z sali.
Tymczasem medyk rozejrzał się po pomieszczeniu. Z jego twarzy nie szło odczytać żadnej emocji, kiedy przyglądał się pojedynczym adeptom. W końcu wzrok zatrzymał na Averyn siedzącej naprzeciw biurka wykładowcy. Zacisnął usta, a potem spojrzał w stronę okna.
— Wyglądacie jak rachityczne gówna, które lada chwila zdechną. Zresztą niewiele mijam się z prawdą — powiedział, zakładając ręce na piersi, by następnie spojrzeć w stronę wnętrza sali. — Jeśli chociaż troje z was dotrwa końca szkolenia, to i tak będzie sukces. Podzielcie się w pary tak, jak siedzicie. Nie mam żadnego tytułu, więc możecie po prostu mówić mi po imieniu, żeby uniknąć zbędnych niezręczności.
Averyn obróciła głowę, napotykając spojrzenie chłopaka mieszkającego naprzeciw niej. Uśmiechnął się blado, wyciągając ku niej rękę, więc uścisnęła ją niepewnie.
— Dima — przedstawił się cicho. — Chyba właśnie zostaliśmy na siebie skazani — mruknął jeszcze.
— Averyn — odpowiedziała. — Chyba tak.
— Od teraz będziecie razem ćwiczyć — twardy, donośny głos medyka przerwał ich krótką wymianę uprzejmości. — Będziecie razem jedli, razem spędzali czas, a także odpowiadali za siebie. Jednocześnie pamiętajcie, że każde wasze potknięcie może oznaczać dla was eliminację. Wygrywa lepszy. Wygrywa silniejszy. Mam nadzieję, że nie pozabijacie się już na pierwszych zajęciach — oznajmił znudzonym głosem. — Zakładam, że nie macie własnych broni, dlatego rozdam wam po jednym nożu na parę.
Dima odebrał ostrze z rąk medyka bez słowa, marszcząc przy tym czoło. Mieli uczyć się o uzdrawianiu… a jeśli wszyscy byli zdrowi, należało kogoś uszkodzić, żeby mieli co leczyć.
— Musicie skupić się na energii kamienia — mówił dalej Nair. — Znajdźcie w sobie moc, poczujcie, jak was wypełnia. Jeśli chcecie dobrze wykorzystać ten dar, musicie opanować trzy zasady podporządkowania. Podporządkowanie woli, podporządkowanie ciała i podporządkowanie mocy. Jeśli naprawdę nie będziecie chcieli komuś pomóc, nigdy tego nie zrobicie. Jeśli nie będziecie umieli zapanować nad strachem i nerwami, nad drżącymi dłońmi oraz niepewnymi ruchami, zrobicie poszkodowanemu więcej krzywdy, niż możecie sobie to wyobrazić — urwał na moment. — I najważniejsze — zaczął nieco ciszej, rozdawszy już wszystkie ostrza. — Jeśli wasza moc nie będzie wam w pełni podporządkowana, zniszczy was od środka. Wyżre wasze wnętrzności, odbierze wszystkie zmysły. Macie ją ujarzmić. Inaczej dzisiejszy dzień będzie waszym ostatnim — zakończył. — Z tą wiedzą jedno z was wciela się w rolę medyka, drugie w rolę ofiary. Macie za zadanie okaleczyć się, nieważne czy samodzielnie, czy z pomocą drugiej osoby, a potem wyleczyć ranę poszkodowanego. Możecie mnie wezwać, jeśli naprawdę nie będziecie umieli poradzić sobie z zadaniem. Być może jest wśród was zwykły wojownik lub mag, w takim wypadku będziecie zwolnieni z dalszych zajęć dotyczących leczenia. Wyleczenie zwykłego rozcięcia nie jest żadną filozofią i potrafi tego dokonać nawet ostatni idiota, więc nie będę poruszał szczegółów. Wraz z waszym ewentualnym dalszym szkoleniem medycznym zadbam też o rozwinięcie waszej wiedzy w zakresie medycyny. Jeśli nie ma żadnych pytań… — Nawet nie zaczekał na reakcję grupy. — Zaczynajcie.
Averyn niepewnie spojrzała na towarzysza niedoli. Żadne z nich nie wyglądało na gotowe, by tak po prostu pozwolić zadać sobie ranę. Dziewczyna zacisnęła usta, wzdychając przy tym cicho. Ostatecznie wyciągnęła rękę w kierunku Dimy, odwracając wzrok.
— Byle szybko — wyszeptała.
Chłopak drżącą dłonią złapał ją za przegub. Po chwili poczuła, jak zimne ostrze dotyka skóry, by następnie wgryźć się w nią niezbyt głęboko. Adeptka syknęła, czując ból. Dima skupił się na niewielkiej ranie, nie bardzo wiedząc, jak powinien zabrać się do jej wyleczenia.
— Może powinieneś wyobrazić sobie, że się zamyka? — zaproponowała cicho Averyn.
Nic takiego nie stało się jednak, więc zmarszczyła brwi, patrząc na krew skapującą powoli na pulpit, przy którym siedziała.
— Spróbuję jej dotknąć — oznajmił obojętnie, choć w jego głosie wyczuła nutę irytacji.
Kiedy dłoń Dimy zetknęła się z rozcięciem, Averyn poczuła, jak chłód obejmuje miejsce, które dotykał, wnikając w głąb ręki. Nie było to jednak zimno dłoni chłopaka, lecz dziwne, nieznane jej wcześniej uczucie. Niemal spanikowała, chcąc wyrwać rękę z lekkiego uścisku adepta, ale opanowała się, widząc, jak rana zamykała się powoli, a krew skrzepła, krusząc się po chwili i odpadając z miejsca, z którego wcześniej wyciekała.
— Udało się! — zauważył z uśmiechem.
— Super, teraz ja — powiedziała zachęcona jego sukcesem.
Jednak zanim nóż trafił do jej rąk, ze środka sali dało się słyszeć niemal opętańczy wrzask. Nair nie czekał, niemal natychmiast ruszył w kierunku osoby, która krzyczała. Wszyscy zastygli w bezruchu, kiedy medyk wyciągnął zza pulpitu wierzgającą oraz wyginającą się w dziwnych pozach adeptkę. Dziewczyna błądziła wzrokiem po całej sali, zupełnie nie kontrolując przy tym swoich ruchów. Z ust ciekła jej spieniona ślina, z nosa zaś krew. Całość wyglądała naprawdę przerażająco i Averyn miała ochotę odwrócić wzrok. Niestety Nair popchnął nieszczęśnicę tak, że upadła na posadzkę przed jej pulpitem.
— Przyjrzyjcie się dokładnie. Właśnie to stanie się z wami, jeśli nie będziecie panować nad swoją siłą.
Dziewczyna rzucała się po całej podłodze. Nie było żadnej wątpliwości – musiała naprawdę straszliwie cierpieć.
— Nie pomoże jej pan? — zapytała cicho Averyn, przyglądając się toczącej pianę z ust adeptce.
Medyk zmarszczył brwi.
— Oczywiście. Nóż — powiedział, wyciągając w jej stronę dłoń.
Bez słowa podała mu ostrze, przyglądając się, jak zbliżał się w stronę dziewczyny, by po chwili złapać ją za włosy i bez żadnych emocji poderżnąć gardło. Adeptka charczała przez moment, wypluła trochę krwi, która w tej samej chwili wyciekała jednocześnie z głębokiej rany na szyi, i nagle przestała się ruszać. Jej ciało zesztywniało w dziwnej pozie, wygięte nienaturalnie, z rozchylonymi ustami i otwartymi szeroko oczami.
— Oddaję — oznajmił Nair, podając dziewczynie broń.
Averyn spojrzała na niego bezrozumnie, nie chcąc uwierzyć w to, co dopiero stało się w tym pomieszczeniu. Dima szturchnął ją jednak i drżącą dłonią odebrała nóż, na którym znajdowały się ślady krwi martwej już adeptki.
— Teraz twoja kolej — przypomniał jej towarzysz. — Nie rozklejaj się — wyszeptał jeszcze karcąco, widząc, jak Averyn powoli odwraca w jego stronę głowę, a jej oczy nabiegają łzami.
Przycisnęła nóż do ręki chłopaka, ale nie potrafiła przesunąć po niej ostrzem. W końcu Dima, spostrzegłszy ponaglający wzrok Naira, sam ruszył ręką, sprawiając, że nóż zranił jego skórę.
Drżącymi dłońmi objęła wierzch przedramienia chłopaka, nadal próbując powstrzymać się od płaczu. W myślach wyobraziła sobie, jak rana zasklepia się, ale nic się nie stało. Mimo nerwów, próbowała skupić się na zadaniu. Nie było to łatwe, biorąc pod uwagę to, że medyk stał nad nimi, nadal czekając na jakiekolwiek rezultaty.
— Nair! — zawołał adept z drugiego końca pomieszczenia. — Ona zaraz się wykrwawi!
— Kolejny idiota, który za pierwszym razem postanowił podciąć komuś żyły… — mruknął medyk tak cicho, że słyszeli go tylko najbliżej siedzący adepci.
— Averyn, skup się — warknął Dima, zdrową ręką odwracając twarz dziewczyny, która powróciła do wpatrywania się w truchło adeptki. — Od tego zależy twoje życie… a nawet nasze życia — upomniał ją wściekle.
Dziewczyna spojrzała raz jeszcze na ranę, którą powinna zamknąć. Miał rację, od tego zależało to, czy dotrwają do jutra.
Poczuła, jak przyjemna energia zaczęła wypełniać ją od środka. W pewnym momencie myślała nawet, że uczucie ogarniającej euforii jest wspaniałe, ale natychmiast zorientowała się, jak wielki błąd popełniłaby, gdyby tylko pozwoliła mocy przejąć nad sobą kontrolę. Szybko stłumiła więc energię, w myślach ściskając coś, co wydawało się jej jasnym, nieco szarym obłoczkiem. Tym razem rana zniknęła w mgnieniu oka, szybciej nawet niż ta, którą zadał jej Dima.
Spojrzała na niego, uśmiechając się blado.
Oboje byli do czegoś przydatni.
Wychodząc z sali, raz jeszcze obejrzała się na ciało dziewczyny. Nie wątpiła w to, że ten widok miał zostać w jej myślach na długi, długi czas. Jednak to, co spostrzegła, będąc już przy drzwiach, przerosło wszelkie oczekiwania. Nair pochylił się nad truchłem, rozdzierając nożem materiał bluzki zmarłej adeptki, by po chwili rozciąć też jej skórę, a następnie wsunąć dłoń w otwartą ranę i złapać za znajdujący się w ciele kamień. Szybkim ruchem dosłownie wyrwał go z klatki piersiowej dziewczyny, bez emocji obcinając to, co nie zerwało się przez silne szarpnięcie.
— Dima, po co to robią? — zapytała cicho, przechodząc już w stronę korytarza.
Czuła, jak gorączka na powrót obejmuje ją, niemal paląc wnętrzności. Gdyby tylko umiała jakoś sobie pomóc…
— Nie wiem. I, dopóki jestem żywy, nie chcę wiedzieć — mruknął czym prędzej, chociaż Averyn miała wrażenie, że nie mówił jej całej prawdy.

Plac treningowy przerażał wielkością. Bardziej przypominał ogromne klepisko. Z jednej strony od świata odgradzał go budynek Akademii, z drugiej wysokie na trzy metry, grube mury. Pośrodku ustawiono dwie beczki wypełnione wodą, czekali też na nich dwaj oficerowie. Varren i inny mężczyzna odziany w szary płaszcz, Arne, który dopiero zaczynał karierę w kadrze.
Mężczyzna towarzyszący starszemu Arane był od niego zdecydowanie niższy, ale nie mniej postawny. Miał ciemnobrązowe włosy i podobnego koloru oczy. Uśmiechał się kpiąco, nie starając się nawet ukryć wyrazu twarzy pod białą maską, która wisiała przypięta do jego pasa.
— Mnie już znacie — oznajmił Varren, nie czekając, aż ustawią się w jakikolwiek sposób. — Idiotom przypomnę jednak, że jestem oficerem przewodniczącym: Arane Varren. A to mój asystent, Arne Deren.
Wyższy mężczyzna ukrywał twarz za porcelanową powłoką. Nie dało się jednak ukryć, że mówiąc, cały czas wpatrywał się w Averyn. Sama zainteresowana ledwie na moment odważyła się spojrzeć mu w oczy. Mimo to przerażenie, jakie ogarnęło ją natychmiast, sprawiło, że wzrok wbiła w ziemię, czerwieniejąc przy tym na twarzy.
— Dziś, powiedzmy, że macie luzy — oznajmił Deren. — Sprawdzimy tylko waszą wytrzymałość oraz umiejętność radzenia sobie w stresujących sytuacjach. Nic wielkiego — powiedział, uśmiechając się przy tym parszywie. — Pewnie podzielono was już w pary, dziś nie ma to większego znaczenia.
Tylko idiota mógłby sądzić, że „nic wielkiego” faktycznie nie było niczym wielkim.
— Musicie wiedzieć, kiedy walczyć, a kiedy odpuścić. Nauczyć się, że zawsze znajdzie się ktoś silniejszy od was — kontynuował Varren. — Dlatego powinniście wiedzieć, w którym momencie zdecydować się na otwartą walkę, a kiedy na użycie podstępu lub podjęcie decyzji o ewentualnej ucieczce. Najważniejsze, by wiedzieć, gdy przestać — zakończył ciszej. — Ty. — Podbródkiem wskazał na Averyn. — I ty. — Skinął głową na inną adeptkę. — Podejdźcie do beczek.
Averyn zerknęła na dziewczynę, która tak samo jak ona nie miała pojęcia o tym, co planowali. Obie spojrzały na wodę i, ledwie zdążyły przyjrzeć się tafli, a Varren odezwał się po raz kolejny:
— To wasza pierwsza prawdziwa lekcja, zapamiętajcie ją dobrze.
Silny uścisk sięgnął karku adeptki. Dziewczyna naprzeciw niej krzyknęła dziko, kiedy Deren również uniemożliwił jej ucieczkę, trzymając mocno nieco poniżej włosów. W jednej chwili głowa Averyn zanurzyła się w lodowatej wodzie. Dziewczyna była tak rozkojarzona, że nie pomyślała nawet o tym, by wcześniej nabrać wdechu.
Z przerażeniem zaczęła wierzgać, chcąc wydostać się na powierzchnię, jednak uścisk Starszego Arane okazał się na tyle silny, że nie sposób było mu się przeciwstawić. Brakowało jej powietrza w płucach, więc panikowała podwójnie. Co, jeśli miał zamiar ją zabić?
Zacisnęła oczy, starając się uspokoić. Dopóki nie potrafiła czegoś wymyślić, powinna oszczędzać siły.
Najważniejsze, by wiedzieć, kiedy przestać. — Głos Varrena jak na zawołanie odtworzył się w jej głowie.
Z trudem rozluźniła mięśnie, przestając się szarpać. Opanowanie się było trudne, ale osiągalne. Dlatego Averyn skupiła się na tym, by adrenalina powoli opuściła jej ciało. Już po chwili uścisk wojownika osłabł, a jego palce pochwyciły jej włosy, wyciągając ją z wody. Upadła na ziemię, rozpaczliwie łapiąc powietrze. Dopiero po chwili podniosła wzrok, spoglądając w stronę beczki, przy której stał Deren. Arne przyglądał się Averyn i, kiedy zauważył, że patrzy wprost na niego, uśmiechnął się paskudnie, skinął głową, potem podniósł obie dłonie niby w poddańczym geście, jednak dziewczyna nie wynurzyła się już spod wody.

Starszy Arane przyglądał się, jak grupa adeptów opuszczała plac, chcąc udać się wreszcie do swoich pokoi. Mężczyzna założył ręce na piersi, mrużąc oczy. Wynik był niezły. Pierwszego dnia odpadły tylko dwie osoby. Averyn jakimś cudem udało się przetrwać. Pokazał już, że pomimo wzięcia jej pod swoje skrzydła, nie miał zamiaru jej faworyzować. Teraz musiał tylko uważać, by nie uszkodzić dziewczyny zbyt mocno.
— Mało w niej mocy. Kiedy brałeś pod opiekę Kairna, kierowałeś się zarówno jego umiejętnościami, jak i tym, co w nim siedziało — mruknął Deren, stając obok Varrena, który zmarszczył brwi.
— Averyn to inna sytuacja — odparł enigmatycznie, odprowadzając ją wzrokiem do wyjścia. — Dziwi mnie, że przeżyła wszczepienie — dodał, odwracając się w stronę trupa adeptki.  — Ja odnotuję zgon, oddam kamień do magazynu, a ty zajmiesz się ciałem — rzucił jeszcze, szturchając dziewczynę nogą.
Wysunął zza paska przy udzie niewielką mizerykordię, pięknie zdobiony nóż, który w jego rękach z miłosiernym dobijaniem konających nieszczęśników niewiele miał wspólnego, i bez zastanowienia rozciął ubranie wraz ze skórą martwej dziewczyny. Później złapał lekko połyskujący w świetle słońca kamień, by jednym ruchem wyrwać go z jej piersi. Następnie wytarł go w mundur nieszczęśniczki i wsunął do kieszeni własnych spodni.
— Dlaczego dziwi cię jej przeżycie? Wyglądała na zdrową, kiedy tu trafiła. — Deren najwyraźniej nie miał zamiaru porzucać poprzedniego tematu.
Varren zmierzył go nieco groźnym spojrzeniem, zanim zdecydował się odezwać:
— Ilvan chce mnie awansować, więc od czasu do czasu muszę przypominać mu, że jestem wszechstronnie utalentowany — wyjaśnił nieco sarkastycznie. — Dlatego zdarza mi się odpierdalać robotę zwykle zarezerwowaną dla medyków. Na przykład Averyn trafiła na mój stół, kiedy Indari gapił się na moje ręce. Chyba zadźgałby mnie na miejscu, gdybym przyznał się, że kamień rozszczepił się na trzy części…
Arne spojrzał na niego z ukosa.
— Robiłeś różne dziwne i popierdolone rzeczy. Nigdy się do tego nie wtrącałem, ale teraz jestem niemal w stu procentach pewny, że ostro cię popierdoliło — rzucił Deren. — Wiesz, że dziewczyna nie pożyje zbyt długo? Wiesz, że Ilvan dowie się prędzej czy później?
— Nie dowie się, jeśli pomogę Averyn przeżyć. Nie dowie się też, jeśli nie puścisz pary z pyska. — Spojrzał na niego groźnie, a jego oczy na moment przybrały nieco ciemniejszą barwę. — Nie puścisz, bo oboje dobrze wiemy, że pociągnąłbym cię za sobą na dno.
— Zdajesz sobie przecież sprawę, że to, co jest w składzie oficerskim, nie wychodzi poza jego ramy? Nie musisz mi grozić — zapewnił go. — A z Averyn to jak? Dobry wujek Varren? Pomoc za seks? Czy może taryfa ulgowa i wystarczy, jak od czasu do czasu ci obc.…
— Nie — przerwał mu twardo.
Nie mógł przecież powiedzieć mu całej prawdy.
— O, nie bierzesz? A ja zamoczę…
W jednej chwili dłoń Varrena zacisnęła się mocno na jego szyi.
— Tylko ją dotknij, a upierdolę ci jaja przy samych kostkach, skoro tak bardzo cię swędzą — warknął i rozluźnił palce, chociaż nadal stał niebezpiecznie blisko niego, gotów do ataku w każdej chwili.
— Co w ciebie wstąpiło? Mieliśmy umowę! Jeśli jeden odpuszcza, to drugi ma drogę wolną!
— Tego przypadku umowa nie obejmuje — odparł, nawet na niego nie patrząc.

Najbardziej obawiał się tego, że Averyn okaże się zupełnie nieprzydatna. W końcu dość słabo radziła sobie z mieczem. Na szczęście Nair doniósł mu, że nieźle poszły jej pierwsze zajęcia z medycyny, więc zawsze mógł upchnąć ją właśnie u medyka, licząc na to, że przyuczy dziewczynę do zawodu.
Jak dotąd było to jedyne światełko w tunelu, bo wszystko zdążyło się pięknie spierdolić od początku niemal do samego końca. Może gdyby mógł cofnąć czas, postąpiłby inaczej. Na pewno nie byłby teraz w tym miejscu. Nie musiałby na nią uważać i martwić się o jakiekolwiek życie poza własnym. Dwa lata temu jeden dzień oraz decyzja, jaką wtedy podjął, sprawiły, że oboje znaleźli się właśnie tutaj. Nie miał wtedy pojęcia, w co ich wpakował. Jednak Averyn nadal żyła. Przecież o to chodziło, prawda?
Bezmyślnie wypisał datę zgonu na karcie martwej adeptki, podpisał się i zamknął wszystko w brązowej kopercie.
Może powinien z nią porozmawiać?

6 komentarzy:

  1. A mogłam się upomnieć wcześniej (w ogóle co to za pomysł, że przez miesiąc nikt nie komcia? Wiem, że mam sklerozę, ale nie aż taką i nie przy Łzach :P). No, ale powodzenia przy licencjacie, melduj się z piątką jak najszybciej :D.
    Się pozmieniało, bohaterów pododawało, opisów rozmnożyło, świata przybyło, postaci rozwinęło – teraz opowiadanie prezentuje się miodnie. Chyba widziałam coś, czego mogłabym się uczepić, ale czytałam na telefonie (więc nie wypisywałam), a poza tym to jakieś niewarte wspomnienia pierdoły były. W każdym razie zrobiłaś mi jeszcze większego smaka na dalsze rozdziały.
    Teraz znacznie lepiej widać to, jak przerażona jest Averyn, jak działa Akademi i po prostu faktycznie można zrozumieć, skąd bierze się strach do tego miejsca. Do patrzenia w lustro podeszłam sceptycznie (no za bardzo kojarzy mi się z opkami i mam jakiś uraz), ale właściwie nie czepiłabym się, bo jest ok, no i uzasadnione. W ogóle fajnie, że wyraźnie zwracasz uwagę na zmiany, jakie zaszły w Averyn, choć przecież mogło być znacznie gorzej (i będzie :P). Scena z chłopakiem, który chciał popełnić samobójstwo była ciekawa: znaczy dorobiłam sobie tło (skoro nie miał odwagi, żeby się puścić, nie miałby jej, żeby wychylać się aż tak z okna, a skoro tak, ktoś usłużny mu pomógł, bo pewnie chciał popatrzeć, jak ktoś inny ginie, co daje obraz tego, jacy ludzie trafiają do Akademii).
    Rygor w Akademii i ogólnie uczucia Averyn – przerażenie, ciągłe poczucie zagrożenia, obawa przed zrobieniem czegokolwiek jak i przed nie zrobieniem czegoś, to wszystko daje bardzo ładny, plastyczny, a przede wszystkim oddziałujący na wyobraźnię obraz sytuacji. W dodatku nauczyciele, którzy są tak wyprani z uczuć, którzy stali się zimni i nieprzystępni, wręcz nieludzcy nadają Akademii jeszcze mroczniejszego, paskudniejszego wyrazu. Bo adepci nie tylko znajdują się w zupełnie nowym świecie, ale i dostają wykładowców, którzy zupełnie się nimi nie przejmują – traktują adeptów jak mięso armatnie, ot i wszystko.
    Przedstawienie magii również zyskało w moich oczach – zarówno jeżeli chodzi o ogień jak i o leczenie (które chyba można podciągnąć pod kategorię), a właściwie szczególnie leczenie. Widać, jak niebezpieczna oraz podstępna jest moc drzemiąca w kamieniach (trochę jakby przebywając wśród wrogów odkryć, że kamień w ciele rekruta również jest nieprzyjacielem). Swoją drogą ciekawe, że Kairn używa tylko żywiołu ognia (zawiasem: ładne zarysowałaś zmiany nastroju, może tym razem bym się połapała) – jakby było to związane z jego hm… problemem.
    Zdążyłam zapomnieć o niewyżytym Derenie, którego swędziała kuśka! Kurka, facet strzela jakieś fochy przed Varrenem (jakby nie znał go wystarczająco dobrze), zamiast obczaić od razu, że lepiej się wycofać, bo coś jest na rzeczy (jak on przeżył tyle czasu???). Dobra Deren to oblech, więc bardzo miło było, gdy Varren sprowadził go do poziomu po tym całym popisywaniu się przed rekrutami (jego uśmieszki!). No, ale Averyn szybko zrozumiała, o co chodzi i jakiego zachowania się od niej wymaga – jest przyjemnym narratorem.
    Właściwie czegoś się czepię: wyrywanie kamieni wydaje mi się strasznie filmowe, patetyczne, przerysowane. Z jednej strony wiem, że oni wszyscy mają znacznie więcej siły od przeciętnego śmiertelnika, ale z drugiej powinni trochę uważać, żeby nie uszkodzić kamienia (skoro potrafi pęknąć przy wszczepieniu…). Niby zawsze można powiedzieć, że rekrut frajer popsuł, ale dla mnie zalatuje to zwykłym szpanerstwem (a chyba miało bezwzględnością).
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaklepuję miejsce, bo muszę to przeczytać (:

    OdpowiedzUsuń
  3. OMG jakie to jest czytable :D. Cholera, książkę bym czytała :D.

    Drastyczne trochę, imo, nie spodziewałam się :P. Znaczy chodzi o to, że pierwszy rozdział trochę tak zalatywał młodzieżówką (wiesz, coś jak Canavan), ale po przeczytaniu drugiego zdecydowanie wycofuję się z tego porównania :D.
    Podoba mi się mega kreacja świata, jest taki... rzeczywisty. I groźny :P. Taki, że bardzo łatwo w niego uwierzyć. I nie katujesz przydługimi opisami :3.

    Nie umiem w długie komcie :c.

    „Nie pomoże jej pan? — zapytała cicho Avern” – literkę w imieniu urwało :P

    „nie starając się nawet ukryć wyrazu twarzy pod białą, maską” – a ten przecinek tu po kiego? xD

    „Nie dało się jednak ukryć, że, mówiąc,” – nie za dużo przecinków? :P

    „Arne przyglądał się Averyn” – urwało literkę w „Arane” ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oborze, tylko nie Canavan, to nie fantastyka, która później zmieni się w romans (a przynajmniej taką mam nadzieję xD). Wiesz, nie uważam się za dobrego pisarza, to opko jest imo średnie, staram się, ale pierwszy rozdział robi wrażenie właśnie takie, jakie robi. I to jest takie straszne "meh", bo ja to wciąż i wciąż poprawiam, a potem wychodzi jak zawsze. Chociaż mam malutką nadzieję, że mimo wszystko się nie zawiedziesz w dalszych rozdziałach! :)

      Literówki, błędy itp. poprawię, obiecuję (aż mi wstyd, że po tylu poprawkach CIĄGLE coś się znajduje... :( )

      Usuń
    2. Ten romans u Canavan to mnie rozczarował :P. Ale no, wycofałam się z tego porównania xD.
      Wiesz, może masz po prostu ten sam problem z pierwszym rozdziałem co ja, zawsze mi jakoś wychodzi do dupy xD. Poprawiam, poprawiam, a i tak mi się nie podoba i mam wrażenie, że to wciąż nie to, co miało być :P.

      Weź no, zapowiada się ciekawie - znaczy serio, czytałabym to drukowane :D. Będę informować na bieżąco, a ty tam lecz anginę i pisz dalej :D.

      Usuń
  4. Świetny rozdział!
    Wprowadzenie do Twojego wymyślonego świata - bardzo wciągające i intrygujące! A to nie każdy umie. Niektórzy twórcy blogowych fantasy najpierw przeprowadzają czytelników przez kilka nudnych rozdziałów opisujących, zanim zacznie się coś dziać. U Ciebie i pomysł jest świetny i realizacja na poziomie - wciągnęłaś mnie na dobre. No i już widać jakąś tajemnicę... Kim był Varren w przeszłości? Plus za dobrą kompozycję! Oj, spartańskie warunki w tej Akademii. Podoba mi się, jak pokazałaś jaką wręcz codziennością dla Arane jest śmierć adeptów. Odnotowuje zgon zupełnie bez emocji, będąc myślami gdzie indziej,przekomarzając się chwilę wcześniej z Derenem. Jakby pił herbatę. O, jeszcze fajny pomysł z tym wyblakłym wyglądem bohaterki po wszczepieniu. Oryginalne.
    Do przeczytania!

    OdpowiedzUsuń

Nie spamuj, bo Den ugryzie. Nie chcesz tego, prawda?

Obserwatorzy