niedziela, 26 lipca 2015

Rozdział I – Dairen

Okej. Powiedzmy, że do tego dojrzałam (trochę to trwało). Na stanie mam dziewięć rozdziałów na czysto, dziesiąty wrócił od bety (Nearyh, maj lof). Jestem pewna, że zdążę bez żadnych obsuw publikować rozdziały w tempie raz, góra dwa razy na miesiąc (Wasz wybór). Do września nie chcę rozgrzebywać dalej poprawek, bo muszę skupić się na obronie licencjatu (ha!), którego, prawdę mówiąc, mam po dziurki w nosie. I na wykopach. Ale to mniejsze zmartwienie, bo wolontariat. Do grudnia mam zamiar (tym razem już tak na poważnie) je [te poprawki] skończyć i zająć się drugim tomem.

Okej, w kwestii wyjaśnień: sporo się pozmieniało. Naprawdę. I dlatego jeszcze raz publikuję pierwszy tom. Może nie widać tego po pierwszym rozdziale, ale każdy kolejny różni się od tej wersji Łez, którą tu czytaliście, jak tylko jesteście w stanie sobie wyobrazić. Nie puściłabym Wam tu kompletnie zmienionego tekstu bez upewnienia się, że z fabułą faktycznie jest lepiej i mniej opkowo. Jasne, to nie jest jakiś super dobry tekst, pewnie nigdy taki nie będzie, bo ja sama nie uważam się za jakiegoś tru pisarza, ale wierzę, że naprawdę jest lepiej.

Czego (mam nadzieję) możecie się spodziewać? Mniej opkoizmów, mniej błędów, mniej dziur fabularnych (mam nadzieję, że nie będzie ich w ogóle), bardziej ogarniętych charakterów postaci, bardziej stonowanej akcji (ale to nie tak, że nic się nie dzieje, po prostu nie gna na łeb, na szyję)... No. I tak dalej. Nigdy nie byłam dobra w takie przemówienia.
Właściwie pozostawiam to do Waszej weryfikacji. Jeśli chcecie, dajcie znać, co zepsułam, co powinnam poprawić, jeśli znajdziecie jakieś błędy – piszcie. Kocham Was mocno. <3
(następny post 26 sierpnia lub gdzieś tak w okolicach 16 sierpnia, bo nie wiem, w jakich odstępach to publikować).

PS OCENIALNIE, NADCHODZĘ!
PPS Zmieniłam też napis na belce, bo poprzedni był zbyt emoopkowy.
PPPS W razie czego zostawiam też odnośniki do rozdziałów z poprzedniej wersji.
PPPPS MUJBORZE, ZAPOMNIAŁABYM NAJWAŻNIEJSZEGO! Wznowienie pisania dedykuję mojej mamie, która ma dziś urodziny! :D

~Den

______________________________
Ktoś popchnął ją i upadła na kolana, obijając je boleśnie. Już chciała się podnieść, ale kolejny cios w plecy sprawił, że opadła na twarz. Gorączka zalała ciało, gdy rozpaczliwie starała się złapać oddech odebrany wskutek grzmotnięcia o lodowatą posadzkę. Kiedy tylko poczuła chłód, plecy i ręce pokryła gęsia skórka. Do oczu spłynął pot wymieszany z krwią, sprawiając, że nie widziała już prawie niczego. Zawroty głowy nasiliły się, gdy ktoś gwałtownie szarpnął za brzeg wybrudzonego ubrania, podnosząc ją na nogi.
Zwymiotowała, kiedy tylko na powrót dotknęła stopami stałego podłoża. Pewnie upadłaby w kałużę własnych wymiocin, ale ktoś, kto nadal trzymał jej koszulę w żelaznym uścisku, nie pozwolił na to. Chciała podnieść wzrok, by przyjrzeć się swojemu „wybawcy”, jednak opanowanie mdłości i utrzymanie równowagi okazało się ważniejsze.
— Rzygaj, chociaż przez chwilę poczujesz się lepiej. — Usłyszała tuż przy uchu czyjś znudzony głos.
Splunęła krwią i spróbowała utrzymać się na nogach o własnych siłach, jednak kolana uginały się za każdym razem, gdy starała się oprzeć na nich większy ciężar.
— Idź — nakazał stojący za nią właściciel głosu.
— Co, głucha jesteś? — zakpił ktoś obok i po chwili poczuła silne uderzenie w ramię.
Zachwiała się, z trudem pozostając w pionie. Całą siłą woli zmusiła się do kilku drobnych kroczków, wiedziała jednak, że to stanowczo za mało. Chciała się sprzeciwić, powiedzieć, że nie była w stanie wykonać nawet tak prostego polecenia, ale z jej gardła wyrwał się tylko głuchy, niemal zwierzęcy jęk, który natychmiast został stłumiony kolejną falą wymiotów.
— Kurwa mać, Varren… — Głos mężczyzny znajdującego obok znowu dotarł do jej uszu. — Jak tak dalej pójdzie, to pozdychają nam na stołach. Ilvan powinien przeprowadzać ostrzejszą selekcję.
— Zapomniałeś już, jak sam rzygałeś po wszczepieniu? — odparł cicho ktoś stojący za nią.
W głowie starała się przetworzyć informacje dobiegające do niej z daleka. Nie było to łatwe, miała bowiem wrażenie, że każdy dźwięk docierał przytłumiony, w dodatku zupełnie zniekształcony i często niezrozumiały.
Varren? Kiedyś już słyszała o kimś takim.
Silny ból przerwał jej rozmyślania – odkaszlnęła, spluwając resztkami wymiocin i oddychając głęboko, by odgonić wrażenie ognia wewnątrz ciała.
— Ciekawe, kto wysłał ją do tego piekła… — Bezimienny mężczyzna odezwał się raz jeszcze.
Odgłos cichego mruknięcia sprawił, że podniosła wzrok w poszukiwaniu jego źródła, ale w otaczającym ich mroku i przez mgłę spowijającą jej oczy widziała zaledwie kontury dwóch mężczyzn. Jeden z nich pochylał się nad nią i przyglądał się, zupełnie jakby widział wszystko mimo gęstej ciemności.
A może to ona została oślepiona? Może wcale nie było ciemno?
— Jak to kto? — odpowiedział powoli Varren — Rodzina, któżby inny?
Na dźwięk tych słów dziewczyna niemal uśmiechnęła się boleśnie, ale zaraz skrzywiła się, czując zapach papierosów wymieszany ze smrodem – najprawdopodobniej własnego ciała. Resztki panowania nad nogami nagle z niej uleciały. Kolana najpierw zadrżały żałośnie, gnąc się niebezpiecznie, a po chwili całkowicie odmówiły posłuszeństwa.
Pusty śmiech docierał do głowy młodej adeptki jakby z daleka. Jedno mocne szarpnięcie i stała się całkowicie bezwładna. Któryś z towarzyszy przerzucił ją przez ramię niczym worek ziemniaków. Mimo ogromnego cierpienia, jakie jej tym sprawił, nie potrafiła zaprotestować.

Przez ból i potężne otępienie nie potrafiła przypomnieć sobie wielu rzeczy. Nie wiedziała, jak trafiła do pomieszczenia, w którym znajdowała się obecnie, nie wiedziała, ile czasu mogło minąć, odkąd po raz pierwszy przekroczyła próg Akademii.
Ale jedno pamiętała dokładnie. Rodzina. Dzięki niej znalazła się w piekle.
Ich zdaniem wszystko powinno zmienić się na lepsze. Miała zapewnić sobie w ten sposób zabezpieczenie na przyszłość. Mnóstwo pieniędzy, bogactwo i szacunek. Zabezpieczeniem okazała się pokaźna sumka przeznaczona dla jej rodziców za oddanie jedynej córki do Akademii. Za zdrową, silną oraz młodą kobietę władze tego przybytku były w stanie zapłacić naprawdę wiele…
Po podpisaniu umowy przekazującej dorosłe już dziecko do niewoli poszło całkiem szybko. Została sprzedana, sprzedana jak towar z najbliższej kupującemu półki. Nikt nie zapytał jej o zdanie. Z chwilą, z którą podpis znalazł się na dokumencie, straciła prawo głosu. Nie uważała nawet, że to straszne, jak rodzice mogą manipulować życiem swojego potomka, jeśli tylko rząd przymknie oko na kilka przepisów prawnych. Żyli w świecie, w którym to Akademia wyznaczała, co było zgodne z prawem, a co nie. Chociaż nigdy wcześniej nie sądziła, że przejdzie z rąk do rąk jak produkt, nie człowiek, wcale nie to przerażało ją najbardziej.
Niepohamowany lęk pojawił się wtedy, gdy zdała sobie sprawę, że odebrano jej wszystko, co zdążyła ze sobą zabrać. Nawet ubrania, które miała na sobie, bo w końcu dziewczynie udało się spostrzec, że odziano ją w coś, co w tym miejscu uważano za uniform czy też mundur. Bez słowa wyjaśnień zabrano ją na salę operacyjną, gdzie pod skórę chciano wszczepić bezbarwny kamień – tyle wiedziała. Reszty dowiedziała się na stole, od medyka, który podawał narkozę. Zanim ta zaczęła działać, adeptka zdążyła usłyszeć ledwie parę informacji.
Kilka lat temu w Dairen, stolicy Irashan, znaleziono piękne klejnoty. Z pozoru miały to być kolejne błyskotki, którym niemal natychmiast przypisano rolę ozdób na kobiecych szyjach. Podczas badań nad składem kamienia doszło jednak do niewielkiego wypadku, a ten całkowicie zmienił bieg wydarzeń.
Kolejne eksperymenty, tym razem prowadzone już za zgodą rządu na ludziach, wykazały, że w połączeniu z ludzką krwią ten mały pasożyt mógł dać nosicielowi wielką moc. W obliczu tak wspaniałej nowiny i możliwości stworzenia nadczłowieka nikt nie przejmował się setkami istnień, które dla większego dobra poświęciły swe życia, nie będąc w stanie mierzyć się z mocą źle dobranego klejnotu. Nikt nie zainteresował się też skutkami ubocznymi, wszak człowiek to towar odnawialny. Co z tego, że jeden zdechnie, kiedy z jego truchła wyrwać można kamień, a potem wcisnąć go w kolejne ciało?
W tym momencie wkroczyć mieli potencjalni rekruci tacy jak ona. Akademia poszukiwała młodych i silnych ludzi, wielu odpadało w przedbiegach, nie mogąc mierzyć się nawet z odrobiną mocy klejnotu, więc naukowcy z Dairen gotowi byli słono zapłacić za składnik potrzebny do otrzymania końcowego produktu.
Stworzenie superżołnierza warte było każdych pieniędzy.
Część osób wyłapywano z ulic, nikt nie troszczył się o włóczęgów, więc kto miałby zainteresować się ich nagłym zniknięciem? Innych odbierano rodzinom, oferując wynagrodzenie strat związanych z utratą, często jedynego, dziecka. W tych, w przeciwieństwie do bezdomnych, pokładano zdecydowanie większe nadzieje. Silniejsi oraz zdrowsi, często również nieobciążeni genetycznie mieli więcej szans na to, by stać się lepszym wojownikiem. Znajdowali się i tacy, którzy sami pukali do bram Akademii. Ci byli najgorsi. Zwykle okazywali się bowiem marginesem społeczeństwa, ciężkimi psychopatami oraz furiatami – ci za odrobinę grosza potrafili bezdusznie zamordować każdego bez chwili wahania. A wynagrodzeń w Akademii nie brakowało.
W zależności od siły, wieku i uwarunkowań genetycznych przyszły żołnierz mógł zyskać jeden z trzech wariantów mocy. Adeptka obawiała się tego, że posiądzie zaledwie więcej siły fizycznej – wtedy daliby jej miecz i posłali na front jako mięso armatnie.
Kolejną możliwością była magia. Wcześniej czytała o niej jedynie w książkach, nie potrafiła więc wyobrazić sobie, na czym faktycznie mogłaby polegać. Medyk, który przygotowywał ją do zabiegu, zdradził, że wyszkolony mag potrafił przyzwać nawet kulę ognia, chociaż nikomu jeszcze nie udało się wytłumaczyć tego fenomenu. Tę opcję dziewczyna widziała w znacznie korzystniejszym świetle. Nawet jeśli trafiłaby na pole bitwy, nie stałaby już całkiem z przodu. W końcu gdyby ustawiono ją w jednym z dalszych szeregów, miałaby jakiekolwiek szanse na przeżycie.
Marzyła jednak o zostaniu medykiem. Wtedy, po odpowiednim przeszkoleniu, sprzedano by ją do jakiegoś szpitala i być może dożyłaby sędziwej starości z dala od tego cyrku. Choć zawsze pozostawała szansa, że nie okaże się na tyle dobra, by pojąć medycynę w takim stopniu, żeby leczyć coś bardziej skomplikowanego niż zranienia. Wtedy pewnie oddelegowano by ją do ratowania rannych kolegów na froncie, gdzie szansa na śmierć zawsze była większa. Nikomu przecież nie udało się wstawić głowy odciętej mieczem na swoje miejsce.
Najbardziej jednak obawiała się, że wszystkie te dary połączą się w niej w jedno. Takie osoby pozostawały w Akademii, przechodząc trening, który miał wyłonić najlepszych z najlepszych – tutaj nie było już miejsca na niedoskonałości. Dopiero po nim pojedyncze jednostki sprzedawano za naprawdę ogromne sumy wpływowym politykom oraz ludziom biznesu jako osobistych bodyguardów. Niektórzy jednak nie mieli tyle szczęścia i po kres swych dni musieli służyć Akademii, wykonując zadania zlecone przez samego Ilvana.

Biały oficerski płaszcz łopotał na wietrze, gdy Varren przechodził przez wybrukowany dziedziniec, na którym odbywały się wszelkie apele. Przez kilka chwil mężczyzna przyglądał się surowym ścianom budynków. Nie pomalowano ich na żaden miły dla oka kolor, więc ktokolwiek przechadzał się między murami, miał wrażenie, że znajdował się w więzieniu. Trudno jednak o trafniejsze określenie dla tego piekła.
Sam plac apelowy był tak duży, że, patrząc z najwyższego piętra środkowego bloku, spacerujący wydawali się ledwie małymi punkcikami na tle wybrukowanego wielokąta. Jedynie błękitne niebo, jak na złość, nie chciało dopełnić swą barwą wszechobecnej szarości. Również strój starszego Arane od niej odbiegał i nie zlewał się z czernią, w którą odziana była lwia część mieszkańców Akademii.
Varren zmierzał właśnie do budynku „B”, gdzie znajdowała się większość biur i gabinetów oficerskich. Blok ten umiejscowiono pomiędzy dwoma innymi i zwano go „głównym”, ponieważ można było dostać się z niego zarówno do dwóch pozostałych części Akademii, jak i na place treningowe oraz apelowy. Ponadto załatwiało się tam większość interesów, o ile mieszkańcy nie chcieli akurat rozwiązać problemów siłą.
Wracał, jak zawsze o tej porze, z budynku „A” umiejscowionego po lewej stronie głównego gmachu, gdyby spojrzeć od frontu. W sektorze pierwszym znajdowały się sale ćwiczeń, wykładowe, zbrojownia oraz magazyn, a za całym sektorem umieszczono place treningowe.
Ostatnią częścią budynku, oznaczoną literą „C”, był blok, w którym wybudowano kwatery, na dole oficerskie, na górze adeptów. Im niższy ktoś posiadał stopień, tym wyżej mieszkał.
Z całym kompleksem od strony południowej graniczyło morze, z kolei resztę – budynki i plac – otaczał półkolisty, gruby na półtora metra mur, za który wydostać się można było jedynie przez jedną z dwóch bram obstawionych wieloma strażnikami. Taka zabudowa sprawiała, że Akademia stawała się twierdzą nie do zdobycia.
Varren w końcu znalazł się w korytarzu spowitym półmrokiem. Pstryknął w przełącznik i przejście rozjaśniło się nieznacznie, kiedy proste lampy przytwierdzone do sufitu rozświetliły szare ściany.
Gdy trafił przed odpowiednie drzwi, nie kłopotał się pukaniem, lecz zwyczajnie pchnął je, by dostać się do środka. Z wnętrza dobiegł go odgłos szurania przesuwanego krzesła. Cel jego wizyty nie mógł wiedzieć, kto właśnie wszedł do pomieszczenia, ponieważ starszy Arane zdążył wyciszyć moc do odpowiednio niskiego poziomu.
— Kto tym razem?! — ryknął wąsaty urzędnik, przechodząc do przodu, by lepiej przyjrzeć się przybyszowi. — Poprowadzę na ścięcie! Może to was nauczy…
— Doprawdy? — zapytał cicho.
Mężczyzna w końcu pojawił się w zasięgu wzroku pracownika biurowego, który, nagle, widząc Varrena, zdał sobie sprawę, że stał przed samą śmiercią, i spokorniał, kurcząc się w przestrachu.
Arane jeszcze omiótł pomieszczenie znudzonym spojrzeniem. W ogóle nie zmieniło się, mimo nowej osoby zajmującej ten pokój. Drewniany regał wypełniony teczkami stał na swoim miejscu, biurko ledwie nieznacznie przesunięto, a krzesła ustawione po jego obu stronach nadal wyglądały, jakby interesant potrącił je w pośpiechu, uciekając z urzędniczego piekła. Nie zmieniły się też białe ściany i drewniane, nieco zarysowane panele na podłodze.
Varren przez kilka chwil pozwalał sobie na kpiący uśmiech, gdy przyglądał się urzędnikowi. Ten nie widział w tym momencie jego braku powagi, w końcu twarz starszego zakrywała biała, porcelanowa maska.
— Arane Varren… Ja, ja nie wiedziałem! Nie wiedziałem, że to pan! Proszę, niech pan siądzie, w czym mogę pomóc? — zreflektował się szybko oraz pochylił głowę przed przełożonym.
— Przyszedłem po prawo opieki — oznajmił znudzonym głosem i zmrużył oczy, nadal stojąc w miejscu – najwyraźniej nie miał zamiaru spocząć.
— Oczywiście, panie Naharev — odparł tamten, podchodząc do regału. — Już pokazuję karty dostępnych kandydatów…
Mężczyzna złapał za jedną z teczek, na której czarnym flamastrem zapisano bieżący rok oraz miesiąc, ale ta nie poruszyła się nawet o centymetr. W końcu, wiedząc, że nie było sensu mocować się z nią, bojaźliwie spojrzał na Varrena.
— Chcę dziewczynę, którą niedawno tu przywieziono — stwierdził, zakładając ręce na piersi, a widząc, że jego rozmówca rozchylał wargi, by zaprotestować, natychmiast dodał: — Nie przyjmuję odmowy.
— Ale… to niezgodne z prawem — wyszeptał.
— Ja ustalam tu prawo. Masz zamiar mnie pouczać?
Urzędnik zacisnął usta.
— Nie, oczywiście, że nie. Ale… jeśli pana wybranka nie będzie miała dość siły, by móc zostać tutaj…
— Przypomnij mi, jak długo tu pracujesz? — przerwał mu wpół zdania jadowitym szeptem.
Tęczówki starszego Arane pociemniały nagle, dążąc do pełnej czerni. Mężczyzna oparł się rękoma o biurko urzędnika, który w strachu opadł na krzesło, gdy tylko Varren nieznacznie pochylił się w jego stronę, wpatrując się w niego przeraźliwie spokojnym spojrzeniem.
— Tydzień…
Arane przechylił głowę.
— A chcesz skończyć jak twój poprzednik?
— Nie, Arane…
— Więc?
Urzędnik odwrócił wzrok. Nie wytrzymał widoku niemal czarnych oczu.
— Kto konkretnie pana interesuje?
— Averyn Ilyrana.

Wstał. Usiadł. Podniósł się ponownie. Nie mógł znieść tego, że wskazówki zegara poruszały się tak wolno. Zgodnie z panującym w Akademii prawem wyjść poza jej mury mógł dopiero po godzinie ósmej, chyba że miał naprawdę dobry powód, by ten przepis obejść. Łamał w zasadzie trzy czwarte odgórnych nakazów i zakazów, ale próba przekroczenia bramy przed wyznaczoną godziną mogła równać się śmierci – nawet w jego przypadku. Dlatego też najbliższą wycieczkę do miasta musiał odłożyć o co najmniej dwie godziny. Nie byłoby w tym nic złego, w końcu pewnie wstałby około siódmej, ale ostatnimi czasy męczyła go bezsenność, a przez to zdążył wypalić całą paczkę papierosów w nocy. Jakby tego było mało, jak sam stwierdził, widząc swe odbicie w lustrze, wyglądał jak ostatni śmieć z potarganymi włosami i podkrążonymi oczami.
Varren zdawał się nie bać niczego. Zwykle to właśnie jego wysyłano na najbardziej bezsensowne oraz samobójcze misje, z których, o dziwo!, wracał z pogruchotaną połową ciała, a także jako nieliczny z ocalałych. Kilkukrotnie torturowano go, nawet podczas szkoleń, zdążył więc oswoić się również z bólem. Jedyną rzeczą, jaka przyprawiała go o uczucie niekontrolowanego przerażenia, okazała się niemożność zapalenia papierosa wtedy, gdy tego potrzebował. Tym razem nie zostawił sobie nic „na rano” – czego był pewny, przeszukał bowiem wszystkie szafki znajdujące się w jego apartamencie, sprawdzał nawet kieszenie kurtek oraz płaszczy i zaglądał pod łóżko w poszukiwaniu jednej zbłąkanej fajki. Niczego jednak nie znalazł.

Przez kilka boleśnie długich chwil nie wiedziała, czy nadal śniła, czy może obudziła się, ale wciąż nie mogła otworzyć oczu. Zdawało się jej, że nie słyszy nic poza szmerem własnego oddechu i szybkim biciem serca. Zrozumiała, że nie śpi, gdy lekki ból przerodził się w tępy, pulsujący oraz rozchodzący się po całej klatce piersiowej, kończąc się w kończynach wściekłym mrowieniem. Myślała, że to już wszystko, jednak w mgnieniu oka do listy cierpień dołączyły męcząca suchość w ustach i dziwne zawroty głowy.
W końcu udało się jej otworzyć oczy, lecz niemal natychmiast je zamknęła. Światło poranka raziło tak bardzo, że spod powiek pociekły łzy. Nie miała nawet pojęcia, jak długo leżała w tej pozycji, nie potrafiła też zmusić się do poruszenia jakąkolwiek częścią ciała, z pomocą której mogłaby chociaż przewrócić się na bok.
Zdecydowała się na powolne unoszenie powiek, pozwalając oczom, by oswoiły się ze światłem. Kiedy wolno przyzwyczajały się do jasności panującej w pokoju, okazało się, że promienie słońca nie raziły aż tak bardzo jak wcześniej. Obserwowała za to piękny spektakl słonecznych przebłysków dostających się do pokoju przez duże okno. Wszystko wydawało się nadzwyczaj ostre i wyraźne. Leżąc na podłodze, niemal dostrzegała fakturę sufitu, jakby ta znajdowała się tuż przed nosem.

Prawie wybiegł, gdy zegar wreszcie wybił ósmą. Przechodząc przez główną bramę, tylko pokazał przepustkę i jeszcze przez ponad kilometr szedł niemal pustą drogą. Dopiero w oddali widział pierwsze budynki. Nikt, mimo możliwości i atrakcyjnej ceny działek, nie chciał budować bliżej Akademii, niż było to konieczne. Dlatego pas zieleni otaczający jej mury nazwano strefą buforową. Człowiek, przechodząc z jednej strefy do drugiej, miał moment na oswojenie się z „nowym światem”, do którego zmierzał.
Kiedy wreszcie Varren znalazł się w mieście, reakcja na jego osobę była taka, jakiej się spodziewał. Wszyscy nagle woleli zejść mu z drogi i na wszelki wypadek w ogóle na niego nie patrzeć, szukając schronienia w cieniu starych i obdrapanych budynków. Nawet kierowcy samochodów skręcali w poboczne uliczki, bojąc się zesłać na siebie nieszczęście. Biedota, jaka zamieszkiwała te tereny, nie dziwiła go już nawet – przecież w Akademii widział straszniejsze przypadki. Prawda była taka, że nikt o zdrowych zmysłach nie chciał mieszkać w pobliżu tego obozu szkoleniowego. Dlatego działki sprzedawano tam za bezcen.
Głównym powodem niechęci do osiedlania się w sąsiedztwie Akademii byli sami oficerowie i ich podopieczni, którzy czasem wkraczali do miasta na drobne zakupy lub „coś mocniejszego”. Nikt z tubylców nie zdawał sobie bowiem sprawy, że żaden pracownik przychodzący zza murów tego piekła nie miał prawa podnieść ręki na jakiegokolwiek cywila.
Naharev doskonale wiedział, że sama jego obecność budziła niepokój w otaczających go ludziach. Później wystarczyło już tylko ukradkowe zerknięcie na jego szkaradną mordę pokrytą licznymi bliznami, by tłum uciekał mu sprzed oczu. O ile nie ukrywał oblicza pod maską. Może i propaganda działała świetnie w bogatszych dzielnicach miasta, ale na obrzeżach graniczących z Akademią często zdarzały się rozróby wywoływane przez wracających z przepustki niższych rangą żołnierzy. Choć nigdy nie podnieśli ręki na żadnego cywila, po ich przejściu właściciele sklepów musieli liczyć się z możliwą naprawą potłuczonych witryn lub opłacenia naprawy innych szkód.
Z politowaniem przyglądając się kolejnej walącej się chałupie, wszedł do czegoś, co szumnie nazwano sklepem. Kilku interesantów opuściło lokal najszybciej, jak tylko mogli. W końcu wraz ze starszym Arane wewnątrz zostało jedynie dwóch sprzedawców, z których jeden ukradkiem próbował sięgnąć pod ladę. Varren uśmiechnął się kpiąco. Okolica na pewno zmuszała ich do trzymania, choćby nienaładowanej, broni w zasięgu ręki. Tak było zdecydowanie bezpiecznej. Szkoda, że jemu niczego nie mogli zrobić.
Rzucił na blat kilka banknotów, nadal wykrzywiając twarz w przerażającym, szaleńczym uśmiechu.
— Pięć paczek — mruknął tylko i zerknął w kierunku drzwi, spoglądając na ludzi poruszających się za szybami.
— Papierosy to chyba drogi towar tam, za murami, co nie? Słyszałem, że niektórzy nimi handlują. — Usłyszał za plecami głos kasjera.
Zmierzył go obojętnym spojrzeniem, zastanawiając się nad odpowiedzią.
— Gówno wiecie — rzucił i wrócił do spoglądania za drzwi. — W godzinach porannych na przepustce wychodzić mogą jedynie oficerowie, kasy mają jak lodu, po co im handlowanie jakimś syfem?
— Więc… pan też jest…                                
— Nie interesuj się tak, bo ktoś zaraz obije ci mordę — fuknął, odwracając się w jego kierunku.
Wiedział, że nie mógł pozwolić mu wyprowadzić się z równowagi. Jeśli chociaż delikatnie uszkodziłby tego delikwenta, to w zarządzie nie trzeba byłoby szukać chętnych do skrócenia go o głowę. Mimo to uśmiechnął się kpiąco. Zawsze mógł go nastraszyć.
Kasjer pokornie sięgnął po towar, bez słowa wykładając wszystko na ladę. Trzęsły mu się przy tym ręce, na tyle mocno, że jedna z paczek upadła na podłogę, prosto pod stopy Varrena, który spojrzał najpierw na nią, a później wzrok przeniósł na mężczyznę. Cisza, jaka zaległa w pomieszczeniu, była tak gęsta, że ciężko się oddychało.
Ktoś otworzył drzwi do sklepu, zajrzał do środka i, spostrzegłszy oficera Akademii, wyszedł w pośpiechu.
— Uwierz, jeśli je podniosę… — Naharev wskazał głową na paczkę. — To z ciebie może nie zostać nic, co warto by zbierać.

Obudził ją naprawdę głośny huk, więc natychmiast otworzyła oczy. Światło nie wydawało się już tak silne, dlatego wytrzymała, obserwując to, co działo się dookoła. Źródłem hałasu był ciemnowłosy mężczyzna o bladej cerze i szarych oczach. Ustawił przy niej krzesło z takim impetem, że prawie dostała zawału, budząc się ze strachem. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, że przybysz wpatrywał się w nią uważnie, obracając przy tym białą, porcelanową maskę w dłoniach.
— Cześć — rzucił jakby od niechcenia. — Od dziś będę twoim najgorszym koszmarem. — Averyn mogła zobaczyć kilka blizn, gdy mięśnie na jego twarzy napięły się, wyginając usta w nieszczerym uśmiechu. — A teraz wstawaj — nakazał i sam się podniósł.
— Nie mogę — wydusiła, charkocząc, zanim zdążyła ugryźć się w język.
W rzeczywistości nie miała pojęcia, czy da radę się podnieść i czy w ogóle potrafiła się ruszyć. Obudził ją z tego dziwnego snu tak niespodziewanie, że nie zdążyła wcześniej sprawdzić, czy ciało chciało już reagować na jakiekolwiek polecenia wymagające większego wysiłku.
— Wydaje mi się, że nie rozumiem.
Uśmiechnął się uprzejmie i spojrzał na nią wyczekująco. W odpowiedzi tylko zacisnęła usta i odwróciła wzrok.
Dostrzegła zaledwie szybki ruch i jedyne, o czym zdążyła pomyśleć, to ucieczka. Coś dziwnego szarpnęło jej ciałem, paradoksalnie poczuła silne uderzenie w plecy i po chwili usłyszała głuchy trzask.
Gdy wszystko ucichło, otworzyła oczy, które zdążyła zamknąć, kiedy podświadomie starała się bronić. Krzesło leżało na podłodze… w kawałkach. A ona stała na własnych nogach, opierając się o ścianę.
— Widzisz? Jednak możesz. Chodź, nie będę niańczył cię przez cały dzień.
Bez zbędnych słów odwrócił się, mając zamiar wyjść z pomieszczenia. Nawet nie zdążyła się mu przyjrzeć.
Averyn czuła, jak wzrastające uczucie paniki ogarnia ją od środka. Miała wrażenie, że od nowa będzie zmuszona nauczyć się chodzić. Wydawało się jej, że niemal wszystkie siły musi wkładać w to, by postawić choć jeden krok, który zbliży ją do drzwi. A przecież jeszcze przed chwilą podniosła się z niesamowitą szybkością i grzmotnęła plecami o ścianę, unikając ataku.
W końcu mogła wykonać polecenie albo zginąć. Nie powinna przecież rozdrabniać się nad takimi błahostkami, kiedy na szali znajdowało się jej życie.

Krocząc za nim, starała się ignorować narastający ból w klatce piersiowej. Nie wiedziała, gdzie się znajdowała oraz jak wróci do pomieszczenia, które zapewne miało być jej pokojem. Nie interesowała się nawet tym, dlaczego teraz nosiła czyste ubrania i dlaczego wszystkie zmysły nagle zaczęły wydawać się bardziej wyczulone. Liczyło się tylko, by przetrwać – nie dać się pokonać palącemu uczuciu w klatce piersiowej i podążać za ciemnowłosym mężczyzną. W tej sytuacji tak niewiele znaczyło tak wiele…
Wpatrywała się w jego plecy, od czasu do czasu przenosząc wzrok na głowę. Nie zdążyła przyjrzeć się jego twarzy, jednak coś mówiło jej, że wyglądała całkiem znajomo. Mężczyzna nawet się nie przedstawił, ale sam wydawał się kimś, kto doskonale ją znał.
Nagle otworzył drzwi i bezceremonialnie wepchnął ją do ciemnego pomieszczenia. Niesiona impetem ostatecznie zatrzymała się na czymś, co w pierwszej chwili wydawało się rusztowaniem, które znacznie się rozkołysało pod wpływem uderzenia. Dopiero kiedy włączył światło, uświadomiła sobie, że wpadła na stojak na broń. Arane zdawał się jednak zupełnie nie przejąć tym, że prawie przewrócił stos żelastwa razem z nią.
— Masz, spróbuj tym — nakazał i, nim zdążyła zareagować, w jej stronę poleciał ciężki półtorak.
Chociaż bardzo chciała go złapać, ciało machinalnie zaczęło się bronić i Averyn zacisnęła powieki, starając się chronić oczy. W efekcie prawie straciła rękę, ale cieszyła się, że udało się jej utrzymać na nogach. Spojrzała na przełożonego, a ten wykrzywił usta w grymasie niezadowolenia.
— Świetnie — sarknął. — Teraz podnieś.
W ogóle nie zwracał uwagi na to, czy dawała sobie radę z wykonaniem jego polecenia. Stał, wpatrując się w różnej wielkości ostrza. Miała moment na to, by się mu przyjrzeć. Coś nagle ścisnęło jej żołądek. Dziwne uczucie wróciło do niej niespodziewanie, kiedy znowu pomyślała o tym, że mężczyzna wyglądał znajomo. W tym też momencie odwrócił się w jej stronę, opuściła więc wzrok, przypominając sobie o wyznaczonym zadaniu.
Z całych sił starała się unieść ostrze, chwytając rękojeść, ale nie była w stanie oderwać czubka klingi od posadzki, o którą się opierał. Próbując wykonać polecenie, czuła, jak zimny pot wstępuje na jej skronie, a ból w piersi staje się nie do zniesienia, gdy mięśnie raz po raz spinały się, zmuszając do tego, co dyktował im umysł.
— Dobra, starczy. Za ciężki — mruknął obojętnie i przeszedł do innego stojaka.
Averyn, sądząc, że może zostawić już miecz, upuściła go, na moment zapominając, jakiego hałasu przy tym narobi. Huk, roznosząc się po pomieszczeniu, mógłby obudzić nawet zmarłego. Przełożony zatrzymał się nagle i powoli odwrócił głowę w jej stronę. Miała wrażenie, że jego tęczówki ciemnieją, przybierając barwę podobną do koloru źrenic.
— Ja… P-prze-e-epraszam — wydukała i natychmiast odsunęła się od leżącego na ziemi ostrza.
— Zrób tak jeszcze raz — zagroził cichym, szorstkim głosem. — A będziesz biegać po placu treningowym do rana.
Dziewczyna gorliwie pokiwała głową na znak, że zrozumiała. Czy każdy musiał przechodzić przez coś takiego?
— Weź ten — powiedział już normalnie i, tym razem, łaskawie podał jej znacznie krótszy, najprawdopodobniej jednoręczny miecz.
Averyn z trudem podniosła ostrze, czubkiem celując w sufit, ale końcówka tak niebezpiecznie chwiała się w jej rękach, że bała się, że za chwilę przeważy ją oraz runie do tyłu lub miecz pociągnie ją do przodu, a sama poleci za nim, wywijając widowiskowego orła.
Byłby wniebowzięty — pomyślała zgryźliwie i oparła miecz o posadzkę. Tak było bezpieczniej. Tymczasem Arane stał, wpatrując się w nią uważnie. Po chwili założył ręce na piersi, następnie przygryzł wargę, jakby głęboko nad czymś rozmyślał.
Miała okazję, by zerknąć na niego jeszcze raz, może chwilę dłużej. Przez jego twarz przebiegał szereg blizn. Jedna naprawdę duża sięgała od nosa mężczyzny, przechodząc przez kącik ust, by wreszcie zniknąć gdzieś pod brodą. Kiedyś, gdy nie miał tylu szram, mógł wyglądać całkiem… normalnie. I całkiem… całkiem jak…
Coś zmroziło całe jej ciało, kiedy spróbowała wyobrazić sobie tę twarz bez wszystkich blizn. Varren. To był Varren!
Nagle bez słowa odwrócił się i sięgnął po podobny miecz, by po chwili jej go podać.
Teraz podniosła ostrze bez problemu, choć nadal czuła jego ciężar, a ręce drżały na samą myśl o wcześniejszym odkryciu. Mężczyzna, widząc, że tym razem Averyn nie chwiała się niebezpiecznie w rytm nadawany przez kołyszący się miecz, skrzywił się lekko.
— I jak? — zapytał. — Nie ciąży?
— Jest… ciężki… — wyznała po chwili.
Lepiej było powiedzieć prawdę. W odpowiedzi westchnął ciężko, zakrył twarz dłońmi, a następnie przetarł nimi skórę, na której widać było świeży zarost.
— Ja pierdolę… — jęknął głucho i ponownie na nią spojrzał. — Jutro o szóstej rano masz się stawić przy budynku „A” — mruknął, już na nią nie patrząc, lecz obserwując to, w jaki sposób trzymała ostrze. — Teraz idź na stołówkę. Musisz znaleźć młodszego Arane, Kairna. Powiedz, że cię przysyłam. Będzie wiedział, o co chodzi.
Wyszedł natychmiast, gdy skończył mówić. Averyn czuła się tak zaskoczona tą niecodzienną sytuacją, że nie zdążyła nawet zapytać, gdzie znajdowała się stołówka ani jak się nazywał, żeby potwierdzić lub zaprzeczyć swoim podejrzeniom.
Ale przecież żyła. I to liczyło się najbardziej.
Uczucie zmrożenia wszystkich wnętrzności nie opuszczało jej nawet na chwilę. Była tak zszokowana, że na moment zapomniała nawet o bólu, który wcześniej rozsadzał klatkę piersiową.
On żył! Dlatego też wieści o jego śmierci opowiadane jej przez rodziców mogła wsadzić między bajki. Na moment zacisnęła powieki i czubkami palców potarła skronie. Wydawało się, że stał się zupełnie inną osobą i pewnie miała rację – w niczym nie przypominał tego chłopaka, którego kiedyś znała.

Kiedy w końcu, kierowana odpowiednimi znakami i po niecałej godzinie błądzenia, dotarła we wskazane przez Varrena miejsce, było już po porze obiadowej. Poza tym obawiała się, że nie spotka tam Kairna, ale wizja nadchodzącej śmierci skutecznie motywowała ją do dalszych poszukiwań…
Takowe jednak nie okazały się konieczne. Gdy tylko pchnęła drzwi, zobaczyła mężczyznę odzianego w szary płaszcz i nie miała wątpliwości, że to osoba, której szukała. W końcu tylko wyżej postawieni oficerowie nosili szaty w kolorze innym niż czarny.
— Arane Kairn? — zapytała nieśmiało, kiedy zatrzymała się tuż za nim.
— Tak. I nie zachodź mnie więcej od tyłu, bo następnym razem cię zabiję — mruknął.
Wspaniale, pomyślała i stanęła na palcach, by zajrzeć mu przez ramię. Najwyraźniej coś notował.
— Czego?
Odwrócił się w jej stronę i zmierzył wzrokiem, zirytowanym wścibstwem, na jakie sobie pozwoliła.
— Arane przysłał mnie do pana — wydusiła w końcu.
Zielone tęczówki zupełnie nie pasowały do jego pociągłej twarzy i ciemnobrązowych włosów średniej długości. Poza tym nie wyróżniał się niczym szczególnym… może poza spojrzeniem pełnym niechęci, którym ją uraczył.
— Averyn, tak? — W odpowiedzi kiwnęła krótko głową. — Żyjesz, jest nieźle. Na przyszłość: starszy Arane. — Jego ton zmienił się nagle na nieco… milszy? Uśmiechnął się nawet, więc pozwoliła sobie na chwilę rozluźnienia. — Jak ci poszło? — zapytał spokojnie.
— Chyba nie był zadowolony… — odparła, starając się ważyć słowa.
Kairn parsknął śmiechem.
— On nigdy nie jest zadowolony, zapamiętaj to — powiedział, starając się stłumić uśmiech wykwitający na twarzy. — Myślałem raczej, że powiesz mi, że Varren próbował cię zabić, czy coś. — Przewrócił oczami. — Siadaj, pewnie jesteś głodna. — Wskazał miejsce naprzeciw niego.
— Nie bardzo… — mruknęła, ale usiadła bez słowa sprzeciwu.
Varren! Więc jednak!
— Powinnaś dużo jeść. Od teraz twój organizm będzie to szybko spalał — oznajmił śmiertelnie poważnym tonem. — Współczuję ci.
Averyn uniosła brwi. Zachowywał się zupełnie inaczej niż jego kolega po fachu. Przy Varrenie czuła się niczym spłoszone zwierzę i jedyne, o czym była w stanie myśleć, to ucieczka.
— Dlaczego? — wypaliła nagle, zapominając o wszelkich uprzejmościach, zanim zdążyła ugryźć się w język.
— Dlaczego? — powtórzył cicho. — Dziewczyno, nie dość, że Varren da ci niezły wycisk, to będziesz, zaraz za nim, najmniej lubianą osobą w całej Akademii — oznajmił takim tonem, jakby opowiadał właśnie świetny dowcip. — Uwierz, że nikt nie będzie ryzykował tak bardzo, by chociaż spróbować się do ciebie odezwać.
— Jest aż tak źle? — zapytała, zachęcona jego nastawieniem.
— Zadajesz za dużo pytań — mruknął, zanim postanowił udzielić odpowiedzi. — Uwierz, Varren Naharev skutecznie uprzykrzy ci życie. — Uśmiechnął się słabo. — Na tym zakończmy rozmowę o nim — dodał pospiesznie, blednąc zarazem, gdy zobaczył, że dziewczyna miała zamiar zapytać o coś jeszcze. — Arane nie lubi, gdy rozmawia się o nim za jego plecami…
— Przecież tego nie…
— Tak uważasz? — przerwał jej ostrym głosem.
Tutaj ściany mają uszy — pomyślała natychmiast.
Zerknęła na boki. Jeden ze spóźnionych na obiad adeptów przyglądał się im ukradkiem. Gdy zauważył, że Averyn spoglądała w jego stronę, natychmiast odwrócił się i wrócił do nakładania sobie jedzenia.
— W każdym razie… — zaczął ostrożnie. — Mam cię oprowadzić.
— Rozumiem — odparła natychmiast.
Młodszy Arane zebrał ze stołu kilka kartek, porządkując je jednocześnie. Kątem oka przyglądał się przy tym dziewczynie. Jeszcze nigdy nie widział takiego cudaka. Właściwie oglądał już wielu brzydali, ale wszczepienie nie dotknęło nikogo w tak… dziwny sposób.
Wielkie, bladobłękitne oczy, mały nosek i bladoróżowe usta, w których górna warga była znacznie węższa niż dolna. Do tego te krótkie włosy zapewne ucięte „od miecza”. Kairn wiedział, że Averyn i tak w zasadzie wygrała los na loterii, jeśli chodziło o wygląd. Jej oczy straciły tylko swoją dawną barwę i skrócono jej włosy, kiedy większość dziewcząt golono na łyso – oczywiście często miały w tym swój udział wszy. I ich kolor – coś, co było kiedyś brązowe, teraz wyglądało jak naprawdę brzydki rudy.
Wstał, gestem każąc podążać za sobą. Na szczęście nie odzywała się już w ogóle. Dobrze, że miała choć tyle oleju w głowie, mimo że wcześniej inteligencją nie zgrzeszyła. Kilkukrotnie musiał delikatnie sugerować jej, by przestała mówić. Jeśli przy Varrenie będzie nadal taka wyszczekana, to nie skończy dobrze. Z drugiej strony przy nim niemal każdy bał się odezwać.
Prawda była taka, że Arane słuchał. Ten skurwysyn miał w Akademii tylu szpiegów, że nigdy nie wiadomo, czy chuderlawy dzieciak ze stolika obok właśnie nie podsłuchiwał. W tym wypadku Averyn okazała się łatwym kąskiem. Ostrzegł ją. Nie dlatego, że mu na niej zależało – w końcu to kolejny gówniarz, który prędzej czy później umrze lub przejdzie szkolenie – po prostu sam nie chciał mieć kłopotów.
Przewrócił oczami, widząc, że dziewczyna stara się zapamiętać każdy szczegół drogi, którą ją prowadził. Doskonale rozumiał, jak bardzo musiało irytować ją to, że jej słuch rejestrował teraz nawet najcichszy szmer i stukot, a oczy dostrzegały każdą, najmniejszą plamkę na odległej ścianie. Albo się do tego przyzwyczai oraz nauczy się korzystać z tych umiejętności, albo zginie.
W końcu, gdy znaleźli się w długim korytarzu, po obu stronach którego znajdowały się drzwi, otworzył jedne z nich i niemal siłą wepchnął Averyn do środka, rozglądając się przy tym uważnie. Kiedy oboje znaleźli się wewnątrz jej nowego pokoju, spojrzał na nią wściekle.
— Następnym razem dwa razy rozejrzyj się, zanim coś powiesz. Ale miej też świadomość, że i wtedy ktoś, kogo nie widzisz, może podsłuchiwać — mruknął, a potem podał jej jedną z kartek, które wcześniej leżały rozłożone na stoliku. — Tu masz plan budynków, najlepiej naucz się go na pamięć. Pierwsze zajęcia odbywają się ze mną. Teoria magii, ale nie nastawiaj się na zbyt wiele. Możesz okazać się nieprzydatna. Nie toleruję spóźnień, jasne?
— Jasne — odparła natychmiast, przyjmując mapkę.
Nie skomentowała tego, co o niej powiedział. Przecież mógł mieć rację. Nie istniała stuprocentowa pewność, że dostała wszystkie trzy atuty połączone w jedno. Jeśli nawet wyślą ją na front, jeśli jej moc… Averyn natychmiast urwała tę myśl. Musiała skupić się na przeżyciu, a rozdrabnianie się nad tym w niczym nie pomagało.
— Później, w tej samej sali, masz teorię i praktykę z uzdrawiania. Po przerwie obiadowej w pięć minut musisz zjawić się na placu, co drugi dzień, na zmianę z walką wręcz, masz praktykę z władania mieczem — wytłumaczył spokojnie, przyglądając się strzaskanemu krzesłu.
— Rozumiem. — Kiwnęła głową. — A praktyka magii?
Uśmiechnął się nieznacznie.
— W swoim czasie, Averyn. Najpierw sprawdzimy, czy w ogóle do czegokolwiek się nadasz.

Varren, ustami trzymając zapalonego papierosa, powoli przesuwał maszynką do golenia po szyi. Zaciął się i zaklął szkaradnie, prawie upuszczając peta do umywalki, gdy spoglądał na swe lustrzane odbicie. Rana zniknęła z jego skóry niemal natychmiast, zrastając się w niesamowicie szybkim tempie. Nie minęła nawet chwila – z miejsca, w które się skaleczył, odpadł mały strupek. Maszynka wylądowała w wodzie, a on ręcznikiem przetarł skórę tam, gdzie zostały resztki pianki.
Averyn mogła okazać się prawdziwym wrzodem na dupie, jeśli faktycznie go pamiętała. Widział przecież, jak patrzyła na niego, próbując połączyć fakty. Oczywiście nie liczył na to, że tak po prostu zapomni. W ten sposób zwyczajnie byłoby łatwiej. Dla niego.

29 komentarzy:

  1. Dobra, to na początek kilka uwag:
    „upadła na kolana, obijając je boleśnie.” – A nie boleśnie je obijając? Może mało znaczy, ale wydaje mi się jakoś nie po kolei.
    „Do oczu spłynął pot” – No nie bardzo, bo przecież ludzie os tego mają właśnie rzęsy, żeby zatrzymać pot czy jakąkolwiek wodę. Po nosie do ust mógł jej spłynąć (co najwyżej).
    „” – Nie leży mi ten cudzysłów, jest jakiś taki pełen buty, sztuczności, a nie wiem, czy o to chodziło. O „towarzyszu” mogłabym powiedzieć to samo – skąd te cudzysłowy i po co? No i „potrzebowanie” papierosa i „pracownik”. Kurde, albo jestem jakaś nieogarnięta, albo traktujesz czytelnika jak idiotę, bo wychodzi na to, że w ten sposób zaznaczasz ironię.
    „właściciel głosu” jest jakiś podejrzanie opkowy, ale może tylko mi się wydaje…
    „ze smrodem – najprawdopodobniej własnego ciała” – Nie umyli jej do operacji? Bo tak to wygląda…
    „Przez ból i potężne otępienie nie potrafiła” – Po co stopniować otępienie? Ból byłby ok., ale przy otępieniu uśmiechnęłam się głupkowato.
    „często również nieobciążeni genetycznie” – Pochodzący z dobrego domu rodzice dawali lepszy genetycznie towar, bo…? Chyba że chodzi o szerzące się na ulicach choroby weneryczne, wtedy rozumiem.
    „gdzie szansa na śmierć zawsze wrastała.” – wzrastała, literówka.
    Ej, ale skoro twarz Warrena zakrywała maska, jak reszta wiedziała, że to akurat ten Arane?
    „rozchylałwargi” – wargi się rozchylały, a słowa pozlepiały :P.
    „wydawało się być” – o jedno słowo za dużo.
    „oraz runie z do tyłu” – a tutaj albo za mało słów albo za dużo, nie wiem, ale tak na pewno nie miało być.
    Iż pachnie stęchlizną – ktoś jeszcze tego używa w mowie? Mamo, informuję cię, iż odchodzę. xD
    Różnica jest kolosalna. Przecież wcześniej praktycznie nie było nic o świecie, a ledwie kilka zdań o samej Akademii. Teraz faktycznie widać, że jest to wprowadzenie do opowieści i że masz jakiś obraz tego świata, więc poprawa jest oczywista. Właśnie, zaskoczyła mnie ilość opsów, których wcześniej było jak na lekarstwo, a teraz nagle pojawiły się – a jednak możesz! xD Serio, przyjemnie czytało się, gdy powoli wprowadzałaś w historię. Sama Akademia została podzielona na bloki, a wcześniej chyba nie była (zapomniałam), ale o tym, że rekruci mieszkali wyżej, zdaje się, było już wcześniej (mam zabawę z tropieniem, co jest nowe). Ale i tak największą zmianą jest chyba to, że Averyn od razu orientuje się, że zna Varrena, no i prawidłowo wiąże go z kumplem.
    Mały szok wywołało wprowadzenie nazwisk. Wydawało mi się, że członkowie Akademii zrzekali się ich (bo i po co im one? Chyba nie było aż tak dużo oficerów o tych samych imionach, a reszta – wiadomo). Właściwie jakoś szybko się przestawiłam, ale zastanawia mnie, czemu zostawiają im nazwiska. Masz odpowiedź? Będzie później wyjaśnione?
    Wszczepienie zachowało urok, zresztą cały rozdział ma bardzo specyficzny klimat – zimny, wyrachowany. Podoba mi się, że Varren od początku myśli o Averyn jako o długu do spłacenia (znaczy tak mi się wydaje).
    Dalej ciekawi mnie kwestia kamieni, bo znów czegoś się dowiedziałam (albo zwyczajnie zapomniałam). Mianowicie: kamienie są dopasowywane do użytkownika na jakiejś zasadzie. Znaczy, że wynaleziono jakiś sposób, na podstawie którego śmierć poprzez wszczepienie niewłaściwego kamienia jest mniej prawdopodobna. W ogóle mogę kiedyś liczyć, że opiszesz samo wszczepienie? No i sam kamień jako pasożyt – nie jestem pewna, czy wcześniej również o tym było – ale strasznie mi się podoba. Bo, skoro pasożyt, znaczy, że kamyczki żyją, a skoro żyją, może wpływają na żywiciela? A może – uwaga, głupia teoria! – jak są dwa, to się rozmnażają! Chociaż z drugiej strony kamienie bardziej przypominają mi… trufle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po kolei:
      "No nie bardzo, bo przecież ludzie os tego mają właśnie rzęsy, żeby zatrzymać pot czy jakąkolwiek wodę. Po nosie do ust mógł jej spłynąć (co najwyżej)." - Brwi mają ograniczoną zdolność chłonięcia :P

      "„” – Nie leży mi ten cudzysłów, " - wyświetla mi tylko cudzysłów bez zawartości D: Co do traktowania czytelnika jak debila: nieee, ja po prostu mam niezdrowe skłonności do łopatologii ;-;

      "„właściciel głosu” " - bo to jest opko! D: A tak serio to spróbuję to jakoś zmienić, bo ciężko mi operować bez powtórzeń, kiedy nie wymieniam dokładnie bohaterów z imienia.

      "Nie umyli jej do operacji? Bo tak to wygląda…" - po wszczepieniu jej ciało toczy gorączka, śmierdzi własnym potem :P

      "Po co stopniować otępienie?" - bo można być lekko otępionym, nie rozumiem, co w tym śmiesznego. O.o

      "„często również nieobciążeni genetycznie” – Pochodzący z dobrego domu rodzice dawali lepszy genetycznie towar, bo…? Chyba że chodzi o szerzące się na ulicach choroby weneryczne, wtedy rozumiem." - czemu wenerycznie? Na ulicy są ludzie chorzy, słabi i wygłodniali, mieszają się ze sobą w sposób, powiedziałabym, niekontrolowany.

      "Ej, ale skoro twarz Warrena zakrywała maska, jak reszta wiedziała, że to akurat ten Arane?" - Tylko Varren miał biały płaszcz, młodsi mieli szare.

      "„wydawało się być” – o jedno słowo za dużo." - Nerka mi zawsze zwraca na to uwagę, a i tak gdzieś wcisnę ._.

      "Iż pachnie stęchlizną – ktoś jeszcze tego używa w mowie? Mamo, informuję cię, iż odchodzę. xD" - no staram się raczej nie używać, noooo. Noooooooooooo! :P W każdym razie czasem jeszcze gdzieś wciskam, jak nie potrafię przeredagować zdania, ale postaram się coś z tym zrobić.

      Zaraz wyrzucę te braki spacji i literówki (wtf, Word mi to podkreśla, dlaczego ja tego nie widzę!)

      Co do opisów: staram się, chociaż mam wrażenie, że wychodzą trochę kanciato.
      Nazwiska: tylko Varren został przy nazwisku, potem będzie wytłumaczone dlaczego (mam nadzieję, że będzie sensownie brzmieć to wytłumaczenie, bo ostatnio mam taką manię, że wszystko brzmi mi opkowo w tym, cóż, opku xD). O kamieniach będzie, ale stosunkowo późno, do dziesiątego rozdziału będzie się rozjaśniać tylko część spraw z tym związana. Do konkretnego odkrycia kart potrzeba mi Ilvana, a on, welp, swoje pięć minut będzie miał trochę później.
      Ale kamienie to się nie rozmnażają na szczęście. xD

      Usuń
    2. Ponumeruję, bo nie chce mi się bawić w cytaty. Mam nadzieję, że mi wybaczysz.
      1) Brwi mają ograniczoną zdolność chłonięcia? Ale one nie są po to, żeby chłonąć, a po to, żeby jakikolwiek płyn spływał po bokach. Wesprę się własnym przykładem z całkiem niedawna: ponad 30 stopni, południe, zabieramy jedną po drugiej przyczepy siana z pola. Łącznie trzy, przy czym dwie zwaliliśmy w międzyczasie. Ręce mi odpadały, pot lał strumieniami, ale myślisz, że cokolwiek wleciało do oczu? Niet.
      2) Nie wiem jak, ale Word mi to wyciął… Tam było wybawca. Właśnie spodziewałam się, że to łopatologia, ale to była ta czarniejsza wersja i, serio, wywal to dziadostwo bo zabija klimat.
      3) A ktoś we wstępie mówił, że będzie zwalczał opkoizmy. Znasz? xD
      4) Tyle że smród wydaje mi się za mocnym słowem w tym kontekście i przez to pomyślałam, że Averyn była uświniona jak nie wiem co. Chyba że jest aż tak wrażliwa na pot (który aż tak intensywnie nie pachnie, bez przesady)?
      5) Nie pamiętam, ale kojarzyło mi się z czymś śmiesznym… Wiesz, dla mnie albo ktoś jest otępiony albo zamroczony albo nie jest wcale i jakieś podejrzane jest stopniowanie tego, ale zrobisz jak chcesz.
      6) Choroby weneryczne często wpływają na rozwój płodu (uszkadzają). Ludzie głodni czy osłabieni niekoniecznie wydarzą na świat dzieci z wadami genetycznymi – z niedowagą tak. Sugerujesz, że ci, którzy mają domy są selekcjonowani i krzyżowani tak, aby wydać jak najlepsze potomstwo, a reszta trafia na bruk? Po prostu wydaje mi się, że nietrafnie uściślasz, że to wady genetyczne.
      7) Chlip, w takim razie źle mi się jarzyło, że było dwóch na ważniejszych stołkach.
      No wiesz, może to nie są jakieś zapierające dech opisy, ale widać poprawę. Momentami mam tylko wrażenie, że wciskasz więcej słów niż trzeba, dookreślasz trochę na siłę.
      O, a to miłe odkrycie. Poczekam sobie cierpliwie – jesteś jak twoja beta, obiecujesz, że kiedyś wszystko wyjaśnisz i każesz czekać. A jestem niecierpliwy człek… (W ogóle głupi Word poprawiał mi wszystkie Varreny na Warreny, głópek, o!)

      Usuń
    3. 1) To dziwne, bo mi czasem z brwi po prostu kapie do oczu (tzn. tak, najpierw płynie mi po bokach, ale potem, jak cieknie mi np. woda po czole, kapie mi z brwi do oczu)

      2) Oke!

      3) No bo ja nie chcę, żeby to było opko, ale to jest opko, takie kryptoopko i w ogóle WSZYSTKO JEST OPKIEM!!!!!!!!!!!!11111111111

      4) może faktycznie "smród" brzmi zbyt dosadnie. Na razie nie mam czasu (BO LICENCJAT, BORZE, NIECH TO SIĘ SKOŃCZY), ale postaram się to zmienić najpierw w Wordzie, później tutaj.

      5) Zmienię może na silne otępienie, nie będzie aż tak dosadnie brzmieć. :P

      6) Może źle się wyraziłam, chodzi mi o wady wrodzone (odnotuję, że do poprawki). Wiesz, np. kiedy matka w ciąży pije, pali, ćpie, jest narażona na infekcje. Nie zawsze ujawnia się to w pierwszych latach życia takiego "dotkniętego" dziecka.

      7) Nie no, tylko on. I Ilvan. Ale Ilvana każdy znał. Przynajmniej w teorii. :P

      Wiele rzeczy się wyjaśni, ale dość późno. Na pewno nie wszystko się ogarnie do dziesiątego rozdziału. W jedenastym też raczej nie planuję. Pewnie około 15-16. W czternastym najwcześniej. ALE JA TO NAPRAWDĘ WYJAŚNIĘ! xD
      A z opisami się staram. I nadal będę się starać. Jak wyjdzie - welp.

      Usuń

    4. 1) A to dopiero dziwne... Twoje brwi robią cię w konia i się obijają xD.
      6) Aha, o to. Tyle że to niekoniecznie musi wpłynąć na genom i spowodować jakieś mutacje (prowadzące do chorób genetycznych). Poza tym strasznie niewygodnie mi z tym podziałem – wydaje się potwornie niesprawiedliwy. No i zawsze zastanawiało mnie, skąd ludzie biorą kasę na piwo, papierosy i dragi, gdy nie ma co jeść...
      7) Yyy, bo to jest tak: ma mundur, biały płaszcz i maskę na twarzy. Po głosie go poznał? Po sposobie chodzenia, zachowaniu? Dobra, wyszłam ze złego założenia, że tych na najwyższych stołkach ogląda się tylko z daleka i rozpoznaje właśnie po ubiorze. W sumie przypomniało mi się, że Ilvan był blondynem... Oki, ogarnęłam.
      Wierzę na słowo, ale nie chce mi się czekać :P.

      Usuń
  2. Mam niezłą rozkminę z tymi maskami i jak oni właściwie się rozpoznają… No bo przecież budowę wielu może mieć podobną. Takiego Varrena można poznać po zmieniającym się kolorze oczu, ale to przecież trzeba blisko podejść (a większość osób raczej nie chce i jakoś się nie dziwię). Jasne, niby są ich ubrania od białych przez szare do czarnych, ale tak naprawdę na wszystkich stanowiskach jest ich więcej niż jedna sztuka. Chyba że Varrena rozpoznają po aurze zła, jaką roztacza :P.
    Tym razem wyjście poza Akademię miało zdecydowanie lepszy klimat. Całkiem zabawne było, gdy Varren tak uroczo groził sprzedawcy. Znaczy wiesz, dalej fanuję Varrena, więc cieszę się, że jest go więcej niż było :D. Chyba nie ma sensu pytać, o los rekrutów, których ktoś z Akademii złapie na wybijaniu szyb? Swoją drogą dziwne, że mieszkańcy pokrywają szkody z własnej kieszeni – nie powinna bulić Akademia?
    Averyn wydaje się wiedzieć podejrzanie dużo o Akademii. Właściwie to nie wiem, czy przed wszczepieniem ktoś zawraca sobie głowę jakimkolwiek wprowadzeniem rekruta (chociaż obstawiałabym, że nie), a mimo to Averyn wie np. o kolorach płaszczy, o czym tamten sprzedawca chyba nie wiedział. Dość oczywiste jest to, że skoro ten, kogo Averyn wtedy szukała był oficerem, pewnie jakoś się wyróżniał, ale dziwne jest to, że sprzedawca nie domyślił się takich rzeczy (przecież pewnie widział sporo ludzi z Akademii, którzy kupowali fajki, skoro w ogóle robił aluzje; chyba że Varren to taki dobry klient…).
    Właśnie – papierosy, czyli kolejny bohater opowiadania :D.
    Swoją drogą dziwne, że nikt nie kupił Varrena. Przecież ma skumulowany dar, doświadczenie i wygląda groźnie – potencjalni nabywcy bali się papierosowego smrodku, czy charakterku? Ale przecież nie musieliby z nim gadać, starczyłoby, że wyglądałby przerażająco, zrobił kilka numerów z manipulacją umysłem (chyba że już nie umie, bo w sumie kiedyś to się też chyba odnosiło głównie do Averyn i Kairna jako jego dzieł) i mało kto miałby ochotę mu podskoczyć.
    No dobra, już kończę. Szepnę tylko, że jestem za jak najczęstszymi publikacjami, skoro jednak się zdecydowałaś :D. A w ogóle to uznam wznowę za prezent na imieniny (a co tam zbiega się z urodzinami twojej mamy – najlepszego), bo czemu nie ^^.
    Pozdrawiam ;)
    P.S. Kiedyś zabiję tego bloggera - nie wiem jak, ale to zrobię, no!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Mam niezłą rozkminę z tymi maskami i jak oni właściwie się rozpoznają…" - w tej wersji maski noszą tylko oficerowie, a i to nie zawsze, bo w bezpośrednim starciu byłyby raczej mocno niepraktyczne. Poza tym mają płaszcze, Varren ma biały, reszta ofierki szare - Livia jest kobietą, do rozróżnienia są tylko Eremtair i Karin. :P

      " Chyba że Varrena rozpoznają po aurze zła, jaką roztacza :P." - ej, Varren jest księciem ciemności, ale może nie przesadzajmy xD

      "Swoją drogą dziwne, że mieszkańcy pokrywają szkody z własnej kieszeni – nie powinna bulić Akademia? " - powinna. Ale mieszkańcy się jej boją, samej Akademii i tego, co tam się dzieje, bo zwykły zjadacz chleba nie ma pojęcia o tym, co się tam odpieprza (w dalszych rozdziałach będzie propaganda, przemyślenia jednego z oficerów na ten temat, mam nadzieję, że się rozjaśni).

      "Averyn wydaje się wiedzieć podejrzanie dużo o Akademii. Właściwie to nie wiem, czy przed wszczepieniem ktoś zawraca sobie głowę jakimkolwiek wprowadzeniem rekruta (chociaż obstawiałabym, że nie), a mimo to Averyn wie np. o kolorach płaszczy, o czym tamten sprzedawca chyba nie wiedział."
      Jest fragment:
      "Bez słowa wyjaśnień zabrano ją na salę operacyjną, gdzie pod skórę chciano wszczepić bezbarwny kamień – tyle wiedziała. Reszty dowiedziała się na stole, od medyka, który podawał narkozę. Zanim ta zaczęła działać, adeptka zdążyła usłyszeć ledwie parę informacji."
      Ktoś jej trochę o tym powiedział. ;) Tylko chyba zmienię z tym, że zanim zaczęła działać, bo przecież narkoza zaczyna działać stosunkowo szybko, a medyk miał jej sporo do przekazania.

      "Właśnie – papierosy, czyli kolejny bohater opowiadania :D. " - w tej wersji chyba będzie to bohater drugoplanowy jednak xD

      "Swoją drogą dziwne, że nikt nie kupił Varrena." - nikt go nie kupił, bo Ilvan nie chciał go sprzedać, simple as that, najlepszych awansował do oficerów i zostawiał sobie. :P

      "chyba że już nie umie" już nie umie, bo to zbyt opkowe, nadal jest psychokinetykiem, ale nie ma jakichś połączonych jaźni i innych pierdół, no.

      Niech będzie, że na imieniny. :D Wszystkiego dobrego. :D

      Usuń
    2. 1) Aha, to teraz jasne. Znaczy – zupełnie nie wiem czemu – ubzdurało mi się, że oficerów jest więcej…
      2) Zabierasz całą zabawę! :P
      3) A bo ja myślałam, że Akademia im powinna płacić po to, żeby trzymali dzioby na kłódkę i robili dobre wrażenie. Ale, skoro jest inaczej, poczekam na oficjalne wyjaśnienia.
      4) Nairn, ten kabel! Żem nie zauważyła, zwracam honor.
      5) Pomyślałam o tym, ale później było o tym, że ciągle wysyłał go na samobójcze misje i jakoś tak… Niby wiem, że w ten sposób Ilvan chciał zahartować Varrena, ale – patrząc na to, jak to się skończyło – jakoś zupełnie nie wyszła mu ta inwestycja.
      6) Uff, to faktycznie było dziwne. Mimo wszystko dobrze, że pozostał psychokinetykiem, bo wciąż pamiętam, że głównie z tego powodu budził taki postrach (będzie tego postrachu więcej?).
      A dzięki i tak bym zapomniała, gdyby mama mi nie powiedziała. Taa moja skleroza jest wspaniała!

      Usuń
  3. Bardzo wciągający pomysł. Rozumiem, że nie wpadłaś na niego wczoraj, ale to, co mamy przed sobą jest efektem pracy i chęci (:

    Sam rozdział jest napisany super. Może do końca nie są to moje klimaty (żołnierze, język Varrena i kilka innych elementów), acz myślę, że dla fana gatunku to prawdziwa perełka. Najpierw nie zrozumiałam do końca o co chodzi z tymi kamieniami i jak w opisie przeczytałam, że bohaterka ma mieć wszczepiony "kamień" to miałam małego zonka - skała? Taka duża? Po co? Kara? Żeby garb jej dorobić? Jak widzisz jestem bardzo kumata~

    Ale wracając: Nie jestem najlepsza w pisaniu komentarzy >.> powiem tylko, że na pewno masz talent! Poza tym, hm, na razie nie pałam sympatią do Averyn i już wolę Varrena :D

    Jedyne, co mi nie pasuje to Lorde, bo szczerze nie cierpię jej muzyki </3

    Życzę weny i pozdrawiam,
    Nagmerrie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Cóż, nie jest żadną tajemnicą, że nad tym tekstem pracuję od... od dawna. Nawet bardzo dawna.

      Nie do końca chcę się skupiać na żołnierzach i tle. Podejmuję trudny (dla mnie temat) życia w trudnych warunkach, też nie przepadam za językiem Varrena. Tłumaczę to sobie tym, że środowisko to na nim wymusiło (bo kiedyś taki nie był, ale o tym innym razem :P). Generalnie Akademia i to, co się tam dzieje, jest dla mnie tłem dla bohaterów, którzy muszą poradzić sobie z błędami przeszłości, o.

      A tam, ja też mam czasami gorszy dzień i nie wszystko zrozumiem. A może to ja gdzieś źle się wyraziłam? Jak coś to daj znać, poprawię. :)

      Miło mi to czytać. :D
      Akurat od Lorde lubię tylko tę jedną piosenkę, reszta też mi nie leży. Tutaj głównie pasuje mi tekst.

      Dzięki, również pozdrawiam! ^_^

      Usuń
  4. A mi tam nie przeszkadza język Varrena. On reprezentuje pewien typ człowieka i akurat tutaj ten język właśnie pasuje. Dopełnia obrazek. Dla mnie super ta nowa wersja! Pozdrawiam i składam najserdeczniejsze życzenia mamusi :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miło mi to czytać. :D I dzięki!

      Usuń
    2. Jeszcze chciałam tylko dopowiedzieć, że to, że nie lubimy czegoś w bohaterze, czy całego bohatera, nie oznacza, ze od razu musimy go zmieniać/wywalać. Właśnie wręcz przeciwnie- skoro ludzie ostro reagują na jego charakter, to zapewne odwaliłaś dobrą robotę w kreacji bohatera :D.

      Usuń
  5. Cieszę się, że trafiłam na pierwszy rozdział! Zawsze jestem podekscytowana, gdy mogę śledzić powieść od samego początku :D
    Właściwie wszystko, co powinno zostać powiedziane, zostało już przedstawione w poprzednich komentarzach (swoją drogą te obszerne są najlepsze; ja niestety nie jestem dobra w ich pisaniu), więc dodam tylko, że dodaję Cię do linków i niecierpliwie czekam na kolejny rozdział :).

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobra, od razu chcę uprzedzić, że ostatnio mam tendencję do lania wody w komentarzach, więc konkretów należy doszukiwać się między wierszami.
    Może zacznę od szablonu, bo gdzieś tam zrozumiałam, że jesteś autorką rysunku. Jeśli tak, to szczere gratulacje i jedno wielkie wow, jest naprawdę ładny (jak na moje niewprawione oko). Dodam jeszcze, że podobają mi się minimalistyczne szablony z ładnym, „schludnym” nagłówkiem, a nie jedno wielkie nie wiadomo co z pięcioma twarzami wyrastającymi każda z każdej. Także dzięki za dbałość i ogólnie uporządkowany wygląd bloga.
    Już dawno trafiłam na tę stronę, ale przyznam bez bicia, że byłam takim leniem, że nie chciało mi się nadrabiać tylu rozdziałów. A jednak weszłam kilka dni temu z czystej ciekawości i zobaczyłam, że zaczęłaś od nowa, poprawiając stare rozdziały. I cudownie, bo nie miałam nic do nadrabiania, a pierwszy wpis przeczytałam w dwa dni.
    Ponieważ jestem „na świeżo” i nie mam pojęcia, jak wyglądała pierwsza wersja tego rozdziału, to chcę już teraz napisać, że bardzo mi się jedyneczka spodobała. Rzadko trafiam na takie rodzynki w Internetach, by wszystko – naprawdę wszystko – było dopięte na ostatni guzik. Od czego zacząć? Może od tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli poprawności (zwłaszcza interpunkcja). Nie znalazłam nic, żadnego błędu ani źle postawionego przecinka, i z tego powodu chylę czoła i dziękuję po stokroć, że nie musiałam się z męczyć podczas czytania przez kolejne potknięcia. Chyba jeden raz coś mi zaczęło zgrzytać w szyku jakiegoś tam zdania, ale jak zaczęłam go szukać, to już nie mogłam znaleźć, więc możemy przyjąć, że mam jakieś zwidy albo jestem przewrażliwiona.
    No dobra, może polecimy dalej. Bohaterowie. Varren – świetna postać, już go lubię, naprawdę. Dawno nie czytałam o kimś tak wyrazistym; nie boi się przeklinać, wydaje się, że dosłownie wszystko ma w nosie, jest surowy i bardzo wymagający, chociaż nie wiem, czy to nie są zbyt delikatne słowa. Dalej, Averyn – której imię bardzo mi się podoba. Nie dziwię się, że dziewczyna jest oszołomiona i przerażona nową sytuacją, skoro niemal każdy traktował ją tak brutalnie i wrogo (zresztą, taka chyba jest idea tej Akademii, o ile dobrze zrozumiałam). W dodatku skądś zna swojego „opiekuna” i teraz rodzi się pytanie, w jakich okolicznościach go poznała. Czekam na rozwiązanie tego wątku, bo naprawdę mnie zaciekawił.
    Styl. Bardzo przyjemny, płynny i barwny. Fajnie, że tak „łagodnie” wprowadziłaś czytelnika do Akademii, wszystko po kolei opisując, bym mogła sobie wyobrazić, jak czują się mieszkańcy tego miejsca w środku. No i podbiłaś moje serce opisem na samym początku rozdziału, kiedy to prowadzili Averyn do Akademii. No dobra, scena niezbyt przyjemna, bo dziewczyna ledwo trzyma się na nogach, wymiotuje i naprawdę fatalnie się czuje, ale opisałaś to tak zręcznie, że wszystko potrafiłam sobie wyobrazić i wczuć się w sytuację dziewczyny. Z niezwykłą lekkością przedstawiasz brutalne sceny, ale robisz to jednocześnie dosadnie, a to mi się podoba.
    Dobra, chyba już się naprodukowałam. :) Mam nadzieję, że mój komentarz choć trochę się do czegoś przydał (bo ja tak po cichutku liczę na to, że nie nadaje się na śmieci, bo lałam w nim wodę jak nic). Cóż, teraz pozostaje mi czekać na następny rozdział.
    Liczę na to, że kiedyś Twoje marzenie się spełni i wydasz „Łzy niewiernego” – uwierz, że naprawdę trzymam za Ciebie kciuki. Mnie już kupiłaś tą historią, planuję tu zostać i powoli czytać następne rozdziały.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Idź ty - sierpień minął, a ty nic. Znów się obijasz, zua kobieto!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ?! Byłam pewna, że ustawiałam autopublikację!

      Usuń
  8. Strasznie ciekawi mnie ten fragment: "Już chciała się podnieść, ale kolejny cios w plecy sprawił, że opadła na twarz.". Nie spotkałam się jeszcze z wyrażeniem "opaść na twarz" tylko "upaść na twarz" i nie wiem, czy to jakaś gwara i brzmi dla mnie obco, bo pochodzę z innego regionu, czy może literówka. :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Raczej dramatyczna próba uniknięcia powtórzenia, pokombinuję z tym ;P

      Usuń
  9. Bry, zgadnij, kto w końcu dotarł xD. No, niby lepiej późno niż wcale, ale jakoś tak… wciąż mi głupio :P. Ale dostałam w robocie własny gabinet, to nikt mi nie będzie przez ramię zaglądał i mogę w spokoju poczytać takie fajne rzeczy, a co :D.

    „Zawroty głowy nasiliły się, gdy ktoś gwałtownie szarpnął za brzeg wybrudzonego ubrania, podnosząc ją na nogi. / Zwymiotowała, gdy tylko na powrót dotknęła stopami stałego podłoża.”

    „Wtedy pewnie oddelegowano by ją do ratowania rannych kolegów na froncie, gdzie szansa na śmierć zawsze wrastała.” – wrastająca szansa :D

    Nie tylko mury Akademii przywodzą na myśl więzienie – oni nawet mają bloki „A”, „B” i „C” xD.

    „będąc zirytowanym wścibstwem” – czy nie ładniej by było po prostu „zirytowany wścibstwem”? ;)

    Nie byłabym sobą, gdybym się trochę nie poczepiała :P.

    Wgl strasznie fajnie, że masz świat, który jest na współczesnym poziomie technologicznym :D. Że oni mają papierosy, papierowe pieniądze i w ogóle :D. I że Varren przeklina, lubię takie brudne, prawdziwe klimaty :D.

    Meh, nie jestem dobra w podsumowaniach. W każdym razie żałuję, że tak późno do Ciebie dotarłam :c. Za dużo się u mnie dzieje ostatnio, nie przywykłam xD.

    Dobra, następne rozdziały zostawiam na później, postaram się jakoś szybko je nadrobić :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Własny gabinet... jaka to dla mnie odległa wizja i marzenie. :D Pewnie skończę na kasie w jakimś Tesco </3

      Bo generalnie Akademia to jest takie trochę więzienie. Nikt nie wie, co tak naprawdę dzieje się w środku (poza samymi "mieszkańcami" ofc. :P).
      Na początku miał być świat pseudośredniowieczny... ale takich jest na pęczki. Chociaż z drugiej strony boję się, że mi się z sensem ten świat rozminie i tyle z tego będzie. ;-;

      A ja nie jestem dobra w odpowiadaniu na komcie, o! :C

      Usuń
    2. Też tak myślałam, ale po 8 latach w jednej firmie czuję się w końcu doceniona :D.

      W dodatku takie bez kontroli z zewnątrz. Damn, toć oni bezkarnie mordują te dzieciaki :/. Powinni się nazywać fabryką, a nie Akademią xD.
      Właśnie dlatego ten świat mi się tak bardzo podoba, bo jest inny niż wszystko to, co już dawno zostało napisane :D. Serio, jestem pod wrażeniem :).

      No to będą krótkie komcie i krótkie odpowiedzi :D.

      Usuń
  10. '— Cześć — rzucił jakby od niechcenia. — Od dziś będę twoim najgorszym koszmarem.' <3

    Więc cześć :) Trafiłam tu przez linka Lickanthronicon i po przeczytaniu pierwszego rozdziału na pewno zostanę na dłużej. Strasznie podoba mi się pomysł! Oryginalny i wciągający. No i już teraz widać, że bardzo dopracowany. Stylowo też na poziomie, zwłaszcza pierwszych kilka akapitów. I - wiem, że się powtarzam - wciąga. Już kocham Varrena. Ciekawa jestem strasznie tej Akademii i całego tego świata. Ale zamiast rozwodzić się w komentarzu, przejdę do następnych rozdziałów.

    Do przeczytania!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cześć! :D O, miło mi, że się podoba pomysł. Mam nadzieję, że nie zawiedziesz się dalszymi rozdziałami. Bardzo dziękuję za komentarz. :)

      Usuń
  11. Przeczytałam i było takie... "Ja pierdole, ale to dobre!" xD Sorki za wyrażenie. :D
    Najpierw jak zobaczyłam długość tekstu to trochę się zniechęciłam, bo jak tekst jest średni, to czytanie go dłuży mi się bardziej niż siedzenie w robocie. xD A tutaj szok! Przeczytałam, nie wiem, kiedy i jeszcze mi mało. xD
    Masz zajebiste opisy. Wszelkie. Miejsc, uczuć, kurde, tak łatwo było mi sobie wszystko wyobrazić! Zazdroszczę takiego talentu. :D Jak czytam tak dobrze stworzone teksty, to czuję się taka... meh. xD
    Varrena już lubię i chcę więcej tego świata, który stworzyłaś. Zdecydowanie!
    Niech wena będzie z tobą! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety nie umiem pisać krótkich rozdziałów. :P Ale wydaje mi się, że takie bardziej treściwe są zdecydowanie lepsze. :) Tym bardziej, że nie ma tu samych dialogów, a opisy nie są pominięte krótką ekspozycją w stylu "przyszli, zrobili i poszli" - a przynajmniej się staram, żeby były jak najbardziej obrazowe (show - don't tell, jeśli bohater się boi, niech będzie to widać w jego zachowaniu :P). Tak że to nie talent, kwestia wypracowania (to opko to już w ogóle chyba czwarta czy piąta wersja tego, co było na początku. ;p).
      Bardzo się cieszę, że Ci się podoba. <3 Lejesz mi miód na klawiaturę (czy coś xD).
      I nie miej "meh", tylko ćwicz, ćwicz i ćwicz pisanie. :)
      Dzięki!

      Usuń
    2. Miód się należy. :D Myślisz, że nie ćwiczę? xD Porównując, to co pisałam gdzieś w 2008 roku, a teraz, to jak niebo i ziemia. xD A rozdziały dobrze, że długie, bo można się nasycić całą akcją. :D Ja dziś na pewno wezmę się za kolejny Twój rozdział. Przyda mi się reset przy czymś miłym dla mego zmęczonego mózgu. xD

      Usuń

Nie spamuj, bo Den ugryzie. Nie chcesz tego, prawda?

Obserwatorzy